Niech no tylko zakwitną jabłonie

Niech no tylko zakwitną jabłonie

W przydomowym ogródku przez cały rok można obserwować różnego rodzaju ptaki.

Najwięcej jest wróbli, chociaż podobno znikają z miast. We Francji są pod ochroną, ale u nas gromadnie zasiadają w krzakach bukszpanowych. Przez całą zimę intensywnie „dyżurują” obok domu, zjadając bardzo szybko podane jedzenie. Zimą mają zawsze ciepłą wodę, bo stale dolewam wrzątek, by nie zamarzała. Nawet w grudniu myją się w tej ciepłej wodzie – wielkie czyściochy.

Sikorki bardzo lubią słoninkę i pestki słonecznikowe, a również orzechy. Przylatują osobniki różnej wielkości i maści: mają żółte lub biało-szaro ubarwione brzuszki.

Dzięcioły też są częstymi gośćmi i też różnej odmiany, różnej wielkości. Są małe i śmiesznie pełzające po pniu drzewa orzechowego – można powiedzieć, że chodzą do góry nogami, według ludzkich pojęć. Mają również różne „nakrycia” głowy, bo są i czarne i czerwone „bereciki”. Mają także kolorowe brzuszki. Zabawnie wyglądają czerwone. Dzięcioły również lubią słoninę.

Gdy jest bardziej sroga zima, tym więcej przylatuje różnego rodzaju ptaków z rodziny wróblowatych. Są bardzo ładne, kolorowe i… bardzo głodne. Preferują pestki. Przylatuje grubodziób, a sroki, sójki wraz z dzikimi gołębiami też czekają na poczęstunek. Głód osłabia lęk ptaków przed człowiekiem. Często się płoszą, ale nie odlatują na długo – za chwilę wracają.

Na wiosnę – nie na długo – zakwitły pierwsze krokusy. Wróble „opiekują” się nimi intensywnie oskubując wszystkie płatki kwiatów – żaden kwiat się nie uchowa.

Wiewiórki są stałymi gośćmi przez cały rok. Mają swoje zwyczaje i swoje charaktery. Czasami bywa, że trzy wiewiórki zagoszczą na jednym drzewie. Ale zgody nie ma – przeganiają się nawzajem, czasem bardzo agresywnie. Do drzewa orzechowego mam przytwierdzony stary druciany kosz, do którego wrzucam orzechy. Jest ich sporo. Wiewiórki wybierają sobie orzechy i jedzą je na sąsiednich konarach. Zręcznie przepoławiają orzech ząbkami, trzymając go przednimi łapkami. Składają te połówki jedna na drugą i zjedzoną wyrzucają. W czasie posiłku sekunduje im sikorka, w nadziei, że wiewiórka upuści orzech, co się czasem zdarza. Wtedy obie się bardzo złoszczą, bo sikorka nie może utrzymać w dziobku połówki orzecha, a wiewiórka straciła zdobycz. Gdy jest sporo śniegu połówka orzecha wpada w śnieg i żadna nie może jej odnaleźć. Była raz taka wiewiórka, która potrafiła „wynieść” wszystkie orzechy z koszyka do sąsiedniego ogrodu. Sąsiedzkie dzieci bardzo się cieszyły…

Parę lat temu w połowie marca spadło bardzo dużo śniegu, około metra. Koło nas przelatywało duże stado szpaków. Ptaki rozdzieliły się – część poleciała dalej, a druga pozostała. Ptaki były zmęczone i bardzo głodne. Było ich około 20. różnej wielkości i różnej maści. Piękne kolory: od siwego, przez granatowy, aż do czarnego. Skrzydła z pięknymi wzorami w odcieniu perłowym. Ciężko było wykarmić to stadko. Robiłam im kule z gotowanej kaszy, wymieszanej ze smalcem, tłuczonymi orzechami, sucharami i płatkami owsianymi. Taką kulę wkładałam do siatki, w której sprzedają owoce cytrusowe. Ptaki zaakceptowały tę formę jedzenia i dość szybko zjadały zawartość siatki. Wróble też korzystały z tego „szac” urządzenia. Tylko dzikie gołębie nie przyzwyczaiły się do tej formy karmnika i czekały na chleb i pestki.

Ptasi rodzice są bardzo troskliwi. W ogrodzie sroki miały swoje gniazdo. Pewnego razu usłyszałam taki wrzask, że wyszłam do ogrodu sprawdzić co się dzieje. Okazało się, że srocze pisklę wpadło w środek dużego krzaka porzeczek i nie mogło się wydostać. Wokół krążyła Saba, nasz pies rottweiler. Trzeba było pomóc. Wyniosłam pisklę do drugiego ogrodu. Sytuacja powtórzyła się, choć w innej scenerii. Ale dzięki alarmowi, wszczętemu przez rodziców, pisklę zostało uratowane. Z kolei sójka jest bardzo ciekawskim i, podobnie jak sroka, wszędobylskim ptakiem. Pewnego razu usłyszałam straszliwy krzyk i miauczenie. Myślałam, że jakiegoś kota żywcem obdzierają ze skóry. Tymczasem była to sójka: siedziała na drzewie i tak niemiłosiernie się darła.

Któregoś roku kosy założyły nieopatrznie swoje gniazda tak, że sąsiedzkie dzieci wypatrzyły je i wybierały pisklęta. Przywiązały je sznurkiem i ciągnęły po chodniku. Trudno było ich przekonać, aby zostawiły pisklęta w spokoju. Jednak udało się i dzieci odniosły pisklęta tam, skąd wzięły. Innym razem kosy-rodzice wołały o pomoc. Wyjrzałam i zobaczyłam, że na ziemi siedzi malutki kosi żółtodziób, a naprzeciw siedzi nasza Saba i spokojnie obserwuje to dziwne stworzenie, nie ruszając się z miejsca. Wzięłam pisklę i przeniosłam w bezpieczne miejsce. Następnym razem rodzice wołali o pomoc, bo w pobliżu łaził kot. Przepędziłam go i już był spokój.

A propos kota. Mieliśmy kota Maciusia. Był z niego wojowniczy włóczęga. Raz usłyszałam jak sąsiadki komentowały bójkę kotów: „Ale ten Polak się bije…”. Innym razem sąsiadki dziwiły się, że rozmawiam z kotem po polsku.

Wiosna jest cudowna, bo to i kwiaty kwitną i śpiewające ptaki przylatują. Już za chwilę zaśpiewają skowronki i słowiki. Czas szczególny to ten przed wschodem i zachodem słońca – wtedy trele dźwięczą jak dzwoneczki srebrne.

„Świat nie jest wcale zły, niech no tylko zakwitną jabłonie…” – śpiewa Halina Kunicka i ma rację…

Ewa Tajner
Tekst ukazał się w nr 5 (225) za 17-30 marca 2015

X