Wędrówka do twierdzy Przemyśl Fot. Marian Wachuła

Wędrówka do twierdzy Przemyśl

W świadomości większości współczesnych przełom XIX-XX wieków kojarzy się z romantycznym duchem starych miast, elegancko ubranymi paniami i panami, duchem wielkości, która przeminęła.

Imperium Austro-Węgierskie stało się nie tylko przedmurzem i reformatorem kultury i nauki europejskiej, ale także swego rodzaju symbolem „starych dobrych czasów”, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu dobrze pamiętała znaczna ilość starszych lwowian. Nawet w warunkach „surowej rzeczywistości” sowieckiego „dobrobytu” zachowali oni w pamięci niepowtarzalny, malowniczy obraz dzieciństwa i młodości – „starej, dobrej babci Austrii”. Jednak Imperium Austro-Węgierskie znane było nie tylko z idealnie uporządkowanego sposobu życia cywilnego, ale także z osiągnięć w dziedzinie militarnej, w tym – fortyfikacji wojskowych.

Historia twierdzy Przemyśl
Jednym z takich wzorców współczesnego (dla drugiej połowy wieku XIX) wzorca myśli inżynieryjnej architektów wojskowych jest niepowtarzalny zespół obwarowań fortyfikacyjnych dookoła starodawnego Przemyśla, część z których znajduje się obecnie na terenie Ukrainy.

Decyzję o zbudowaniu obwarowań dookoła Przemyśla, ważnego wówczas węzła kolejowego, władze austriackie podjęły w 1854 r., biorąc pod uwagę skomplikowane okoliczności podziału Polski oraz niebezpieczne sąsiedztwo Imperium Rosyjskiego. Właśnie wówczas rozpoczęto pierwsze roboty ziemne, które, z powodu kryzysu finansowego, zostały odnowione dopiero w roku 1878. Skala budownictwa zaskakuje nawet dziś – w ciągu trzech następnych dziesięcioleci budowle twierdzy otoczyły okolice Przemyśla pierścieniem o długości 45 kilometrów.

Właśnie tu po raz pierwszy została w praktyce wcielona koncepcja nowych artyleryjskich fortów piechoty, z ukrytymi pod opancerzeniem armatami i swego rodzaju „wieżami czołgowymi”. Załoga miała ponad 1400 armat różnych typów, 18 milionów amunicji.

Chrzest bojowy twierdza (jako zespół umocnień) przyjęła w czasie I wojny światowej, kiedy od 26 września 1914 roku do 22 marca 1915 r. przeważające siły armii rosyjskiej trzymały obrońców twierdzy w oblężeniu. Batalie artyleryjskie stały się głównym tematem całej prasy zachodnioeuropejskiej. Jednak, mocne mury twierdzy sprzyjały minimalnym stratom wśród jej obrońców: przez cały okres oblężenia Austriacy mieli 313 zabitych, 290 znikło bez wieści i 1282 obrońców zostało rannych. Nie stanowiło to nawet 1% liczebności załogi.

Braki w wyżywieniu, szerzenie się chorób (czerwonki i cholery) oraz niemająca perspektyw nadzieja na powrót armii austriackiej spowodowały, że komendant – Herman Kusmanek von Burgneustädten – ogłosił o kapitulacji twierdzy. Do niewoli poszło ponad 120 tys. żołnierzy… Przed kapitulacją załoga twierdzy wysadziła w powietrze cały zespół obronny. Twierdza popadła w ruinę.

Na terenie Ukrainy współczesnej, w kierunku zachodnim, w latach 1890-1900 zbudowano sześć artyleryjskich fortów piechoty – tak zwaną grupę siedlecką (trzy grupy bojowe). Każdy z fortów przewidywał przebywanie w nim stu osób – w tym 90 żołnierzy, 4 oficerów i komendanta fortu. Stanowiły one pierwszą linię obrony VI odcinka obronnego twierdzy przemyskiej. Połączone ze sobą dobrze wymoszczonymi kamiennymi drogami, z niezliczoną ilością zasieków i wykopów, stanowiły dobrą osłonę dla obrońców. Właśnie forty przyjęły na siebie zdecydowane uderzenie przeciwnika, który chciał opanować pozycje, panujące nad okolicą. Jednak, artyleria austriacka nie dopuściła do tego. Armaty austriackie M 94, strzelające zarówno loftkami, jak i szrapnelami, stały się oparciem w walce z Rosjanami, sięgając wystrzałami drogi Lwów-Przemyśl.

Ponieważ wymienione obiekty przebywają w pasie przygranicznym Ukrainy, a wcześniej były częściowo na terenie ZSRR, na długie sześć dziesięcioleci o nich zapomniano, aby pozostawić poza uwagą linię „żelaznej kurtyny”. Z powodu swej lokalizacji, także dziś te obiekty są ukryte przed zwykłymi turystami.

Zagadkowa zbrodnia
Zupełnie przez przypadek udało mi się nie tylko być w tej miejscowości, ale także rozpocząć prace naukowo-badawcze, które jeszcze nie zostały zakończone. Jakiś czas temu do autora tych słów jako kierownika organizacji społecznej „Sumienie” nadeszła informacja, że na terenie właśnie tych umocnień w drugiej połowie czerwca 1941 roku organa ścigania NKWD zamordowały i ukryły w kazamatach umocnień obronnych blisko czterystu więźniów, pędzonych etapami w głąb Ukrainy z terenu Polski, prawdopodobnie z Przemyśla. Biorąc pod uwagę to, że właśnie tak sadyści z NKWD zachowali się wobec więźniów w miejscowości Salina, położonej nieco na południe od wymienionych obiektów, informacja wygląda na prawdopodobną. Decydujemy się na odnalezienie śladów krwawego mordu, aby społeczeństwo mogło godnie uszanować osoby, zamordowane w sposób bestialski.

Tylko dzięki zrozumieniu naszych intencji otrzymaliśmy bezterminowe zezwolenie na pobyt w pasie przygranicznym (120 metrów od linii granicy państwowej!). Dziękujemy bardzo panu generałowi Wołodymyrowi Karasiowi, dowódcy Zachodniego resortu regionalnego państwowej służby granicznej Ukrainy oraz panu Jurijowi Wizniakowi, przewodniczącemu administracji powiatu Mościska. Dowódcy i wojskowi, odbywający służbę w punktach granicznych „Szeginie” i „Cyków”, również bardzo nam sprzyjają.

Wyruszamy. Dość niełatwa (nawet dla Ukrainy) droga gruntowa z Szegiń do Cykowa ciągnie się wśród malowniczych łąk, zaś na horyzoncie w ładną pogodę można ujrzeć kształty budowli niepowtarzalnego Przemyśla. Wszędzie i zawsze można odczuć „czar” regionu przygranicznego: nie ma tu kierunkowskazów, ani znaków drogowych, nazw miejscowości, przez które jedziemy. Miejscowi – począwszy od dzieci bawiących się na podwórkach do babć-starowinek pilnie wpatrują się w numer rejestracyjny samochodu. W ogródkach stoją prywatne (!!!) wieże strażnicze, za oknami raz po raz widać czyjeś twarze i słuchawki telefoniczne w ręku. Najbardziej zadziwia to, że namiary i skale na mapach nie odpowiadają rzeczywistości… Miejscowi uparcie nie wskazują nam właściwego kierunku, żarty nie są traktowane właściwie… Dobrze rozumiemy, że dla obcego tu „drogi nie ma”, więc można sobie jedynie wyobrazić, jaka była tu atmosfera w czasach ZSRR.

Nie mija nawet 15 minut, a już nasza „grupa dywersyjna” została otoczona przez „pograniczników”. Przekonawszy się, że jesteśmy „swoi” i sprawdziwszy nasze dokumenty, wojskowi dają nam przewodników, udzielają środków transportu. Jesteśmy pierwszymi, że tak powiem „przedstawicielami społeczności”, którzy trafili do tej strefy bez przeszkód.

Przyjechaliśmy do niewielkiego lasku samochodem, łaskawie udostępnionym nam na posterunku straży granicznej. Przeszliśmy przez specjalnie urządzoną łąkę (wcześniej wyrąbano tu drzewa) i porośniętą czarnym bzem gęstwinę. Dalej stąpamy po starej usypanej drodze, która istnieje tu od początku XX w. Obok widzimy niebywale piękny, nigdzie dotąd niewidziany gatunek tarniny, posadzony przez Austriaków w 1880 r. zamiast siatki drutu kolczastego, stosowanego przeciwko piechocie. Wszędzie odczuwamy uroczysty i nadzwyczajny spokój. Zakłóca go jedynie lekki szmer liści i śpiew ptaków. Praktycznie spod nóg wyskakują małe lisy. I oto na niewielkiej łące przed nami staje obiekt, którego od dawna poszukujemy. Członkowie grupy poszukiwawczej, którzy już niejedno widzieli, odczuwają, że zapiera im dech w piersiach…

Stan współczesny fortu
Przed nami – ogromny fort piechoty. Grubość ścian oraz stropów przekraczają… nawet nie wiem, ile metrów. Zaskakuje schemat budowy oraz rozwiązania architektoniczne niektórych szczegółów, dobre połączenie wykończeń konstrukcyjnych, architektonicznych oraz stylu wojskowego, przewidującego przede wszystkim wygodę. W obejrzeniu wszystkich tych okazałości nie przeszkadzają ani gęste krzaki, ani wulgarne rysunki i napisy, pozostawione przez miejscowych (z wioski przygranicznej!) amatorów graffiti. Długie ciemne korytarze mają sporą ilość pokoi, obecnie już o nieznanym przeznaczeniu. Widzimy okazałe pozostałości po wieżach armatnich oraz klatkach schodowych, po systemach wentylacyjnych. Jedynie dzięki przewodnikom – żołnierzom straży granicznej – unikamy upadku do ukrytej w ciemnościach studni o głębokości 50 metrów. W ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci przez nieostrożność straciło tu życie kilku miejscowych.

Wojskowi zapewniają nas, że mikroklimat wewnętrzny fortu jest niebywały – w ciągu całego roku temperatura w nim się nie zmienia.

Do dziś niesamowite wrażenie wywierają skutki wybuchu, który miał tu miejsce prawie sto lat temu – bryły kamienne, ważące kilka ton, leżą tu, jak drobne kamyczki. Jednak również ludność miejscowa dołączyła rękę do burzenia, niszcząc pozostałości po kablach sieci elektrycznych (o grubości ponad 8 cm), czy po prostu rozbijając starą cegłę na materiały budowlane.

Nasze pierwsze spotkanie z obwarowaniami wojskowymi kończymy przy przyjacielskim obiedzie na posterunku przygranicznym. W rozmowie o wojskowej codzienności i przygodach na granicy badacze mogą lepiej poznać niełatwe, a jednak ciekawe życie tych, którzy strzegą granicy. Niestety, nie udało nam się niczego dowiedzieć o możliwym miejscu masowej egzekucji – wszyscy weterani granicy odeszli z tego miejsca jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku. Ludność miejscowa, wychowana w duchu nieufności i zastraszania, niechętnie rozmawia na ten temat. Jednak, sprawa nie jest beznadziejna – od starych mieszkańców, niegdyś poddanych represjom, dowiedzieliśmy się, że w rejonie naszych poszukiwań jest miejsce, do którego w czasach sowieckich ludność miejscowa była dopuszczana niechętnie. Zabraniano jej pozyskiwania stamtąd materiałów budowlanych i nieszczególnie zachęcano wojskowych do przebywania tam. Z rozmowy dowiadujemy się, że jest tam kilka sztolni… Otóż, szykujemy się do kolejnej wyprawy i kontynuacji prac.

Perspektywy i plany na przyszłość
Jednocześnie przez głowę przechodzi inna myśl. Same forty, będące nieprzeciętnym wzorcem myśli wojskowej i inżynierskiej z końca XIX wieku, nie muszą popadać w ruinę. Nie muszą też być obiektem pracy „czarnych archeologów”, ślady po których wykryliśmy. Zamiast tego mogłyby się stać pięknym zespołem muzealno-architektonicznym, mającym także odpowiednią strefę rekreacyjną. Obiekt, niemający sobie równych na Ukrainie, mógłby się z czasem stać ważną częścią dziedzictwa kulturalno-historycznego naszego państwa, wywołując zainteresowanie zarówno obcokrajowców, jak i obywateli Ukrainy. Zresztą, niepowtarzalne walory geograficzne i przyrodnicze jedynie sprzyjają rozwojowi swego rodzaju strefy rekreacyjnej i rozwojowi agroturystyki. O tym ostatnio nader często się mówi i pisze, a także zaznacza w odpowiednich aktach prawnych. I nie ma co tu nawet mówić o wpływie powyższych czynników na pozytywny rozwój gospodarczy regionu.

W tym względzie należy brać dobry przykład z zaprzyjaźnionej Polski – tam od kilku lat istnieją zespoły muzealne twierdzy Przemyśl: wystawy w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej, Muzeum Twierdzy Przemyśl, są zbiory prywatne, dostępne dla obejrzenia. Działa program ochrony państwowej i konserwacji tych obiektów. Nie można tego powiedzieć o Ukrainie, gdzie nawet historia twierdzy Przemyśl nie jest znana ogółowi. Nikt z historyków nie pracował z dokumentacją twierdzy, która jest przechowywana w Królewskim Węgierskim Archiwum Wojskowym, nie ma nawet tłumaczenia szeroko znanej rozprawy majora Franza Stuckheila o twierdzy przemyskiej. Właśnie dlatego organizacja „Sumienie” dostrzega konieczność zainicjowania rozmów o utworzeniu takiego zespołu muzealnego w powiecie Mościska. Tym bardziej, że zgodzili się nam udzielić wszelkiej pomocy nasi koledzy z Polski. Na razie z niecierpliwością oczekujemy kolejnej wyprawy!

PS Jeżeli ktoś z Szanownych Czytelników posiada informację na omawiany temat i chciałby się nią podzielić, proszę o kontakt: +380972396521

Marian Wachuła
Tekst ukazał się w nr 6 (48) 31 października 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X