Wariatkowo

Wariatkowo

Nie trudno w codziennym życiu zostać wariatem. Izolacja prymitywnego społeczeństwa doprowadza do symptomów, porównywalnych z naturalnym kataklizmem. Państwo, zamieszkałe przez miliony ludzi może naraz stać się ogólnym domem wariatów, tyle, że bez psychiatrów i sanitariuszy.

Podobnie jak chorzy psychicznie nie zauważają swej choroby, tak i chore społeczeństwo nie uważa się za niezdrowe, wręcz przeciwnie – za zdrowe, a nawet wzorcowe. Przypomniała mi się z tej okazji opowiadanie, które kiedyś przeczytałem w czasopiśmie „Dookoła świata”. Gdzieś w głuszy Ameryki Łacińskiej ze szpitala psychiatrycznego uciekł pacjent, którego izolowano od społeczeństwa. Wyobrażał sobie, że jest kimś innym, ale nie sobą. Krzepy mu wystarczało, więc uciekł do dżungli. Żywiąc się owocami, nienormalny Jose napotkał plemię, które nie miało żadnej styczności z cywilizacją. Członkowie plemienia jego chorobę uznali za oznakę boskości. Otoczyli go opieką i absolutnym posłuszeństwem. Z czasem opanował on język plemienia, a oni widzieli w nim bóstwo, które czcili bezwarunkowo. Wariat, szybko poczuł smak władzy, nakazał wykarczować wokół las i nazwał swoje państwo Hulaj-polem.

Jose nauczył plemię pędzić samogon z trzciny cukrowej, nauczył hodowli tytoniu i jego palenia. Plemię całkowicie oduczyło się pod jego władzą pracować. Pili tylko samogon, palili tytoń i uprawiali seks. Za największy zaszczyt uważano, gdy kobieta miała dziecko od samego Jose. Dlatego pod jego chatą w dzień i w nocy stała kolejka kobiet.

Z czasem w Hulaj-Polu najbardziej szanowanymi obywatelami zostali wariaci, poczęci przez wariata Jose. Dlatego, wszystko co było przed pojawieniem się Jose normalnym, ogłoszono nienormalnym. Aborygeni żywili się byle czym, a opiwszy się samogonu krzyczeli po nocach, nazywając to modlitwą. W swoim nieróbstwie byli szczęśliwi, nawet gdy bili jeden drugiego. Jose od czasu od czasu rzucał na pożarcie tłumu któregoś ze swych faworytów, czym umacniał swój autorytet. Od powszechnego kłaniania się swemu wodzowi, wszyscy mieszkańcy Hulaj-Pola zaczęli chodzić na czworakach i kłócić się o byle co. Obrośli sierścią, ale nazywano to narodową oznaką i byli z tego dumni.

Hulaj-Pole istniało by po dziś dzień, gdyby pewnego dnia Jose nie upił się i nie podpalił wioski. O tej banalnej historii można byłoby zapomnieć, gdyby synowie i córy Jose nie rozplenili się po całym świecie.

Eugeniusz Tuzow-Lubański
Tekst ukazał się w nr 3 (151), 14-27 lutego 2012

X