Pamiętnik Lwowianki. Część 3

Pamiętnik Lwowianki. Część 3

Lata I wojny światowej we Lwowie i Galicji Wschodniej. Następny fragment fascynującego Pamiętnika.

Katastrofa pod Łuckiem
Dnie w okopach
Lato 1916 spędziłam na wsi. Radziłam sobie, jak mogłam, żeby zniszczenie domu i ogrodu tak bardzo przykrego nie robiło wrażenia. Na wiosnę rozpoczęła się ofensywa we Włoszech i postępowała dla Austrii korzystnie. Nas jednak niepokoiła dziwna cisza na froncie wschodnim. Syn mój siedział już od marca w okopach, gdzieś aż na Wołyniu, i myśl o tym, że on na różne niebezpieczeństwa narażony, przytępiała w nas uwagę na rozmaite prądy i zdarzenia w polityce. Gdy otrzymał jednodniowy urlop, przyjechałam, żeby go zobaczyć. Wyrósł i zmężniał. Zaprezentował nam też srebrny medal, który otrzymał za nocną wyprawę przez Skwę. Szło o zbadanie linii okopów, i o ile by się dało, przecięcie drutów przy stanowiskach nieprzyjacielskich. Ein wahrer Blödsinn, powiedział mu jego przełożony, gdy się dowiedział, że idzie na ochotnika. Skwę wraz z wachmistrzem przepłynęli łódką, a korzystając z ciemnej, mglistej nocy zsunęli się po ziemi wzdłuż linii okopów. O przecinaniu drutów nie było mowy, bo moskale zaczęli gęsto strzelać, więc rozejrzawszy się w położeniu, ruszyli wpław z powrotem do swoich. Zmartwiło mię to opowiadanie. Widzę, że wojna to nie żarty, i że przy względnej ciszy jeszcze różne bywają niebezpieczeństwa. Opowiadał też, jak dnie mijają w okopach. W czasie spokoju moskale prowadzą rozmowy, przysłuchują się ich gramofonowi, śpiewają swoje pieśni. Żołnierze wymieniają między sobą różne artykuły, za wódkę dostają papierosy i tym podobne. Czasem, gdy wódki za mało, lub w ogóle przetarg nierówny, zaznaczają swe niezadowolenie strzelaniem. Naturalnie, że i po tej stronie płacą pięknym za nadobne, i na jakiś czas Ententa zerwana. Po jakich dwóch dniach słyszą znowu nawoływania:

– Austryjaci! Hej! Austryjaci.
– A czego tam?
– Pandit sinda, do nas.
– Czort was bierz! Czemu wy tu do nas nie przyjdziecie?
– U was chleba niet.
– Nam tu lepiej, jest wódka.
– Pandit sinda, uwiditie, wodoczki jest, papyroski, skolko choczet.

Dzwonek telefonu.
– A co tam za gadanina na froncie? Cicho być.
Czasem rano skoro świt idzie moskal z wielkim wiadrem po wodę do rzeki. Idzie w bród głęboko, chce sobie twarz umyć przy tej sposobności. Ktoś po tej stronie przetarł oczy i paf! Ale bezskutecznie. Moskal rzuca wiadro i zmyka, klnąc niebywałymi słowy. Z brzegu jeszcze wygraża pięściami.

Strasznie nam przykro było wtedy syna żegnać. Wróciwszy na wieś, postanowiłam sobie nie myśleć o niczym, tylko modlić się i pracować. Cóż, kiedy wojna zapominać o sobie nie pozwoli. W parę dni później, wzmożony huk armat drgał w przestrzeni do tego stopnia, że przechodził w grzmot nieustający. Coś złego tam się dziać musi! W każdym razie, straszna jakaś bitwa toczy się niedaleko. Wszyscy tłumaczyli mi, że ten huk idzie więcej od północy, i ja wciąż sobie powtarzałam, że nie każda armata kieruje swój pocisk w stronę okopów koło Poczajowa, gdzie przebywa młodzieniec, w którego istnieniu dwoje starych ludzi widzi jedyną dla siebie pociechę. Zaczęłam zbierać i pakować rzeczy, dawałam różne dyspozycje służbie, na każdy wypadek lepiej było się przygotować. Wyjeżdżając, pootwierałam wszystkie szafy ze starymi sukniami, z góry je już na żer dla kozaków przeznaczając. Zwróciło moją uwagę, że służba niższej kategorii, jak dziewki folwarczne, stary stróż, patrząc na te przygotowania jakoby już na wejście moskali, mają miny arcyzadowolone, udzielają sobie nawzajem wesołej nowiny, że „pewno wże naszy pryhodiat”.

Wiadomości o synie
W drodze powtarzałam sobie nieustannie, że żadnej wiadomości we Lwowie nie zastanę, gdyż przy jakichkolwiek ruchach wojsk poczta nie polowa nie kursuje. I, o dziwo, zastaję kartki, które syn co dzień wysyła, wiedząc, że będziemy się niepokoić. Z tego frontu przyjeżdżają też czasem wojskowi. Młody Sołowij – kolega mego syna, zapewnia mię, że tam spokój, że syn zdrów, tylko nogę sobie wykręcił i przez parę dni wzięli go do sztabu na odpoczynek. Młodzi ludzie uważali za obowiązek uspakajające tylko szerzyć wieści, bo właściwie z tą nogą było trochę inaczej. Szrapnel, padając, zawalił im ziemiankę, syn mój i jego służący zostali zasypani ziemią. Mój syn, gdy się ocknął, usłyszał rozpaczliwe wołanie Jarosza – „Czy pan Fähnrich żyje, bo ja już nie”, a siedział pod jakąś ławką, która go od jakiegokolwiek uderzenia ochroniła. Z panem Fähnrichem było gorzej, bo belka spadła mu na nogę, szczęśliwie, że kości nie zdruzgotała. Musieli na dach wyszarpywać się z ziemi i uciekać stamtąd, gdyż okop był otwarty i na strzały bezpośrednio narażony. Ten wypadek jednak był powodem plotki, i w Krakowie głośno opowiadano, że nasz syn zginął w okopie. Dostałam nawet stamtąd kartkę z kondolencją, ale wobec trawiącego mię ciągle niepokoju, żadnego na mnie nie zrobiła wrażenia.

Wobec tego, że tamten front spokojny, namawiają mnie, żeby prosić o urlop dla niego. Kolega syna i krewny nasz – Minio R. – zaklina mnie wprost o to. Ależ on nie chciał urlopu! Któż by o to pytał, już on zechce, byle go dostać!

W Brodach
Paszporty mamy, wybieramy się z młodszą córką do Brodów, bo tam komenda. Na trzeci dzień wyjeżdżamy o szóstej z rana. Współpodróżnych niewielu, na kolei patrzą na nas dziwnie. So, nach Brody wollen Gnädige? – pyta żandarm. Pociąg idzie powoli, około jedenastej stajemy w polu. Zabrali nam lokomotywę, na coś była potrzebna. Zaczyna mi się to nie podobać. Po godzinie wróciła, ruszamy. Około pierwszej wysiadłyśmy w Brodach. Dziwnie skwarny był dzień. Z kolei do hotelu trzeba było iść pieszo, bo tych kilka fiakrów zabrali wojskowi. Pokrzepione jakim takim obiadem, idziemy do pp. Schnollów, znajomych nam. Chcemy się poradzić, jakby się dostać do komendy. Pan Schnoll dobry i uczynny człowiek, gotów nam towarzyszyć, ale Ekscelencja będzie w kancelarii dopiero koło czwartej po południu. W międzyczasie, idziemy do prywatnego mieszkania Ekscelencji. Może nam się uda tam uzyskać audiencję. Rozmawiamy z jego służącym. Jeszcze Ekscelencja nie powrócił z poobiedniej przechadzki, gdy nadejdzie, da nam znać. Siedzimy na ławkach publicznego ogrodu, czekamy, ale już czwarta dochodzi, widocznie poszedł wprost do komendy. Idziemy tam. Pan Schnoll zna adiutanta hr. Würnbranda. Młodziutki, o bardzo regularnych rysach twarzy, hrabia. Odpowiada, że to bardzo wątpliwe, żebyśmy mogły uzyskać posłuchanie, ale pójdzie się dowiedzieć. Po dziesięciu minutach wraca, mówiąc, że Ekscelencja bardzo zajęty, ale generał Bardolf gotów nas przyjąć. Generał ma twarz surową i jowialną zarazem, przyjmuje nas bardzo uprzejmie, zapisał dla mego syna sześć tygodni urlopu. Ale kiedy? Czy teraz? O nie! Jetzt ist Schlacht, so in einer woche. Z tym odchodzimy. Wyszedłszy uważamy, że w tym cichym miasteczku zaszło coś dziwnego. Turkot wozów, świst automobili, jakiś szalony pośpiech i niepokój. Widzimy, jak z okien mieszkań wyrzucają oficerowie popakowane kufry. Automobile podjeżdżają, żeby je zabierać. Trąbienie, wołanie, ruchy wszystkich przyspieszone.

Córka moja poszła odwiedzić hrabiankę R., swoją znajoma, a ja do hotelu odpocząć, ale hałas uliczny nie pozwalał spać. Siedziałam przy oknie i patrzyłam. Jak w wielkim mrowisku, uwijali się Żydzi na wszystkie strony, zbiegali się w gromadki, które policjant rozpędzał, naradzali się pod oknami, w sieniach domów. Niektórzy płakali i zawodzili. Środkiem ulicy jechały wozy z amunicją, mnóstwo oddziałów piechoty z karabinami maszynowymi, wózki, wózeczki, różnego rodzaju autoramentu. Przed mieszkanie Ekscelencji i pod komendę zajeżdżają wozy ciężarowe. Pakują tam na gwałt, bo sztab wyjeżdża do Lwowa. Z bocznej ulicy przejeżdża oddział dragonów w pełnym rynsztunku, widocznie jadą wprost na plac boju, w ostatnich szeregach zdaje mi się, że widzę postać znajomą, nie tyle twarz, ile blond włosy i kołnierz popielaty przypominają mi Zdzisława, bratanka mego męża. Ale to przywidzenie, wszak tamten przy ułanach służy! Córka wróciła z wiadomością, że wszystkie pielęgniarki spakowane, zastała pannę R. siedzącą na kuferkach. Wyjeżdżają nocą. Pojedziemy i my z nimi, ale tymczasem zaproszone jesteśmy na kolację do państwa Schnollów.

Przyjdą, czy nie?
Kto nie znał tych wzruszeń, jakich ludzie doznają w chwili ważnych zdarzeń przy tak bliskim froncie wojennym, ten sobie wyobrazić nie potrafi, jak się czuje, myśli, mówi, gdy taki miecz Damoklesa wisi tuż, tuż nad głową. Co kwadrans wywieszano nowe wiadomości z placu boju. Syn państwa Schnollów chodził czytać, by nam donosić, a my rozmawialiśmy niby spokojnie, robiąc najgorsze przypuszczenia. Nie zastanawialiśmy się nad tym, jak to będzie? Ani co się stanie? Widzieliśmy dokładnie, jak wygląda wkroczenie armii rosyjskiej wprost z pola walki. Pani Schnoll opowiada, jak przed rokiem trupy Żydów leżały przed ich oknami. Kwestia tylko – przyjdą czy nie? Ja chodziłam po pokoju i miałam ochotę tłuc głową w mur, bo, jeśli przyjdą, to mój syn pociągnie z wojskiem na zachód, i nawet wiedzieć nie będziemy, co się z nim dzieje. W parę miesięcy później przyszli rzeczywiście, ale tylko do Brodów, i państwo Schnoll mieli czasu dosyć na zebranie się i pojechanie do Wiednia, ale przymusowe, bo ich ewakuowano.

Chciałyśmy pójść wizować paszporty. Biuro zamknięte. Przed drzwiami tłumy Żydów desperatów, bo paszportów otrzymać nie mogą. Czyż można się Żydom dziwić? Żaden z nich, w razie wkroczenia wrogiej armii, życia nie może być pewny. Koło dziesiątej wieczorem, własnym ekwipażem, odstawiają nas państwo Schnoll na kolej. Syn ich kupuje nam bilety i pozostawia własnemu losowi, a ten los jest nie do pozazdroszczenia. W wąskim korytarzu, prowadzącym do wyjścia na peron, morze głów żydowskich. Tysiące pierzyn, tobołów, mazgające się bachory. Stoimy twarzami zwróceni do drzwi, poza którymi żandarm paszporty ogląda. Ale drzwi zamknięte. Pociąg stoi, czeka. Stoją tam także pociągi wojskowe, które w stronę zagrożoną, na wschód podążą. Od czasu do czasu przeciskają się przez nasz tłum żołnierze, rozpychając nas i potrącając niemiłosiernie. Przewija się też czasem jakiejś wyższej szarży oficer. Zmęczone tym ściskiem i przydługim staniem, rozglądamy się, jakby sobie poradzić.

Córka moja dostrzegła z daleka hr. Dominika Potockiego w mundurze, przeciska się też przez nasze tłokowisko. Nie znając go osobiście, podchodzimy do niego, przedstawiamy się i prosimy, czy by nie mógł nad dopomóc w dostaniu się do wagonu. Chciałby, ale musi się spieszyć do swego pociągu, który już odjeżdża. Niech panie dworzec obejdą dookoła i tamtędy starają się trafić do żandarma, może puści. Idziemy. W hali natykamy się na pułki, które prosto z pola powróciły. Żołnierze leżą na ziemi. Twarze zmęczone, czarne od kurzu. Inni chodzą z miną tak zniechęconą i bezbrzeżnie smutną, że jakaś groza od nich wieje. Palą papierosy, klną, spluwają. Żal ich, ale sympatii nie wzbudzają takie dzikie, na wszystko zdecydowane twarze. Stoją też małymi grupami urzędnicy kolejowi, coś sobie opowiadają, szepczą na ucho, ale aż straszno zgadywać, co sobie mówią. Nareszcie obeszłyśmy dworzec. Nie tak to łatwo dotrzeć aż do samego żandarma. Stoi „post” i nie puszcza. Prosimy, przedstawiamy, odwołujemy się na hrabiego Potockiego. Nie wolno, wracamy do naszych Żydów. W końcu otwarto podwoje. Powoli postępujemy, żandarm przegląda papiery po kolei. Odesłał Żydów desperatów, którzy chcieli jechać na zwykłą legitymację. Znowu lament, dostajemy się do wagonu. Pomimo dwunastej w nocy, upał nie do zniesienia. W przedziale oprócz nas siedzi jakaś panienka, która pracowała w kancelarii agrarnej dóbr p. Schmidta. Teraz już nie potrzebna. Żydówka z Rumunii, która ciągle desperuje, że pościeli i pierzyn nie wzięła ze sobą. Jakiś urzędnik dość przyzwoicie wyglądający i „cybulizowany” Żydek, który jedzie do Lwowa na jeden dzień, ażeby powrócić po żonę i zabrać ją do „nwe Wiednia”. Każdy biada nad wyjazdem, opuszczaniem domu, pozostawionymi rzeczami. Dziwni jacyś ludzie, że im tyle pozostało rzeczy do stracenia. My z córką stanowimy wyjątek, w razie wkroczenia moskali, pozbywamy się szpitalu z domu, a te wszystkie bakcyle, które tam zostaną, niech goszczą, choćby najdzikszą hordę Czeczeńców. Trochę rozmawiamy, bo w takich chwilach rozmawia się i z nieznajomymi, drzemiemy też, i tak mija noc.

Gorycz i śmiech
Około szóstej z rana stajemy we Lwowie. Lekka burza nad ranem ochłodziła atmosferę, zresztą w ogóle swobodniej się oddycha, nie widząc tego popłochu i trwogi, która się nam udzieliła. Tutaj powoli dowiadujemy się, że pod Łuckiem poddało się 240000 naszego wojska. Linia frontu miała być na ogromnej przestrzeni przełamana, ale Prusacy przerzucili prędko swoje wojska i wypchnęli atakujących. Wściekli byli podobno, że niczego innego nie żądali, tylko pilnowania frontu, a moskale musieli wiedzieć, że arcyksiążę wyjechał na polowanie i przypuścili szturm w najdogodniejszym miejscu. I my – zaściankowi politycy – jesteśmy oburzeni. Nie tyle na arcyksięcia, że wyjechał na polowanie, bo czegoż się można było po nim innego spodziewać, ile na Konrada Hőtzendorfa, że parł do tej ofensywy włoskiej. Podobno dużo wojska ze wschodniego frontu zabrał, i w ogóle mówił, że go wschodni front mało obchodzi. Teraz i tam będą się cofać. Gorycz nasza znalazła wyraz w anegdocie, którą tu przytaczam:

Umarł Hőtzendorf i „jak stał” udał się do nieba. Puka śmiało. Otwiera św. Piotr.
– A to Hőtzendorf, i owszem, ale czemuż taki bosy i obdarty? Tak niemożliwie stawać przed niebieskim areopagiem.
– Święty Piotrze, wojna! W kraju była bieda…
– Co bieda? O tej biedzie pomówimy z wojskowymi dostawcami. Tymczasem ruszaj na ziemię po stosowniejszy przyodziewek. Marsz!
Ale Hőtzendorf na ziemię nie powróci! Nic tam nie wskóra, zresztą bardzo gęsto strzelają. Błąka się smutny po ścieżkach do nieba wiodących. Widzi z daleka, że idzie Hindenburg. Biały płaszcz z czarnym krzyżem na ramię zarzucił, skrzypią nowe buty, dzwoni ostrogami.

– A ty tu co robisz Konradzie? Jak to? Nie puścili cię?
Hőtzendorf opowiedział jak było i dlaczego go precz wyrzucili.
– Nie tak to łatwo tam się wcisnąć – zakończył.
– Zobaczymy – mówi Hindenburg. – Dobrze, że jestem w pełnej zbroi.
Westchnął Hőtzendorf nad smutną dolą swoją. Jakże się jednak zdziwił na widok powracającego z rzadką miną Hindenburga.
– Cóż tobie mieli do zarzucenia? – pyta nieszczęsny Konrad.
– Kazali i mnie wracać na ziemię. Taki wielki generał – mówią – a piechotą tu przychodzi! A wstyd! Wracaj zaraz po konia! – Gdzież ja teraz konia znajdę?
– Wiesz, co, bracie! – mówi Konrad uderzając się w czoło. – Mam sposób, tobie zrobię przysługę, a i sobie pomogę. Siadaj na mnie, ja pójdę na czworakach, to może staruszka furtiana oszukamy.

Podobał się fortel Hindenburgowi. Siadł koledze na karku, wspinają się powoli do nieba. A Święty Piotr z daleka już dzwoni kluczami i za boki się bierze od śmiechu.
– Człowieku – woła – toż ja ci kazałem konia dosiąść, a ty mi tu na ośle chcesz wjechać.

Tę samą anegdotkę opowiadają trochę odmiennie. Do bram nieba po tych samych przygodach miał wjechać Wilhelm na cesarzu Franciszku. Gdy Święty Piotr osiołka takiemu jak Wilhelm rycerzowi wypomniał, tenże miał odpowiedź gotową:
– Wszak sam Pan Jezus na osiołku wjechał do Jerozolimy.
– Tak jest, ale Pan Jezus całe życie na osiołku jeździł.
– I ja też już dawno, bo od 1866 roku osiołka używam…

Los oficera Z.
Minęło parę tygodni. Zdawało mi się, że już sytuacja wyjaśniona, idę znowu do komendy prosić o urlop dla syna.
I znów mię przyjmuje generał Bardolf: „aber meine Kinder, się ist noch Schlacht”. Czuję desperacką rezygnację.

Losy oficera
Bawi we Lwowie brat mego męża, ojciec tego Z., o którym wspominałam, że mi się w Brodach wśród dragonów przywidział. Wypytuje mnie o syna, o wyprawę przez Skwę. Pyta, czy otrzymujemy kartki od niego. Pokazuję wczoraj otrzymaną, ale robi mi się okropnie przykro, gdy mówi, że od swego już dwa tygodnie słówka nie otrzymał. Tu, bowiem opowiadają, ale ja myślałam, że to plotka, że Z. przydzielono rzeczywiście do pułku dragonów, że na pierwszym patrolu, do którego przyłączył się na ochotnika, obskoczyli ich w lesie moskale, dragony uciekli, a Zdziś spadł w ich oczach z konia, prawdopodobnie zabity. Znalazł się nawet żołnierz, który opowiadał, że brał udział w pogrzebie, że pochowano go koło Sokala. Tymczasem brat na kolei w Rawie usłyszał plotkę, która się była w Krakowie rozeszła i dla tego o naszego syna wypytuje. Przychodzi drugi jego syn, Marian, brat starszy Zdzisława, bardzo oględnie, powoli, mówi, że zdaje się, że Zdzisław dostał się do niewoli. Milczymy wszyscy jakiś czas, ażeby ciszę przerwać zrobiłam uwagę.

– Czy to możliwe, żeby żołnierze odbiegli oficera, choćby rannego. Zdaje mi się, że nie powinni byli uciekać?
– Cóż można żądać od takich czeskich chłopów – powiedział brat spokojnym głosem. – Gdyby, choć był z ich pułku, ale takiego obcego przybysza! Oni o swoją skórę dbali!

Miałam rzeczywiście budujący wzór, jak nigdy nie powinno się wpadać w zwątpienie lub podawać przygnębieniu. Brat najspokojniej w świecie podyktował mi telegram po francusku do swojej znajomej w Rumunii, prosząc, by doręczyła jego synowej w Kijowie, ażeby szukała i dowiadywała się we wszystkich szpitalach, czy nie ma tam rannego Z. W kilka dni później przyszła wiadomość telegraficzna: „Z. graverment blesse, mais il vivera”. Bogu dzięki, że żyje. ale jak dziwne są zrządzenia opatrzności Boskiej. Nad wyjazdem żony rozpaczał mąż jej, a brat Z. Gdyby nie jej tam obecność, to ani rodzice nie wiedzieliby, co się z synem stało, ani Z. nie byłby miał tak troskliwej opieki. Był bardzo ciężko ranny, bo kula przeszła przez obydwa płuca, tak, że przez parę tygodni miał jedną połowę ciała sparaliżowaną.

Przygotował do druku
Maciej Dęboróg-Bylczyński
Tekst ukazał się nr 5 (57) 17 marca 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X