W poszukiwaniu lwowskich śladów poety Jana Mazura Anna Mlekodaj, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

W poszukiwaniu lwowskich śladów poety Jana Mazura

Z dr hab. Anną Mlekodaj, pracownikiem naukowym Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Targu, która gościła we Lwowie w poszukiwaniu śladów poety Jana Mazura (1915, Zawoja – 1939 lub 1940, Związek Radziecki), rozmawiał Konstanty Czawaga.

W encyklopediach polskich znajdziemy jedynie skąpe wzmianki o tym poecie. Skąd zainteresowanie twórczością Jana Mazura?

– Od ponad 20 lat zajmuję się gwarową poezją szeroko rozumianego Podhala. Jest to niezwykle interesujące zjawisko, wychodzące często poza kanony myślenia o gwarze. Zwykle utożsamia się ją z mową, do tego mocno ograniczoną doświadczeniem rzeczywistości życia. Długo panowało przekonanie, że gwara nie nadaje się do tego, aby stać się tworzywem poezji. Odmawiano jej nawet stylistycznego zróżnicowania. Dopiero Jerzy Bartmiński, który zajął się analizą tekstów folkloru, wykazał, że istnieje rodzaj ludowego stylu artystycznego, z którym spotykamy się np. w pieśni. Długo jednak nie uznawano prawa gwary do poezji w znaczeniu, w jakim zwykle rozumiemy to pojęcie. Tymczasem przykład Podhala pokazuje, że już w latach dwudziestolecia międzywojennego pojawili się twórcy, którzy świadomie wybierali gwarę na językowe tworzywa swoich wierszy. Byli wśród nich ludzie wykształceni, a więc posługujący się biegle zarówno gwarą – jako mową pierwszą i domową, jak i polszczyzną literacką. Co więcej – po gwarę sięgali poloniści – absolwenci studiów uniwersyteckich, którzy byli w pełni świadomi poetyckiego warsztatu, znali tajniki stylu retorycznego, a przy tym byli utalentowanymi literacko artystami. Do ich – trzeba przyznać dosyć wąskiego grona – należał właśnie Jan Mazur, student Uniwersytetu Jana Kazimierza w latach 1935 (?) – 1939. W 1937 roku wydał we Lwowie, nakładem Książnicy Atlas swój debiutancki tomik pt. „Z wysokik Tater wiaterny sum”, w którym znajduje się m.in. cykl pt. „Lwowskie tęsknice”. W tym samym roku w Krakowie ukazała się także pierwsza antologia gwarowych wierszy pt. „Poezja młodego Podhala”, do której wstęp napisał prof. Stanisław Pigoń. Jako pierwszy jest w niej prezentowany dość obszerny wybór wierszy Jana Mazura. Trudno więc było go przeoczyć, badając historię literatury regionu. Kiedy w 2006 roku opracowałam antologię poezji Podtatrza, obejmującą dorobek już czterech pokoleń twórców piszących gwarą, nadałam jej tytuł „Góralskie serce w zielonym listku pieśni”, który jest bezpośrednim cytatem z jednego z utworów Jana Mazura. Wiem o nim od dawna i od dawna też intryguje mnie zarówno jego tajemnicza postać, jak i nieznany los.

Proszę przybliżyć naszym czytelnikom postać Jana Mazura, który jest powiązany też ze Lwowem. W jaki sposób i gdzie Pani poszukiwała materiały o życiu Jana Mazura?

O życiu Jana Mazura wciąż wiemy niewiele. Urodził się 3 lutego 1915 roku w Zawoi – dosyć dużej wsi u stóp Babiej Góry. Los sprawił, że jako mały chłopiec trafił pod opiekę ciotki – księżej gospodyni w Poroninie na Podhalu. Tu nad utalentowanym chłopcem prawdopodobnie roztoczyła opiekę znana z dobroczynności opiekunka sierot i nauczycielka Antonina Tatar z sąsiedniego Suchego. Zapewne to dzięki jej wsparciu Jan mógł podjąć naukę w gimnazjum w Nowym Targu, a następnie został wysłany pod opiekę brata Antoniny – ks. Tatara do Poznania. Początkowo ksiądz łączył przyszłość Jana z zawodem organisty, skoro jednak przekonał się, że chłopiec ma inne talenty, wysłał go do braci zmartwychwstańców, którzy we Lwowie na ul. Piekarskiej prowadzili bursę dla kształcącej się młodzieży. Tam też Jan (a następnie także jego młodszy brat – Stanisław) kontynuował naukę w gimnazjum, by po maturze wstąpić na wydział filologiczny Uniwersytetu Jana Kazimierza, gdzie wybrał polonistykę. Z jedynego zachowanego listu, pisanego we Lwowie w 1938 roku do ciotki (jak przypuszczam – Antoniny Tatar, ale może też do owej księżej gospodyni) wiadomo, że w czasie studiów doświadczał już pierwszych poetyckich sukcesów. Miewał spotkania autorskie, w czasie których czytał swoją góralską poezję, która – co może, ale nie musi dziwić – bardzo spodobała się jakiejś części lwowiaków, skoro na nie przychodzili. Jan donosi także o zaproszeniu do radia oraz o tym, że do jego wiersza (pt. „Muzyka”) skomponował muzykę pochodzący ze Lwowa prof. krakowskiego konserwatorium Bolesław Wallek-Walewski. W 1938 roku ich współpraca dobrze rokowała. Planowali wspólne przedsięwzięcia artystyczne. Z tego też listu dowiadujemy się, że w kwietniu 1938 roku już w druku była druga książka Jana Mazura. Jak przypuszczam – drugi tomik poezji. Nie wiadomo jednak, które wydawnictwo przyjęło te teksty i czy w ogóle tomik się ukazał. Nie ma go w zbiorach biblioteki uniwersyteckiej, być może jakieś ślady odnajdą się we Wrocławiu. Nie wiadomo także co się stało z samym Janem Mazurem po 1939 roku. Dlatego też wybrałam się do Lwowa na poszukiwania jakichkolwiek śladów po tym utalentowanym poecie. Udało się ustalić, że w grudniu 1939 roku figurował jeszcze na listach studentów wydziału filologicznego zarządzanego już przez sowietów uniwersytetu, ale już w 1940 roku ginie po nim wszelki ślad. Niestety, ze względu na przerwę w działalności archiwum miejskiego na Podwalnej, nie udało się mi sprawdzić jeszcze wielu tropów. Mam jednak nadzieję, że kiedy to tylko będzie możliwe, wrócę i zbadam pozostałe wątki. Marzę o tym, aby znaleźć gdzieś fotografię Jana Mazura. Żeby przywrócić mu twarz. Żeby z pewnej idei stał się na powrót człowiekiem. To byłoby niezwykłe – móc spojrzeć w jego oczy.

Z ustaleń czynionych za pośrednictwem materiałów dostępnych online wiem, że w konspiracyjnej antologii pt. „Wierne płomienie”, opublikowanej najpierw we Lwowie (1943), a następnie w Londynie (1946), gromadzącej wiersze bezimiennych poetów lwowskich, znalazł się wiersz nadesłany z Kazachstanu przez Marię Blachaczek-Maurową. Skądinąd mam niepotwierdzoną jednak żadnym oficjalnym dokumentem informację, że Jan Mazur ożenił się jeszcze przed wojną, więc może Maria była jego małżonką. Może sama napisała wiersz, a może był to wiersz jej męża? To wszystko są ciągle pytania, na które należy szukać odpowiedzi. Pobyt we Lwowie pomógł mi zorientować się, gdzie mogłabym je znaleźć. Zaowocował także szeregiem bezcennych kontaktów z niezwykle życzliwymi ludźmi, którzy obiecali mi swoją pomoc. Jestem im wszystkim bardzo wdzięczna, kładę przed nimi serdeczne DZIĘKUJĘ, oświadczając zarazem, że nie zawaham się skorzystać z ich uprzejmości, ponieważ Jan Mazur jest wart tego, aby przywrócić mu należne miejsce w historii. Jego osoba łącząca Podhale ze Lwowem jest swoistym fenomenem, a jego młode, pełne nadziei, twórcze życie, przerwane tak dramatycznie i niesprawiedliwie – zasługuje na szacunek.

Dlaczego Jan Mazur używał w swojej twórczości gwary podhalańskiej? Czy on to w jakiś sposób wyjaśniał w swoich listach? Czy poezja Mazura jest ciekawa dla współczesnych mieszkańców Podhala?

Gwara Jana Mazura może zaskakiwać. Urodził się i pierwsze lata swego życia spędził w Zawoi, której mieszkańcy posługują się nieco inną gwarą niż podhalańska. Mimo to po przeniesieniu się do Poronina, a później najprawdopodobniej do Suchego przyswoił sobie miejscową gwarę w stopniu doskonałym. Świadczą o tym nie tylko jego wiersze, ale także ów zachowany list, napisany z wielką swobodą w najczystszej gwarze podhalańskiej. A to już świadczy o jej głębokim zinternalizowaniu. To znaczy, że czuł, myślał i może nawet śnił gwarą. W takich okolicznościach nie ma najmniejszej potrzeby w jakikolwiek sposób uzasadniać wierność gwarowemu słowu w poezji. I Jan Mazur tego nie czynił. To była dla niego oczywiste.

Poezja gwarowa czy też w ogóle wszelkie artystyczne jej użycie jest zawsze niezwykle ciekawym zjawiskiem dla badaczy, jednak klasyczny dialektolog woli zajmować się gwarą jako językiem mówionym. W stylu artystycznym bowiem z samej jego natury użycie gwary jest szczególne i wymaga odmiennego warsztatu badawczego. Oryginalna poezja gwarowa, a do tego twórcza, niemotywowana ludowym doświadczeniem życia, lecz będąca wynikiem pogłębionej refleksji nad światem, wciąż jest zjawiskiem dosyć rzadko spotykanym. Tym cenniejsze są jej wszelkie teksty.

Jeśli zaś chodzi o to, czy Podhalanie interesują się poezją Jana Mazura, odpowiedź na nie dała już Wisława Szymborska, pisząc w wierszu pt. „Niektórzy lubią poezję”, że:

Niektórzy –
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich,
ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.

To samo dotyczy poezji gwarowej na Podhalu. Ale czy to powód, by rezygnować z dobrego poety?

Czy Pani będzie kontynuować poszukiwania w archiwum we Lwowie? (można zaapelować też do czytelników „Nowego Kuriera Galicyjskiego”, może ktoś coś wie?)

Oczywiście. Z ogromną niecierpliwością czekam na możliwość skorzystania ze zbiorów archiwum miasta Lwowa na ul. Podwalnej. Krążyłam koło tego budynku jak wilk wokół zagrody z jagniętami. Choć to może nie jest najlepsze porównanie. Szukam także możliwości pozyskania informacji o wojennych losach Mazura, a może rodziny Jana i Marii Mazurów, z archiwum SBU w Kijowie. Będę także prowadziła poszukiwania w Polsce, zgodnie z informacjami, które zyskałam w czasie lwowskiej kwerendy. Chciałabym także móc skorzystać z archiwum historycznego, w którym udało się mi przejrzeć wykaz zespołów. Mam wypisane sygnatury dokumentów, które chciałabym przejrzeć. Niestety, w czasach wojny wszystko jest znacznie trudniejsze, co zrozumiałe. Ale też wojna była towarzyszką ostatnich lat/miesięcy życia Jana Mazura, więc widać tak już musi być. Czasy mojego poety są już bardzo odległe. Ostatnia koleżanka ze studenckiej grupy Jana Mazura, której skład widniał na wspomnianym dokumencie z grudnia 1939 roku, zmarła w sędziwym wieku w 2012 roku. Nie ma już szans na spotkanie kogoś, kto by go pamiętał. Ale żyją dzieci, wnuki przyjaciół, znajomych, kto wie, może znajdują się oni także w gronie czytelników „Kuriera Galicyjskiego”? Może ktoś gdzieś o nim słyszał, może jego postać widnieje na jakimś zbiorowym zdjęciu w rodzinnym albumie, choćby przez przypadek? Może ktoś kojarzy Marię Blachaczek? Kto wie? Będę wdzięczna za każdą, nawet najdrobniejszą wskazówkę.

Czy są zamiary, aby jakoś upamiętnić Jana Mazura?

Najlepszym upamiętnieniem, a zarazem przywróceniem jego postaci do historii literatury byłaby publikacja jego kompletnej biografii wraz ze wszystkimi tekstami. Także tymi, które w 1938 roku były już w druku. Oby się to udało!

Dziękuję za rozmowę

rozmawiał Konstanty Czawaga

Z cykłu „Lwowskie tęsknice”
Hej, tak byk se poseł teroz
z owieckami w hole,
ka se ino trowka młodo
i biolućkie skole,

ka se ino smereków rzędy
kołysom sie w śpiywie.
Usiodbyk se ka na piocku
i cuł sie scęśliwie.

I owiecki by sie pasły
dokole smerecków…
Ja byk ino słuchoł, słuchoł
muzyki zwonecków.

Roz kiela cos byk zaśpiywoł
Sabałowom nute,
słysałyby mie chmureczki
po niebie ozsute,

i słysałyby mie turnie
nad skrowkami lasów,
bok jo juhas noświarniyjsy,
ze syćkik juhasów.

Hej, sełbyk se teroz w hole,
hej, sełbyk se, Boze,
aleś Ty mie tu do miasta
prziwiązoł powroze.

Tekst ukazał się w antologii pt. „Poezja młodego Podhala”, wydanej w Krakowie także 1937 roku. Cykl „Lwowskie tęsknice” nie wszedł do wydanego już wówczas autorskiego tomiku Jana Mazura pt. „Z wyskokik Tater wiaterny sum”. Zdaniem Anny Mlekodaj ten cykl pochodzi z drugiej, przygotowanej wówczas do druku książki. Być może miała ona właśnie taki tytuł „Lwowskie tęsknice”.

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X