Wiktoria Szewczenko: Czuję zmęczenie, ale świadomość, że nasi chłopcy są na froncie, nie pozwala mi się poddać Wiktoria Szewczenko, prezes Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego im. Juliana Lublińskiego w Zwiahlu oraz dyrektor Polskiej Szkółki Sobotniej im. Jadwigi Jakubowskiej

Wiktoria Szewczenko: Czuję zmęczenie, ale świadomość, że nasi chłopcy są na froncie, nie pozwala mi się poddać

O codziennych wyzwaniach związanych z niesieniem pomocy na terenach objętych wojną, nastrojach wśród żołnierzy i ich rodzin, a także o tym, jak wojna wpływa na działalność wolontariuszy, opowiada Wiktoria Szewczenko, prezes Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego im. Juliana Lublińskiego w Zwiahlu oraz dyrektor Polskiej Szkółki Sobotniej im. Jadwigi Jakubowskiej. Rozmowę przeprowadził Eugeniusz Sało.

Jesteś dyrektorką Polskiej Sobotniej Szkoły w Zwiahlu, dawnym Nowogrodzie Wołyńskim? Jak obecnie wygląda nauczanie dzieci języka polskiego?

Jestem dyrektorką szkoły, która powstała w 1990 roku. Założyła ją moja babcia Jadwiga Jakubowska. Z szacunku do jej wkładu i pamięci, od 2015 roku szkoła nosi jej imię – Polska Szkółka Sobotnia im. Jadwigi Jakubowskiej.

Obecnie nasza działalność znów się rozwija, choć wojna spowodowała, że liczba uczniów spadła. Wiele dzieci wyjechało z rodzinami, głównie do Polski, ale także do innych krajów europejskich. Na szczęście, w tym roku mamy 49 uczniów, co napawa mnie ogromną radością. Zajęcia odbywają się głównie w środy, w grupach, ale jeśli jakieś spotkanie trzeba odwołać, nadrabiamy w inne dni.

Nasza szkoła działa w trybie hybrydowym – jednocześnie prowadzimy lekcje stacjonarnie i online. Dzięki temu uczestniczą w nich dzieci nie tylko ze Zwiahla, ale też z innych miast, takich jak Żytomierz, Słowiańsk czy Korzec w obwodzie rówieńskim. Nawet w tej hybrydowej formule staramy się, żeby dzieci uczestniczyły aktywnie w zajęciach – odpowiadały, zadawały pytania, brały udział w ćwiczeniach.

W tym roku grupa najmłodszych uczniów, w wieku 8-12 lat, jest wyjątkowo liczna – mamy w niej prawie 20 osób. To dla mnie wyzwanie, ale bardzo pozytywne. W sali musiałam dostawiać dodatkowe krzesła! Na lekcjach uczymy się nie tylko języka, ale też polskiej kultury, tradycji i historii. Śpiewamy, oglądamy filmy, rozmawiamy o polskich zwyczajach. Widać, że dzieci są chętne do nauki, co daje ogromną satysfakcję.

Dodatkowo w Korcu, o którym wspomniałam, też organizujemy lekcje języka polskiego. Tam zaczynamy skromnie – na razie jest sześć osób. Dostosowujemy się do lokalnych warunków – kiedy w szkole nie było miejsca, nasze lekcje odbywały się na plebanii. Teraz magazyny z pomocą humanitarną są mniej zapełnione, więc przygotowujemy większą salę na 30 osób. To zmienia nasze możliwości.

fot. Wiktoria Szewczenko

Jesteś nadal bardzo aktywna w koordynowaniu pomocy humanitarnej z Polski i innych krajów, a także w dostarczaniu wsparcia ukraińskim żołnierzom. Jak obecnie wygląda organizacja tej pomocy? Z jakimi największymi wyzwaniami się mierzycie?

Ostatnią dużą pomoc z Polski otrzymaliśmy w listopadzie ubiegłego roku. To nie jest tak, że Polska przestała pomagać – absolutnie nie! Problemem jest raczej zmęczenie wojną. Ludzie się przyzwyczajają, niektórzy nie mają już sił ani możliwości, by wciąż wspierać. My jednak wciąż działamy, choć zmieniły się formy pomocy.

Teraz rzadziej przewozimy żywność czy artykuły pierwszej potrzeby, które często są dostępne lokalnie. Skupiamy się na zbieraniu pieniędzy i kupowaniu sprzętu, który naprawdę robi różnicę na froncie – dronów, REB-ów, powerbanków, leków.

Przez brak czasu i środków nie jeździmy już na wschód, jak to było na początku wojny. Wciąż jednak wspieramy żołnierzy, choćby wysyłając paczki przez Nową Pocztę. W parafii w Korcu lokalni mieszkańcy robią na drutach ciepłe skarpety, przynoszą miód czy orzechy. Nawet małe gesty – jak dostarczenie ziemniaków i marchwi do szpitala – są dziś bardzo potrzebne.

Często pytają mnie, czego żołnierze najbardziej potrzebują. To zależy. Jedni mają wystarczająco jedzenia, inni proszą o kaszę. Są bataliony, które mają drony, a inne wciąż ich potrzebują. Zawsze jednak cenią podstawowe rzeczy: higieniczne chusteczki, ciepłe ubrania, latarki. Potrzeby są różne i zmieniają się z dnia na dzień.

Wspominałaś wcześniej, że odwiedzacie ukraińskich żołnierzy w szpitalach. Jakie nastroje panują wśród nich po powrocie z frontu?

Nastroje są różne, ale wiele zależy od sytuacji. Ranni żołnierze, których odwiedzamy, są często zmotywowani – chcą wracać na front. Ale spotykam też takich, którzy nie wiedzą, co dalej. Pamiętam żołnierza na wózku, który stracił obie nogi. W sklepie kupował alkohol. Usłyszałam komentarze, że „tylko piją”, ale ludzie nie rozumieją, że on szuka sposobu, by sobie poradzić. Jego świat się zawalił. Brakuje psychologów, którzy pomogliby takim osobom odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Najtrudniej mają rodziny. Mój zięć, młody ochotnik, ma 22 lata. Po ciężkich ranach chce wrócić na front. Mówi, że tutaj, gdzie życie toczy się normalnie, nie potrafi się odnaleźć. Ci, którzy wracają, są często innymi ludźmi – w środku zmienieni przez to, co widzieli i przeżyli. Rodziny muszą się nauczyć żyć z tą zmianą. To wymaga wsparcia psychologów i społeczności.

Skąd czerpiesz motywację, by wciąż pomagać, zwłaszcza w tak trudnym czasie?

Czasami sama zastanawiam się, skąd biorę siły, bo odpoczynku praktycznie nie ma. Marzy mi się wyjazd na tydzień w góry, ale nie mogę sobie na to pozwolić. Z jednej strony czuję zmęczenie, ale z drugiej – świadomość, że nasi chłopcy są na froncie, nie pozwala mi się poddać.

Wiem, że gdybyśmy przestali pomagać, wojna nadal by trwała, ale co z naszym krajem? Jakie byłyby granice? Ilu ludzi by wróciło? Mam wyrzuty sumienia, że mogłabym robić więcej. Ale to, co robimy, ma sens – choćby taki mały projekt, jak „Kawa za wsparcie” w kawiarni Bonjour w Zwiahlu. Rozdawaliśmy kawę i słodkości, zbierając fundusze na pomoc. Ważniejsze od pieniędzy były rozmowy, które budowały wspólnotę.

Pomaganie daje mi siłę. Widzę, że nawet małe gesty mają ogromne znaczenie. Jeśli możemy coś zrobić, nie możemy się poddawać.

Obecnie zajmujesz się głównie dziećmi, szkołą, działalnością w towarzystwie. Wojna zmusiła Cię do zmiany priorytetów. Jak sobie z tym radzisz?

Tak, życie trochę koryguje plany, wymaga dostosowania. Kiedyś wszystko było na jednych torach – pomocowych. Teraz muszę częściowo wrócić do „normalności” – jeśli można to tak nazwać.

Ale ja chcę, bo widzę, że dzieci chcą się uczyć polskiego. I to mi daje ogromną motywację. To też taka odskocznia dla mnie. Przygotowuję lekcje, idę na zajęcia i po prostu świetnie się z nimi czuję. Szczególnie z najmłodszymi – to jest niesamowite. Niedawno, na rozpoczęciu nowego roku szkolnego, mieliśmy lekcję, na której dzieci wypełniały kartki. Jedno z pytań brzmiało: „Czego brakowało ci w czasie wakacji?”. Mogły pisać, rysować, co tylko chciały.

I wtedy te maluchy rysowały żołnierzy albo pisały: „tata”. To było poruszające. Brak słów, naprawdę. Oczywiście, niektóre dzieci napisały, że brakowało im czasu, wakacyjnych atrakcji, może telefonu. Ale były takie, które czekały na tatę wracającego z wojny. I nie pisały nic oprócz „tata”.

To jest ważne, że możemy z nimi o tym porozmawiać. Że czują się swobodnie, mogą przyjść, przytulić się. Nawet dzieci, których ojcowie zginęli na wojnie, wiedzą, że w szkole zawsze znajdą wsparcie. Miałam takie sytuacje, że dziecko po lekcjach chciało zostać i porozmawiać. Wiedziało, że może. Czasem nie trzeba nic więcej – po prostu wysłuchać, przytulić.

To pokazuje, że wasza szkoła to nie tylko miejsce nauki. To także przestrzeń dla budowania relacji i wsparcia emocjonalnego.

Oczywiście, chcę, żeby dzieci miały możliwość nauki języka polskiego, poznawania tradycji i kultury. Kiedyś większość uczniów miała polskie korzenie, ale teraz mamy coraz więcej dzieci, które ich nie mają. Rodzice widzą jednak przyszłość swoich dzieci w Polsce – tam jest bezpieczniej, spokojniej. Rozumiem ich decyzję. Chcą, żeby dzieci studiowały w kraju, gdzie nie ma codziennych alarmów, gdzie noc można przespać w ciszy. Tu, w Zwiahlu, alarmy są niemal codziennie. Kiedy zdarza się noc bez nich, człowiek rano się zastanawia: „To naprawdę nie było alarmu?”.

To motywuje mnie do utrzymania tej szkoły. To jest coś, co stworzyła moja babcia, kiedyś w trudnych czasach, gdy mówienie otwarcie, że jesteś Polakiem, nie było mile widziane. Były naciski, żeby zawiesić działalność, żeby nie organizować żadnych polskich stowarzyszeń. Ale babcia się nie bała. Teraz ja czuję, że to moja misja – by ta szkoła trwała. By dzieci miały nie tylko lekcje języka, ale też miejsce, gdzie mogą budować dobre relacje, ciekawie spędzać czas, znaleźć wsparcie.

Dziękuję Ci za tę rozmowę i za wszystko, co robisz.

Dziękuję i również pozdrawiam.

Nagraną rozmowę mogą Państwo posłuchać w podcaście „Wojenna codzienność mieszkańców Ukrainy” na kanale YouTube Radio Kurier Galicyjski.

X