W morzach coś jest!

W morzach coś jest!

Tajemnicze obiekty
Wczesnym świtem 28 października 1902 roku brytyjski parowiec handlowy ss „Fort Salisbury” płynął poprzez Zatokę Gwinejską nieopodal wybrzeża Afryki. Morze było spokojne. Nagle oficer wachtowy parowca zobaczył przed sobą dwa czerwone światła, a za chwilę coś, jakby dno ogromnego statku, który przewrócił się dnem do góry. Obiekt miał długość około 150 metrów. Oficer krzyknął na sternika, żeby uważał i nie dopuścił do zderzenia z obiektem, a sam natychmiast zawołał na mostek drugiego oficera A. H. Raymera. Nazwisko tego marynarza się zachowało, bo to on sporządził potem zapis incydentu w dzienniku pokładowym parowca. Podczas, gdy brytyjscy marynarze przyglądali mu się z niejakim strachem, nieznany obiekt spokojnie zanurzył się w wodzie i zniknął im z oczu. Teraz łatwo byśmy rozpoznali w nim ogromny okręt podwodny, ale w roku 1902 nigdzie na świecie takich okrętów jeszcze nie było. Pierwszy, mały, bo 30 tonowy okręt podwodny zbudowała w roku 1888 Francja. Potem Niemcy w 1890 zaprojektowali okręt dwustutonowy, ale budowę jego ukończono dopiero w roku 1905. Więc czyj okręt widzieli marynarze brytyjskiego parowca?…

Tak wygląda obiekt oglądany z góry. Zdjęcie oczyszczone i wyostrzone (Fot. wszechocean.blogspot.com)A oto incydent ze stycznia 1960 roku. Na wodach terytorialnych Argentyny okręty patrolowe argentyńskiej marynarki wojennej wykryły dwa nieznane okręty podwodne. Intruzi zostali zasypani bombami głębinowymi, ale to nie zrobiło na nich wielkiego wrażenia. Niemniej okręty na chwilę wypłynęły na powierzchnię, ale zaraz znowu zanurkowały, myląc przy tym sonar Argentyńczyków, którzy na początku widzieli na ekranach dwa okręty, za chwilę już cztery, potem sześć! Okręty mnożyły się do obłędu, a cała ta armada ginęła w głębinach oceanu z szybkością, o jakiej ziemska marynarka mogłaby sobie tylko co najwyżej pomarzyć…

W roku 1963 marynarka wojenna USA prowadziła ćwiczenia wykrywania i śledzenia okrętów podwodnych. Nagle wychwycono obcy ślad dźwiękowy. Zlokalizowano obcy okręt podwodny napędzany pojedynczą śrubą, poruszający się z prędkością ponad 170 węzłów (90 km/h). Rekord „ludzkiego” okrętu podwodnego to prędkość 45 węzłów! Amerykańskich podwodniaków dobiła głębokość, na jakiej płynął ów okręt. Było to poniżej 8100 metrów! Nasze zanurzają się do głębokości chyba niewiele poniżej 600 metrów… Zaczęły mnożyć się raporty o powiązaniu obcych obiektów podwodnych z obserwowanymi już od lat obiektami latającymi, czyli z tak zwanym UFO. Otóż obserwowano, jak nadlatujące skądś UFO „wbija się” z ogromną szybkością w wodę i pozostaje tam, albo znów „wyskakuje” z pod wody i odlatuje dokądś z doprawdy nieludzką szybkością. Takich raportów jest już teraz bardzo dużo. Chyba najbardziej spektakularne było wyjście UFO spod lodu. W roku 1974 koło lodołamacza „Deep Freez”, poprzez skutą grubym lodem powierzchnię morza, z wybuchem przypominającym wystrzał z ciężkiej armaty, obsypując całą okolicę lodowymi odłamkami, wyskoczyło wielkie UFO, które lecąc z szaloną szybkością natychmiast zginęło za chmurami. Zmierzono grubość lodu w powstałej przerębli. Lód miał grubość trzech metrów. Zaczęto snuć przypuszczenia, czy aby UFO nie jest związane z tym samym, co nieznane obiekty podwodne, w skrócie USO. Czy aby nie są to pojazdy tych samych właścicieli, obcej cywilizacji żyjącej na dnie mórz. Dotychczasowe przekonanie o UFO nadlatujących z Kosmosu zaczyna ustępować nowszej koncepcji mówiącej, że UFO wcale nie przybywa z Kosmosu, a po prostu wylatuje spod wody i wraca tam po wykonaniu lotu.

Sąsiedzi nie mieszkają tylko w morzu i czasami zamieszkują głębokie jeziora położone gdzieś na pustkowiu, jak Bajkał o średniej głębokości 730 metrów (maksymalna 1600 metrów),czy położone w Kirgistanie jezioro Issyk-Kul (głębokość od 300 do 600 metrów). Z obu tych jezior wzbijają się czasem wzlatujące UFO lub też nadlatujące wpadają do nich z wielkim pluskiem.

Jest jedno doniesienie z Bajkału, z roku 1982, a więc z czasów Związku Radzieckiego. Otóż latem tego roku na terenie zachodniego Bajkału odbyły się ćwiczenia wojskowe. Nurkowie podczas ćwiczeń, na stosunkowo dużej głębokości natknęli się na intruzów! Były to dwunożne ludzkie postacie, ogromne, bo liczące 3 metry wzrostu, w srebrzysto-szarych kombinezonach i kulistych hełmach. Rosjanie byli bardzo zaskoczeni ich zręcznością – „śmigali w wodzie zwinniej od tuńczyków”!

Doszło do tragedii, bo próba zatrzymania przez Rosjan jednego z „obcych”, skończyła się śmiercią trzech nurków. „Obcy” zaś opuścili się na głębokości o potwornym wręcz ciśnieniu, absolutnie niedostępne dla ludzi.

Spotkania z „obcymi” kończą się zawsze tragicznie
Nie wiem czemu, kiedyś, jakiś laluś wymyślił sobie miłych ufoludków, z którymi się spotkamy, z którymi się zaprzyjaźnimy, którzy będą nas kochali i uczyli swojej wspaniałej techniki. Może nawet kiedyś i tak będzie, ale teraz przynajmniej, nie łudźmy się. Oni nie chcą z nami żadnego kontaktu. Gdyby chcieli, mielibyśmy ten kontakt już od dawna. Dziwicie się Państwo? Przez chwilę poparzcie się na nas oczami „obcego”. Jesteśmy przecież plemieniem dzikusów i to niebezpiecznych, bo nieźle uzbrojonych. Wiele przypadkowych kontaktów z nami kończy się próbą walki lub chęcią złapania „obcego”. Dlatego „obcy” mogą mieć rozkaz nie szukania z nami kontaktu, a w razie ataku z naszej strony, odpowiadania nań całą mocą swoich możliwości.

Obiekt widziany z boku. Zdjęcie oczyszczone i wyostrzone (Fot. wszechocean.blogspot.com)Tak podobno zginął amerykański okręt podwodny „Scorpion”, duma amerykańskiej marynarki. 21 maja 1968 roku miał on wysłać z pod wody meldunek do dowództwa, że jest śledzony przez Nieznany Obiekt Podmorski (USO) i był to jego ostatni meldunek. Ogromny okręt, wraz z załogą zginął dosłownie bez śladu.

Podobnie zaginął na Morzy Śródziemnym okręt podwodny marynarki Izraela „Dakar”. W miejscu, które okręt po raz ostatni podał jako miejsce swego pobytu, rybacy z greckiego kutra widzieli ogromne UFO, nieruchomo wiszące nisko tuż nad powierzchnią morza. Po dosłownie 30 latach udało się odnaleźć tam szczątki „Dakaru” porozrywane jakąś niesamowitą siłą. 27 stycznia 1968 roku niedaleko portu w Tulonie ćwiczyły okręty marynarki francuskiej. Okręt podwodny „Minerve” zameldował, że chciałby wyjaśnić źródło jakiegoś uporczywego dźwięku, jaki od rana prześladował okręt. Ten meldunek to było wszystko, co pozostało z okrętu i 50 marynarzy. Dwa lata później, dokładnie w tym samym miejscu zaginął następny francuski okręt podwodny „Eurydice”.

W roku 1997 Amerykanie opuścili, w tak zwanym Rowie Mariańskim, platformę badawczą z kamerami i aparaturą pomiarową. Na głębokości 11 kilometrów doszło do ataku „obcych” na platformę. Kamery zaczęły pokazywać sylwetki podobne do ludzkich, od których zaroiło się koło platformy. Mikrofony podawały dźwięki podobne do uderzeń czymś ciężkim o platformę. Po jej wydobyciu na powierzchnię ukazały się ślady mechanicznych uszkodzeń platformy, a grubą stalową linę, na której platforma była podwieszona, ktoś przepiłował nieomal do połowy grubości.

Jest mnóstwo raportów o latających UFO, które atakowane przez nasze samoloty wojskowe nie tylko znikają, jak to zwykle robią, ale jednak odpowiadają atakiem na atak, po którym z naszych samolotów zostaje tylko kupa odłamków wielkości pudełka od zapałek. Bywa więc, że „obcy” atakują, ale zawsze tylko wtedy, kiedy zostaną przez nas sprowokowani. Oni nami chyba po prostu pogardzają. Najlepszy przykład na to miał miejsce 26 października 1846 roku, kiedy to UFO zrzuciło na centrum amerykańskiego miasta Lowell w stanie Massachusetts zawartość swojego wychodka. Wielka kupa galaretowatej masy, śmierdzącej jak cholera, uformowała bryłę o szerokości czterech metrów. G…. „naszych milusińskich” musiano wywozić z miasta taczkami, aby zakopać to świństwo w pośpiesznie wykopanym dole. Podobno było tego coś około 200 kilogramów.

Założę się, że po takim przeżyciu mieszkańcy Lowell natychmiast uwierzyli, że UFO jest zjawiskiem prawdziwym i konkretnym, nie zaś wymysłem pijanego wariata. Więcej takich „wizytówek”, szczególnie na podwórka tak zwanych naukowców, przyczyniłoby się do szybkiego zbratania obu naszych cywilizacji. Ale więcej „wizytówek” nie było. Widocznie sąsiedzi uznali wyczyn swoich pilotów za niewybaczalny wybryk chuligański i zapewne ich za to ukarano.

UFO i USO można obserwować nie tylko na jakichś dalekich morzach i oceanach, ale również i na naszym Bałtyku. W Polsce też. – Jakżeby czegoś w Polsce nie było. W roku 1959 niedaleko Kołobrzegu, tuż koło wojskowych koszar, wyskoczył nagle z pod wzburzonego morza jakiś trójkątny obiekt, wzniósł się do góry, ale zanim odleciał, kilkakrotnie okrążył koszary dając się dokładnie obejrzeć żołnierzom i oficerom. Dowództwo wojskowe oczywiście zaraz uznało wydarzenie za tajemnicę, ale żołnierze już nie tak bardzo. No i stąd ta wiadomość.

Najbardziej jednak fascynująca informacja przyszła do nas ze Szwecji. Pod przewodnictwem Petera Lindberga powstała tam grupa poszukiwawcza Ocean X Team, zajmująca się wyszukiwaniem i opisywaniem wraków statków zalegających dno Bałtyku. 11 czerwca 2011 roku grupa przeczesując dno morskie pomiędzy Szwecją i Finlandią natknęła się na bardzo dziwny, duży i okrągły obiekt, leżący na głębokości 87 metrów. Średnica obiektu liczy 60 metrów, a cały obiekt przypomina do złudzenia… UFO! Leży na dnie wznosząc się ponad jego poziom na wysokość około 3 – 4 metrów.

Raczej wykluczone, żeby obiekt był pochodzenia naturalnego. Mógłby może powstać jako efekt działalności wulkanicznej, tylko, że teren Bałtyku nigdy takiej działalności nie przejawiał. Obiekt leży na piaszczystym dnie, a za nim ciągnie się na długości 300 metrów głęboka bruzda, przypominająca ślad hamowania, jaką rozpędzony obiekt, lądując, wyrył w piasku dna.

Peter Lindberg powiedział, że „W przeciągu mojej 20-letniej kariery płetwonurka, podczas której nurkowałem ponad 6 tys. razy, nigdy nie spotkałem się z czymś takim”. Najdziwniejsze chyba jest to, że obiekt zaburza działanie wszystkich urządzeń elektronicznych jakie znajdą się w jego pobliżu. Stefan Hogerborn, nurek z Ocean X powiedział: „Każde urządzenie elektroniczne, które się tam znalazło, nawet telefony satelitarne, przestawały działać, kiedy tylko znaleźliśmy się nad obiektem. Kiedy oddaliliśmy się nieco ponad 200 metrów znów wszystko zaczynało działać. Kiedy wracaliśmy, znów przestawało funkcjonować”. Jak Państwo myślicie? Jest to obiekt pochodzenia naturalnego?

Jak na razie chyba nic się nie dzieje wokół sprawy dziwnego obiektu. Chodzi podobno o pieniądze, to znaczy o brak pieniędzy na następne badania. Sąsiedzi chyba mogą spać spokojnie.

Poza naszym limitem poznawania niczego nie zaobserwujemy, jak tylko chwilowe, migawkowe obrazy, które dotrą do nas chyba dzięki niedomaganiom systemu i to naprawdę zdarza się, choć niezmiernie rzadko. Ale i w naszym zakresie nie wszystko będziemy mogli zaobserwować, bo istnieją na ziemi obszary dla nas kompletnie niedostępne, jak choćby głębiny mórz i oceanów.

Jest mnóstwo raportów o latających UFO, które atakowane przez nasze samoloty wojskowe nie tylko znikają, jak to zwykle robią, ale odpowiadają atakiem na atak, po którym z naszych samolotów zostaje tylko kupa odłamków wielkości pudełka od zapałek. Bywa więc, że „obcy” atakują, ale zawsze tylko wtedy, kiedy zostaną przez nas sprowokowani.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 9 (205) za 16-29 maja 2014

X