Powrót bazyliszka

Powrót bazyliszka

Wciąż nam się wydaje, że wszelkie okropności, które zagrażają ludziom zdarzały się, owszem, ale tylko kiedyś tam, w zamierzchłych czasach, bo teraz w dwudziestym pierwszym wieku, wieku nauki, postępu i demokracji, żadna okropność zdarzyć nam się przecież już się może. Jednak siedząc tak sobie w tym współczesnym ciepełku, naiwnie pewni swojego bezpieczeństwa, sięgamy czasami do starych opowieści, aby dla rozrywki podniecać się ich makabryczną fabułą.

 

A gdy wreszcie to nas znudzi, odkładamy opowieść na półkę i bezpiecznie wracamy do swojej rzeczywistości.

Inwazja szczurów
Ale czasem taki powrót może się nam nie udać i wtedy staniemy oko w oko z przerażającą ohydą, która wylazła z książki i nie daje się do niej zapędzić z powrotem. Pamiętacie, Państwo, opowieść o bazyliszku? Potworze zalęgłym w warszawskich lochach i od wielu wieków zapomnianych piwnicach? Pamiętacie o daninie z dziewcząt, jakie mu były składane i o dzielnym szewczyku Skubie, który wreszcie wykończył gada dając mu przejrzeć się w lustrze? Może to nie był Skuba, ale na pewno był to szewczyk, bowiem w naszych legendach smoka czy każdą inną paskudę, może pokonać tylko szewczyk. Proszę teraz posłuchać, co niedawno zdarzyło się w Warszawie…

Już pod koniec zeszłego roku kilku starych pracowników warszawskich zakładów kanalizacyjnych wypowiedziało pracę w trybie natychmiastowym, w dodatku nie chcąc podać powodów wypowiedzenia. Zaskoczyło to zarząd przedsiębiorstwa, bo pracę wypowiedzieli ludzie najbardziej zasłużeni, na których zawsze można było polegać. A teraz, tacy właśnie pracownicy odchodzą, nie mówiąc nawet dlaczego to robią. Coś się musiało stać – ale co?

Potem na mieście wybuchła afera. Raz po raz, w różnych dzielnicach miasta, z muszli klozetowych warszawskich mieszkań zaczęły masowo wyskakiwać tabuny oszalałych szczurów. Mokre i brudne biegały po mieszkaniach, wpadały na ludzi, wspinały się po firankach. Pani, która akurat pechowo siadła i zablokowała szczurom wyjście, została wtedy nie dość, że boleśnie ugryziona, to jeszcze przez miesiąc musiała się leczyć z przeżytego szoku.

Inwazja szczurów wydawała się kompletnie nie mieć sensu. Zastanawiano się, czy aby nie jest to paniczna ucieczka przed czymś, co atakuje szczury w kanałach, gdzie dotychczas spokojnie przebywały. Na wiślanych bulwarach nocami coś porywało wyprowadzane przez mieszkańców psy. Masowo ginęły w nadwiślańskich chaszczach bezpańskie koty. Kilku pijanych, bezdomnych meneli, koczujących w opuszczonych ruderach opowiadało plotki, że późną nocą z ujścia kanału do Wisły wychodzi poczwara podobna trochę do wielkiej świni, ale też jakby podobna i do krokodyla.

Szewczyk zabija bazyliszka (Fot. vienneselegends.blogspot.com)Sposób na pozbycia się bazyliszków
W pewnym domu dzieci z płaczem przybiegły do rodziców krzycząc, że w piwnicy słychać przerażające ryki. Mężczyźni, którzy się tam udali potwierdzili, że skądś z pod ziemi, raz po raz słychać basowy, bulgoczący ryk. Zaginęła pięcioosobowa brygada pracowników, jacy zwykle schodzili do kanałów dla przeprowadzenia konserwacji. Nie wiadomo było co się tam stało i dlaczego robotnicy zaginęli, a przecież byli to doświadczeni pracownicy, znający kanały jak własną kieszeń. Po dwóch dniach nieobecności robotnicy znaleźli się. Twierdzili, że zaatakowało ich w kanale jakieś monstrum i goniło za nimi, zapędzając w stare odcinki kanałów, których nie znali. Uratował ich jeden bardzo wąski kanał, którego potwór nie mógł sforsować. Po wysłuchaniu tej relacji, słynna warszawska jasnowidząca, Hanna z Mokotowa, oznajmiła, że w Warszawie pojawił się nowy bazyliszek. Pojawienie się w warszawskich podziemiach następnego bazyliszka przepowiedziane było zresztą już dawno. Bazyliszki nie rodzą się same z siebie. Bazyliszka trzeba sztucznie wyhodować.

Przede wszystkim trzeba mieć do tego jajko zniesione przez siedmioletniego koguta. To jajko, przez 9 lat musi być wysiadywane przez ropuchę albo węża. Z tak wysiedzianego jaja wykluwa się bazyliszek. Bazyliszek w kanałach ma do dyspozycji resztki żywności, jakie wyrzucamy, wyłapuje też szczury i pająki. Za pająkami wprost przepada. Rośnie więc szybko, a dorosłe osobniki mogą osiągać nawet do piętnaście metrów długości! Bazyliszki zabijają ofiarę swoim smrodliwym, trującym oddechem, mogą też ugryźć ofiarę zębami, po których spływa jad, a jedynym lekarstwem na ten jad są łzy ptaka feniksa. – No proszę! Czy ktoś z Państwa wie, gdzie kupić łzy feniksa?!

Głównie jednak bazyliszki zabijają samym tylko swoim spojrzeniem, pod ciosem którego ofiara pada martwa lub zamienia się w kamień. Bazyliszka można unieszkodliwić za pomocą lustra, czego już kiedyś dokonał szewczyk; bazyliszek może też zginąć od piania koguta lub od powąchania zapachu łasicy. Tak przynajmniej zapisane jest w starych księgach. W tych samych księgach można przeczytać, że bazyliszki z reguły używane były do pilnowania jakiegoś skarbu. Ale jakiego skarbu może pilnować bazyliszek w warszawskich kanałach?

Jeśli nawet bazyliszek zajmuje się tylko pilnowaniem skarbu, to ogół warszawiaków poczuło się jednak zagrożonych. Warszawa jest dzielna. Warszawa nie poddaje się. Już teraz, dosłownie wszędzie, można kupić specjalne lusterka kieszonkowe przeciw bazyliszkom i to za jedyne kilkadziesiąt złotych. Trochę większe, z możliwością powieszenia na ścianie, są już ponad trzykrotnie droższe. Do łask wróciły, przeciwsłoneczne kiedyś, ochronne okulary mające lustrzane szkiełka. Za kilka tysięcy dolarów można nabyć lustra elektroniczne, których komputery wyszukują spojrzenie bazyliszka, błyskawicznie naprowadzają lustro na to spojrzenie i wzmacniając dodatkowo lustrzane odbicie, odsyłają je wprost w oczy gada. Takie lustro ma niesamowitą sprawność i może zabić nawet 56 bazyliszków na minutę!

Odważni ochotnicy przedostają się do kanałów niosąc w klatkach łasice kupowane na warszawskich bazarach, ale mimo tego, bazyliszek jak dotąd ma się dobrze. Nie powinno to dziwić nikogo. W smrodzie kanałów bazyliszek nie poczułby zapachu słonia, a co dopiero łasicy. Nie zaszkodziła mu też aktywność pewnego znanego w Warszawie pana, który od kilku tygodni chodzi po mieście, otwiera pokrywy kanałowych włazów i naśladuje pianie koguta. Robi to jednak tak nieudolnie, że bazyliszek na pewno nie padnie od tego trupem. Chyba nie dostanie nawet rozwolnienia.

Jak powiedziałem, nie wiadomo kto nam „zainstalował” tego bazyliszka, ale skoro już jest, to ja bym z nim nie walczył. Nie próbowałbym go zabić. Wykorzystałbym jego wrodzoną skłonność do pilnowania skarbów. Niech pilnuje naszego skarbu państwa! Taki bazyliszek na pewno lepiej sobie z tym poradzi niż stu urzędników. Trzeba go tylko przenieść do podziemi pod Pałacem Kultury, bo tam są wielkie i wspaniale urządzone podziemne bunkry, jeszcze z czasów komuny. Bazyliszek miałby ciepło i sucho, słowem, fajno by mu się tam mieszkało. Skarb miałby dobrego opiekuna, a obok można byłoby otworzyć wystawę facetów zamienionych w kamień. Podejrzewam, że odwiedzających będą tłumy. Każdy chętnie przyjdzie popatrzeć, czy aby nie rozpozna kogoś znajomego.

Raz po raz, w różnych dzielnicach miasta, z muszli klozetowych warszawskich mieszkań zaczęły masowo wyskakiwać tabuny oszalałych szczurów. Mokre i brudne biegały po mieszkaniach, wpadały na ludzi, wspinały się po firankach.

Bazyliszki zabijają samym tylko swoim spojrzeniem, pod ciosem którego ofiara pada martwa lub zamienia się w kamień. Bazyliszka można unieszkodliwić za pomocą lustra, bazyliszek może też zginąć od piania koguta lub od powąchania zapachu łasicy. Tak przynajmniej zapisane jest w starych księgach. W tych samych księgach można przeczytać, że bazyliszki z reguły używane były do pilnowania jakiegoś skarbu.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 202 za 31 marca – 14 kwietnia 2014

X