W krainie Vincenza fot. Dmytro Antoniuk

W krainie Vincenza

Ta podróż w Karpaty była dość spontaniczna i chaotyczna, ale stało się tak, że wszystko ułożyło się logicznie wokół jednej historycznej postaci, związanej z Huculszczyzną.

Pociąg Kijów-Rachów, którym do serca Karpat dojeżdżają turyści zarówno z naddnieprzańskiej stolicy, jak i ze Lwowa, ma przystanki w Stanisławowie i Worochcie, a dalej już toczy się tunelami przez Zakarpacie. W tej miejscowości, gdzie piewca Hucułów Stanisław Vincenz mieszkał przez jakiś czas w okresie międzywojennym, znałem jedynie dwa wiadukty kolejowe z czasów austriackich. Jednak wszystkowiedzący internet twierdzi, że jest ich tam pięć. Dwa znane są wszystkim: na jednym przedstawione są murale z Hucułami grającymi na trombitach i Hucułkami, ten drugi – opuszczony – ukazuje się w całym swym imperialnym pięknie z nowego wiaduktu, biegnącego równolegle obok mostu nad Prutem.

Jesienią 2020 roku wędrowałem po okolicznych górach, ale tym razem postanowiłem pojechać do Werchowyny (dawnego Żabiego). Mam niejednoznaczny stosunek do nazwy tej miejscowości. Sławne Żabie (Żebie – jak mówią Huculi) pozbawione zostało swej historycznej nazwy przez komunistów w 1962 roku. Byłbym za powrotem do niej! Ale, z drugiej strony, „werchowyną” nazywają tu cały obszar między górami i w górach – więc pewna tradycja jest zachowana. Ponadto w samym centrum miejscowości (mieszka tu około 6 tys. mieszkańców) stoi pomnik, na którym umieszczono cytat z Franki: „Oto Żabie – huculska stolica”.

Na pierwszy rzut oka Żabie/Werchowyna jest miejscowością niepokaźną: szczególnych zabytków tu nie ma. Historyczna cerkiew przeżyła komunistów, ale na jej miejscu w 1990 roku wybudowano nową świątynię Wniebowzięcia NMP, uważaną dziś za jedną z największych drewnianych cerkwi na Ukrainie. Ale najważniejsza jest nie architektura, lecz ten duch huculskich wieków i tradycji, który wciąż tu żyje. W tym świątecznym okresie, raz po raz spotykałem grupy kolędników w przebraniach, z toporkami, idących od zagrody do zagrody z kolędą. Grupy te nazywane są tu „partiami” i przewodniczą im poważni „berezy”. Jedna z takich partii dotarła do nas. Od jej „berezy”, który na co dzień jest lekarzem-narkologiem, dowiedzieliśmy się, że spotykał się on z synem Vincenza, a jego babcia dobrze pamiętała autora trylogii „Na wysokiej połoninie”. Tutejsi kolędnicy są jedynymi, którzy nie zarabiają na kolędowaniu. Zebrane pieniądze przekazywane są do cerkwi lub osobom potrzebującym. Jedynie muzycy dostają wynagrodzenie, bowiem od rana do nocy grają na skrzypcach, co fizycznie wcale nie jest łatwe.

W następnym dniu Vincenz znów pojawił się w opowieści wspaniałego huculskiego muzyka i właściciela muzeum „U trombiarza” Mykoły Illiuka. Jego portret widnieje na okładce popularnego przewodnika wydawnictwa „Pruszków” „Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie”. Wspominając o pisarzu, pan Mykoła zagrał nam praktycznie na wszystkich lokalnych instrumentach, a następnie dołączył do „partii”. Gdy tu będziecie, obowiązkowo odwiedźcie to muzeum, tym bardziej, że jego właściciel wspaniale mówi po polsku.

Najbardziej jednak wzruszająca przygoda czekała na nas dopiero w ostatnim dniu naszego pobytu w Żabiem. Nasz kolega i przyjaciel Paweł Bobołowicz spontanicznie zaproponował, byśmy pojechali do Bystrzeca, do miejsca, w którym w latach 1926-1940 stał dom Stanisława Vincenza i w którym, gdyby nie komuniści – jestem przekonany – mieszkałby do samej śmierci. Niełatwo było znaleźć kogoś z odpowiednim środkiem transportu – bowiem droga tu jest bardzo trudna, a teraz rozmokła i zasypana śniegiem – i kto wiedziałby jak tam dotrzeć. Ale i tu mieliśmy szczęście – miejscowy leśnik Mychajło, zgodził się zawieźć nas tam swoim starym, lecz pewnym Grand Cherokee.

Wytrzęśliśmy się niemiłosiernie, ale Mychajło cieszył się szczerze z naszego zainteresowania Vincenzem i opowiadał, jak z przyjemnością słuchał czytania „Na wysokiej Połoninie” w lokalnym radiu. Po dotarciu do pewnego miejsca, dalej musieliśmy iść na piechotę. Kilka razy musieliśmy pokonywać zwalone drzewa i wezbrane górskie potoczki. Dodało to tylko nam adrenaliny. Wpadła mi w oko niewielka tablica z napisem, że w tym miejscu 21 października 1939 roku aresztowano Stanisława Vincenza i jego syna przy próbie nielegalnego przekroczenia granicy z Węgrami. Potem trzymano ich w stanisławowskim więzieniu do 1940 roku, skąd wypuszczono po interwencji ukraińskich pisarzy Petra Pancza i Iwana Le. Vincenz nie dał się schwytać po raz drugi sowieckim pogranicznikom, z pomocą Hucułów. Pozorując, że cała rodzina jest w domu, nocą potajemnie wyszedł z rodziną z chaty i przekroczył granicę. Było to jego pożegnanie z Huculszczyzną, którą opisywał przez całe życie.

Sowieci z zemsty spalili czy rozebrali wspaniały dom pisarza, gdzie jeszcze nie tak dawno gościli intelektualiści z całej Europy. Po drodze Paweł Bobołowicz przeczytał opis tego domu. Okazuje się, że nie było tu ani prądu, ani kanalizacji, ale na honorowym miejscu stał fortepian, który ostrożnie przyniosło tu dwunastu mocnych chłopców.

Jesteśmy już na miejscu. Stoi tu dziś potężny huculski krzyż, pod którym tablica w trzech językach (ukraińskim, polskim i jidysz) głosi, że w tym miejscu stał dom i mieszkał człowiek-legenda, który w przyszłości stał się duchowym mistrzem Czesława Miłosza. Pomnik w 2010 roku wystawiło Towarzystwo „Huculszczyzna” i Towarzystwo Karpackie. Wielkie im za to dzięki! Wzruszeni, włączyliśmy na telefonie muzykę Chopina, wyobrażając sobie jak była kiedyś wykonywana pośród karpackich smerek…

Z tego miejsca otwierał się przed nami oszałamiający widok masywu Czarnohory z górą Hutyn Tomnatyk. Niezwykłą była świadomość, że Vincenz czerpał natchnienie właśnie z tych widoków. Trochę wyżej, o jakie 50 m od krzyża, zobaczyliśmy kilka chat, sądząc z dymu nad kominem – ktoś tam mieszkał. Nie chcieliśmy niepokoić tych górali, coraz bardziej zachwycając się niezwykłym pięknem karpackich szczytów.

Już w pociągu zwróciłem uwagę, że na moim kubku, który dostałem na Boże Narodzenie i który mi towarzyszył w całej podróży, był napis „Vincent”. Nie ma znaczenia, że jedna litera się nie zgadza – cieszę się, że „Homerowi Huculszczyzny” były miłe nasze odwiedziny jego ukochanych gór.

A tymczasem zabieram się za lekturę „Na wysokiej połoninie”.

Dmytro Antoniuk

Tekst ukazał się w nr 1 (389), 17 – 31 stycznia 2022

Dmytro Antoniuk. Autor licznych przewodników po Ukrainie oraz książki w dwóch tomach "Polskie zamki i rezydencje na Ukrainie". Inicjator dwóch akcji społecznych związanych ze zbiórką środków na remont zamku w Świrzu w latach 2012-2013. Tłumacz z języków polskiego, angielskiego i niemieckiego. Stypendysta Programu "Gaude Polonia" w roku 2016, w ramach którego przetłumaczył księgę Barbary Skargi "Po wyzwoleniu: 1944-1956", która ukazała się po ukraińsku w wydawnictwie "Knyhy XXI". Razem z Pawłem Bobołowiczem był autorem akcji "Rok 1920: Pamięć w czasach pandemii", w wyniku której powstała mapa interaktywna miejsc pamięci na Ukrainie oraz foldery, wydane przez Konsulaty RP we Lwowie i Winnice. Od listopada 2020 roku jest autorem i prowadzącym audycji radiowej na Radio WNET - "Wspólne Skarby". Stały autor Kuriera Galicyjskiego od 2008 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X