Ucieczka stulecia. Część 2 Stanisławowski park. W oddali widoczne jest więzienie, pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego

Ucieczka stulecia. Część 2

O świcie 10 listopada 1911 roku w stanisławowskim więzieniu „Dąbrowa” wszczęto alarm – uciekł jeden z więźniów. I to nie jakiś tam kryminalny złodziejaszek, a sam Mirosław Siczyński, zabójca cesarskiego namiestnika Galicji hrabiego Andrzeja Potockiego.

Schemat wewnętrznych korytarzy więzienia „Dąbrowa”, ilustracja z książki „Jak uciekł Siczyński z „Dąbrowy”, 1912 r.

Poprzez więzienne kraty

Nieobecność Siczyńskiego zauważono o 6 nad ranem, gdy więźniowie wychodzili ze swych cel do pracy. Na łóżku Mirosława leżał koc, ułożony tak, że wyglądał jakby spał pod nim człowiek. Przy rewizji celi ustalono, że zamki i kraty były nieuszkodzone. Sąsiad Siczyńskiego, Wasyl Chomyn, zeznał, że ten wrócił wieczorem z pracy w stolarni. Przyniósł ze sobą butelkę wina, którym szczodrze poczęstował towarzysza.

– Wino uderzyło mi do głowy tak, że od razu zasnąłem – powiedział Chomyn. Przez sen widział jedynie, jak około 9 wieczór jakiś dozorca otworzył drzwi celi i wyprowadził Siczyńskiego mówiąc: „Szybciej! Szybciej!”. Potem zasnął i dopiero rankiem obudzili go strażnicy.

Gwałtowne „zaśnięcie” więźnia wywołało podejrzenie, że do wina coś podsypano. Butelkę wysłano na ekspertyzę, ale środków nasennych nie znaleziono. Przetrząśnięto celę i więzienny sklepik, ale takiego wina tam nie sprzedawano. Z wielkim hałasem przeszukano całe więzienie. Przeglądano każdą celę, korytarze, strych, piwnice. Zaglądano w każdy kąt i każdą szparę. Jedynie pod schodami znaleziono więzienne ubranie Siczyńskiego.

Za więziennym murem, oświetlonym nocą reflektorami, patrolowali teren wojskowi w odstępie 40 kroków. Żołnierze, strzegący głównej bramy, zeznali jedynie, że wieczorem około 9:30 z więzienia wyszło dwóch strażników.

Śledztwo prowadził sam naczelnik stanisławowskiej policji Łukomski. Ze Lwowa do miasta przyjechali starszy prokurator i radca dworu Gince. Niebawem przedstawili oni roboczą wersję ucieczki. Najpewniej Siczyńskiemu pomógł jeden ze strażników. Przebrał więźnia w mundur ochrony i wyprowadził przez główne wejście. Teraz należało wyjaśnić kto to był.

Dmytro Witowski, organizator ucieczki, ze źródeł internetowych

„Panie Nuda, więcej was się nie boję”

O pomoc w ucieczce podejrzewano czterech strażników, niosących tej nocy służbę – Polaków Nudę, Malarza i Cieślikowa oraz Ukraińca Hawrysza. Aresztowano wszystkich. Cieślików był korytarzowym i miał klucze od celi Siczyńskiego. Malarz i Nuda pełnili służbę przy drzwiach wiodących z korytarza. Niebawem dołączono do nich jeszcze Izydora Tarnawskiego, pracującego w penitencjarnym systemie od 22 lat. Oficer patroli wojskowych świadczył, że Tarnawski podejrzanie kręcił się przed ucieczką Siczyńskiego, a potem około 10 wieczorem wychodził z bramy głównej z jakimś bezwąsym młodzieńcem, przebranym w mundur strażnika.

Wkrótce przyszła na policję żona Jana Nudy, którą mąż bił bez litości i groził rozwodem. Pani Michalina zeznała, że na rozkaz męża haftowała koszulę na wzór ukraiński, aby Siczyński miał w czym chodzić w USA, dokąd miał wyjechać po ucieczce. W czasie rewizji w mieszkaniu znaleziono listy, którymi się wymieniali Nuda z Siczyńskim.

Strażnik pisał do więźnia: „Proszę o adres tego człowieka we Lwowie, który pożyczył 500 koron. Muszę z nim się zobaczyć, bo sprawa jest pilna”. Na co Siczyński odpowiedział: „Ten człowiek odwiedzi pana, ale wcześniej napisze ze Lwowa i podpisze się „brat”. Będzie oczekiwać na ostatniej ławce w Lipowej Alei”. Nad ostatnim listem Siczyńskiego śledczy dobrze łamali sobie głowę: „Panie Nuda, nie boje się więcej pana; proszę pamiętać o człowieku, który przyjedzie ze Lwowa”.

Początkowo strażnik wypierał się wszystkiego, ale potem się załamał. Zeznał, że razem ze strażnikiem Malarzem przygotowali ucieczkę Siczyńskiego: dorobili klucze do jego celi, po czym Malarz wyprowadził więźnia do parku Elżbiety, naprzeciwko więzienia. Tam czekał już na niego przyjaciel, który przez Nadwórną i Delatyn wywiózł zbiega na Węgry. Nuda ciągle plątał się w zeznaniach, co może świadczyć, iż wydobyto je „na siłę”.

Równocześnie zatrzymano ukraińskiego dentystę Romana Jarosiewicza i studenta prawnika Dmytra Witowskiego. Obydwom zarzucano, że wywieźli Siczyńskiego do Czerniowiec samochodem doktora. Z powodu jednak braku przekonywujących dowodów wkrótce ich zwolniono. Na wolność wyszli też Malarz, Cieślików i Hawrysz.

Taki list gończy o ucieczce Siczyńskiego rozklejano na każdym słupie, ze źródeł internetowych

Blondyn o piwnych oczach

Agenci policji poszukiwali Siczyńskiego w całej monarchii Austro-Węgier. Sprawdzano pociągi, kontrolowano uważnie przekraczających granicę lądową i morską. Rozesłano listy gończe z portretem zbiega i następującym tekstem:

„Więzień tutejszego zakładu karnego Iwan Andrzej Mirosław Siczyński, skazany wyrokiem cesarskiego sądu przysięgłych we Lwowie, dnia 17 kwietnia 1909 roku, sprawa 989/9, za przestępstwo zabójstwa na 20 lat ciężkiego więzienia – uciekł w dniu dzisiejszym w ubraniu cywilnym z tego zakładu.

Zbieg pochodzi z miejscowości Czernichowce, powiat Zbaraż w Galicji, ma 24 lata, stanu wolnego, obrządku greckokatolickiego, student III roku filozofii.

Opis: wzrost – średni, budowa ciała – silna, twarz – podłużna, cera – zdrowa, blondyn, brwi ciemne, oczy piwne, nos proporcjonalny, usta normalne, zęby zdrowe, bez zarostu, rozmawia po polsku, rusku i niemiecku.

Prosimy o wyśledzenie go, a w przypadku ujęcia o dostarczenie do tutejszego zakładu karnego.

Starszy inspektor JCM

pan Kalous”

Czas mijał, a śledztwo stało w miejscu. Prokurator Gince wrócił do Lwowa. Polska prasa z sarkazmem pisała, że policja konstatuje dwa bezsprzeczne fakty:

– Siczyński uciekł;

– Siczyńskiego nie znaleziono.

Na wolność przez… toaletę

Któż naprawdę pomógł uciec Siczyńskiemu? Dołączyło się do tego dużo ludzi. W Stanisławowie ukraińska inteligencja założyła fundację „Pomocy Ołenie Siczyńskiej”, gdzie jako wsparcie dla matki uwięzionego zbierano fundusze na jego ucieczkę. Na przykład dr Janowicz przekazał do fundacji 2 tys. koron. Datki napływały od ukraińskiej diaspory w USA i Kanadzie. Kierował całą akcją Dmytro Witowski (przyszły sekretarz spraw wojskowych ZURL). Wspierali go w tym Dmytro Demianczuk i Rostysław Zakliński. Spiskowcy przekupili dwóch strażników więzienia „Dąbrowa” – Semena Pyłypczuka i Wasyla Czerewkę. Ten ostatni zdobył klucz do celi Siczyńskiego i wykonał jego duplikat.

Główną bramę zamykano o 10 wieczorem i otwierano dopiero rankiem. Dlatego uciekać trzeba było przed zamknięciem bramy. Wieczorem Pyłypczuk wszedł do celi nr 205. A dalej opowiada sam Siczyński:

– Strażnik przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi. Buty postawiłem koło łóżka, czapkę na krześle, bluzę na ławie, książka była otwarta, tak jak ją czytałem, na stole, z koca zrobiłem kukłę, aby wyglądało, niby więzień śpi… Z celi wyszedłem na bosaka w samej koszuli i bieliźnie. W suterynie ukryto mundur strażnika i tam się przebrałem. Pyłypczuk nakazał mi zdjąć więzienną koszulę, żeby potem nie powiedzieli, że ją ukradłem i nie ukarali za kradzież, gdyby mnie złapali.

Pod nosem przyklejono mi wąsiki, ale nie chciały się trzymać, więc przytrzymywałem je chusteczką, co wyglądało, jakby bolał mnie ząb… Następnie poszliśmy długim głównym korytarzem w kierunku wyjścia do miasta. Akurat naprzeciwko nas wyszedł inspektor więzienny, który dobrze mnie znał. Miał pod pachą plik papierów. Pyłypczuk powiedział, że wszystko przepadło, ale pomyślałem, że nie wszystko stracone. Inspektor zobaczył z daleka, że idzie dwóch strażników w mundurach, a na korytarzu świecą jedynie lampy naftowe i nie bardzo mógł mnie poznać. Doszedłszy do nas, raptem odwrócił się, niby czegoś zapomniał, i poszedł z powrotem…

Pierwszą i główną kratę przeszliśmy szczęśliwie – ani żołnierzy, ani strażników nie było. Jeszcze jedna brama. Tam siedział starszy klucznik, który 30 lat tu służył i znał wszystkich. Było takie prawo, że gdy przechodziło się koło jego bramy, trzeba było mu się pokazać. Pyłypczuk wsadził głowę w okno jego stróżówki, czym mnie zasłonił. Przeszliśmy… Trwało to jakieś 45 minut, od 8:30 do 9:15wieczorem”.

Opowieść Pyłypczuka z grubsza potwierdza zeznania Siczyńskiego. Jedyna różnica – przy spotkaniu z inspektorem strażnik wtrącił więźnia do toalety, co Siczyński kategorycznie zaprzecza. Wspomina, że już na wolności żołnierz z patrolu zasalutował im, widząc wychodzących w mundurach kaprali.

Przeszli do parku Szewczenki, gdzie już czekał na nich Dmytro Witowski. Zaprowadził go do mieszkania jakiegoś profesora seminarium, tam Mirosław przebrał się w cywilne ubranie. Potem przyjechał wóz i odwiózł go do wioski Wiktorów. Siczyński przeczekał tam, aż ucichnie cały szum wokół jego ucieczki i udał się do Czerniowiec. Stąd z fałszywym paszportem wyjechał do Berlina, potem do Norwegii i wreszcie do USA.

Przeżył lat 91 i zmarł w domu starców w Detroit. Przed śmiercią wspominał, że w „Dąbrowie” karmiono go lepiej.

PS. W lutym 1912 roku odbył się sąd nad strażnikami, podejrzanymi o organizację ucieczki Siczyńskiego. Jan Nuda dostał cztery lata, Izydor Tarnawski – trzy. Wyrok przewidywał „ciężkie więzienie, obciążone postem, twardym łożem i ciemnicą”. Ale prawdziwi winowajcy ucieczki jedynie najedli się strachu – po przesłuchaniach puszczono ich wolno. Niebawem Pyłypczuk i Czerewko zwolnili się z pracy w więzieniu i wyemigrowali do Kanady. Ile im zapłacono za akcję – pozostaje tajemnicą.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 22 (386), 30 listopada – 14 grudnia 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X