W II połowie XIX w. centrum miasta przypominało wielki targ. Handlowano wszędzie – na dzisiejszym placu Wieców, na placu Mickiewicza, wokół Ratusza i kto wie gdzie jeszcze. Rada miasta starała się uporządkować handel gdzieś w jednym miejscu… Aż nareszcie jej się to udało.
Plac Trynitarski
Po kilku nieudanych próbach uporządkowania handlu ulicznego w centrum miasta,magistrat jednak zwyciężył. Pod koniec 1895 r. handlarze z pl. Mickiewicza przenieśli się na tzw. „plac Trynitarski”. Dawniej obok mieścił się klasztor trynitarzy i od niego nazwę otrzymał plac.
Przyjeżdżały tu gospodynie z okolicznych wiosek i handlowały jarzynami. Miejsce było dobre, bo obok przebiegała ul. Halicka i dostać się do śródmieścia było łatwo. Jednak warunki sanitarno-higieniczne na placu były dalekie od ideału – w większości przypadków handlowano z ziemi. Dziennikarz Jaś Niedopytalski napisał bardzo wymowny artykuł o dniu handlowym w 1905 r.:
„Na Rynku na pl. Trynitarskim wielki ruch. Tu, obok tego co rodzi ziemia święta, koło kramów z tkaninami, butami, owocami – Żyd rozłożył swój towar na ziemi i reklamuje: „Każda sztuka tylko 5 centów, obrazki po 2 centy, dzbanki, garnki”. Pomiędzy kupcami chodzi poważny z wyglądu ochroniarz porządku, pilnuje swoim okiem, by kupcom nic nie przepadło”.
Tradycyjnie rynki są terenem wzmożonego niebezpieczeństwa kryminalnego. Jest tu wielkie skupisko ludzi – swawola dla kieszonkowców. Ale oszukiwali i sami handlarze. Krajoznawca Olena Buczyk przytacza interesujące fakty, jak nierzetelni handlarze wciskali łatwowiernym klientom starą wołowinę jako cielęcinę. Oszukiwano na starej śmietanie – dodawano tam krochmal, mąkę, mleko i potas, przez co śmietana „odświeżała się” i stawała się śnieżno-biała i nadzwyczaj smaczna. Zdarzały się i manipulacje wagami czy spiłowanymi ciężarkami, by oszukać klienta.
Magistrat starał się z tym walczyć. W 1902 r. wprowadził posadę handlowego komisarza. Został nim niejaki pan Banach, który przechadzał się po bazarze w poszukiwaniu wyrobów niskiej jakości i fałszywych wag. Gazety pisały o nim, że prawie co dnia konfiskował stare jaja, masło, śmietanę i inne produkty. Prawdopodobnie to jego w swoim felietonie opisał Jaś Niedopytalski.

Korona ustępuje złotemu
W czasie I wojny światowej i wojny polsko-ukraińskiej bujnie rozkwitł czarny rynek. Aby kupić żywność, ludzie znosili na targ wszystko co posiadali – od porcelanowych słoników po gramofony. Ceny uparcie szły w górę. Na przykład: w czasie ZURL chleb był na talony. W specjalnych sklepach bochenek kosztował koronę i to zadowolenie trzeba było rozciągnąć na dwa tygodnie. Za to na bazarze chleb sprzedawano wolno, ale już za 13 koron.
Gdy w Galicji nastała polska władza, kraj pogrążył się w hiperinflacji. Pierwszą narodowa walutą była marka polska. Według poziomu dewaluacji wyprzedziła ona nawet ukraińskie kupono-karbowańce. Gdy w 1924 r. wprowadzono złotego, wymieniano go według kursu 1 zł = 1 800 000 marek polskich.
W latach 1930. władze miejskie postanowiły przenieść handel z Rynku na pl. Trynitarski. Wiązało się to z rekonstrukcją ratusza, gdzie planowano umieścić muzeum Pokucia, bibliotekę im. Smagłowskiego, archiwum miejskie i restaurację. Wpbec tego rynek miał się stać centrum kulturalnym miasta i absolutnie nie pasował tu handel pomidorami i kabaczkami.
Do przenosin przygotowano się rzetelnie. Na pl. Trynitarskim wybudowano murowany pawilon mięsny okrągłego kształtu, drewniany pawilon mleczny i poszerzono lady. Targ nie ograniczył się samym placem i zajął teren pomiędzy obecnymi ulicami Halicką, Starozamkową i Dniestrowską.
Władze zmieniły się, ale „tradycje” handlowe pozostały. Tu nadał oszukiwano klientów i okradano sprzedających. Pisarz Horacy Safrin w książce „Przy sabatowych świecach” przytacza charakterystyczną anegdotę:

„W Stanisławowie na rynku, pośród ciżby ludzkiej stoi szewc Aron Kapłan. To łapie się za głowę, to nerwowo sprawdza kieszenie. Ciągle wrzeszczy:
– Gwałtu! Okradli! Zabili, zamordowali! Dziś jeszcze miałem pieniądze w kieszeni. Gdzie moje pieniądze?!
– Panie Aron – krzyczy ktoś z tłumu – poszukajcie jeszcze raz w kieszeniach.
Aron szybkimi ruchami omacuje ubranie.
– Nie ma, nie ma!
– Panie Aron – zauważa ktoś – czy zaglądał pan do kieszeni w spodniach?
Aron spode łba spogląda na doradcę.
– Też mi powiedział! Jak mogę tam zajrzeć? Jeżeli i stamtąd je ukradziono, to całkiem przepadłem…”

Targ, co przypominał cyrk
Sowieci nazwali targ „Rynkiem kołchozowym” i zrobili go całkowicie spożywczym. Główne wejście mieściło się od obecnej ul. Szeremety. Prawdopodobnie za Niemców handel na Rynku znów się odrodził, ale już w 1945r. władze zakazują „stawiania koni i handel z wozów na terenie wokół ratusza”.
Na starych zdjęciach dobrze widoczne są stare drewniane lady, pomalowane w brudno-niebieskie lub ciemno-zielone kolory. Tam stały hydranty, koło których można było umyć zakupione jarzyny. Rynek kołchozowy miał kilka lokacji. Mięso, mleko i jarzyny sprzedawano na pl. Trynitarskim. W czasach sowieckich został on nazwany ul. Starozamkową, a sąsiednią Trynitarska, nazwano Kołchozową. Drób (żywy i bity) sprzedawano na terenie obecnych pawilonów kwiatowych. Dynie, arbuzy – na terenie dawnego banku Ukraina. W niedziele handlowano też rybkami w akwariach, chomiczkami, żółwiami i innymi zwierzętami domowymi.

W kuluarach władzy narodził się ambitny plan. W 1966 r. „Przykarpacka Prawda” pisała, że „niebawem zacznie się budowa nowego sklepu uniwersalnego, a po jej ukończeniu powstanie nowy kryty targ”. Budowa rozpoczęła się w 1972 r. Architekt Zenowij Dawydiuk kardynalnie zmienił typowy sowiecki projekt. Zaproponował konstrukcję w kształcie kopuły, składającej się z żelbetowych konstrukcji trójkątnej formy. Obiekt tego rodzaju montowany był w ZSRR po raz pierwszy. Nowy kryty targ miał średnicę kopuły 78 m, wysokość od 7 do 15 m i ogólną powierzchnię 4500 m kw.
Jednak budowa przeciągnęła się na długo. Uroczystego otwarcia nowego krytego targu dokonano dopiero 4 marca 1989 r. Ogółem kosztował 3 mln rubli. Przeznaczony był na 1010 miejsc handlowych (wraz z letnimi pawilonami), ściany obłożono marmurem, kolumny – trawertynem, podłogę wymoszczono granitem. Ogólna powierzchnia sali powiększyła się do 7000 m kw. Gazety pisały, że „ta oryginalna konstrukcja ze szkła i betonu przypomina kompleks teatralny czy arenę cyrkową”.

Handel szybko przeniósł się do nowej hali, a stare lady rozebrano. Dzieciarnia nieźle wówczas zarobiła, wyszukując pośród rozwalanych drewnianych lad zgubione monety. Trafiały się nawet polskie złote i grosze.

A co stało się z terenem starego targu? Krajoznawca Wołodymyr Polek pisał w 1994 r., że „w najbliższym czasie Rynek kołchozowy otrzyma całkowicie nowy wygląd. Na konkursie na najlepszy projekt zabudowy tej historycznej części centrum uznano projekt architekta z filii „Dipromist” T. Żuka. Organicznie połączono w nim tradycję i potrzeby dnia jutrzejszego. Znikną stamtąd niewielkie sklepiki, wybudowane jeszcze w latach 30., gdzie do dziś jeszcze mieszczą się sklepy spożywcze i przemysłowe”.
Ale sytuacja gospodarcza lat 90. nie pozwoliła zrealizować te plany. Na terenie dawnego Rynku kołchozowego powstał bazarek przemysłowy. W latach 2000. chciano wybydować tam olbrzymie centrum handlowe „Trajan”, ale na szczęście przeszkodził temu kryzys. Obecnie teren jest w dzierżawie. Kupcy chcą zabudować plac, a mieszkańcy miasta pragnęliby widzieć tam skwer. Ciekawe, kto zwycięży?
Iwan Bondarew
tłum. Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 18 (478), 30 września – 16 października 2025
