Talia brylantów

Talia brylantów

Gorączka złota osiągała swoje apogeum w wojskowym pociągu służbowym, który w okresie PRL-u kursował na trasie Brześć nad Bugiem – Warszawa – Legnica.

Jeździli nim na urlopy, a potem wracali do baz w Polsce żołnierze i oficerowie Armii Sowieckiej. Polscy kolejarze mówili o nim lakonicznie, że to złoty pociąg. Na dużą skalę przemycano w nim bowiem złoto, które sprzedawano handlarzom po przybyciu na miejsce. Było to o tyle ułatwione, gdyż wyższych oficerów „armii wyzwolicielki” nie kontrolowano na granicy. Mogli przewozić, co chcieli.

Tak się złożyło, że „złoty szlak”, prowadzący do Polski, ściśle pokrywał się ze „szlakiem diamentowym”: a to była już wyższa szkoła jazdy. Nielegalny handel surowymi diamentami zaczynał się gdzieś na Syberii, punktem rozdzielczym była Moskwa, a miastem docelowym Legnica, gdzie diamenty wcale nie były diamentami, nazywano je skromnie, choć obrazowo „szkiełkami”. Na ogół niezbyt długo zagrzewały miejsca w Polsce. Diament kamień podróżny, uwielbia być w ciągłym w ruchu. Zarabia na samej swojej wędrówce. Zatem po krótkim pobycie w Berlinie Zachodnim ostatecznie wybierał wolność w Amsterdamie lub w Antwerpii, gdzie starannie oszlifowany przez tamtejszych mistrzów, zamieniał się w brylant. W tym czasie jego cena wzrastała nawet kilkanaście razy.

Dla porządku zaznaczmy również, że ten sam sowiecki pociąg obsługiwał także „szlak kawiorowy”, którym ten ekskluzywny przysmak, w 1, 2, 3 i 5-kilogramowych puszkach podążał na zachód. Rosyjski kawior, ze względu na konkurencyjną cenę chętnie kupowali właściciele restauracji.

Szlak diamentowy
Na tych trzech szlakach wyrosło w Polsce wiele zakamuflowanych fortun. Rosyjscy dostawcy także nie mogli narzekać. Dlatego w 1993 roku opuszczali Legnicę oraz inne miasta, gdzie stały sowieckie garnizony, raczej w nastrojach ponurych, a ich żony nie kryły łez. Nie z powodu polityki, broń Panie Boże. A niech ją szlag! Przyczyny były czysto kasowe. Kończyło się Eldorado.

Ale stało się. 18 września 1993 roku o godzinie 5:35 pociąg relacji Legnica-Brześć, wiozący ostatnich żołnierzy sowieckich, wyruszył z dworca Warszawa-Wschodnia, aby o godz. 9:20 przekroczyć granicę Polski w Terespolu. Od tej pory na terytorium Rzeczpospolitej nie było już żadnych obcych wojsk.

Polscy mieszkańcy Legnicy także popadali w przygnębienie. Nagle urwał się łatwy i świetny zarobek.

– Za ruskich to było życie jak w Madrycie – wspominał z rozrzewnieniem pewien starszy legniczanin, z którym podróżowałem w jednym przedziale do Wrocławia. – Na wszystko było mnie stać, a dziś (tu machnął ręką) szkoda gadać. Szczerze mówiąc: głód, smród i ubóstwo.
– Handlował pan?
– Wszyscy to robili. Nawet milicjanci.
– A konkretnie czym się pan zajmował?
– Kręciłem w szkiełkach.
– Dało się z tego wyżyć?
– Jeszcze jak!

I w następnej chwili wyjaśnił mi, czyli profanowi, że nie chodzi o zakład szklarski, ale o kamienie szlachetne, dokładnie surowe diamenty. Ta ksywka z pokątnego handlu posługiwała się specyficznymi nazwami. „Kaczeńce” na przykład oznaczały złoto, bo żółte. Natomiast na kawior mówiono: „kaszanka”, co mogło wprowadzić w błąd kogoś spoza branży.

– Szkiełka, panie – to było to. Małe, niepozorne, miejsca niewiele zajmują, a warte tyle, że ho ho!

Chciałem się mu zrewanżować za tę dosyć ciekawą opowieść, ale nie bardzo wiedziałem czym. Dopiero, gdy zdradził, że urodził się „we Lwowi”, byłem w domu. Uraczyłem go autentyczną historyjką, która zahaczała o jego rodzinne kąty. O tym jak to przed wojną istniały w Polsce dwie renomowane akademie złodziejskie: lwowska i warszawska. Było to coś w rodzaju złodziejskiego Harvardu i Oxfordu. Obydwie w latach trzydziestych miały filie w Nowym Jorku. Ich absolwenci zdobywali sławę w Europie i Stanach Zjednoczonych jeszcze wiele lat po drugiej wojnie światowej.

Fot. digart.plNumer „na Czecha”
Podobno lwowska była bardziej wyrafinowana i tylko ona uczyła swoich studentów jak kraść diamenty, sprawnie opylić łup i nie wpaść. Na semestr brylantowy zapisywano tylko najzdolniejszych. Była to wiec złodziejska arystokracja. Najpierw wykładano dużo teorii. O diamentach słuchacze uczelni musieli wiedzieć wszystko. Aby otrzymać dyplom należało opróżnić z kosztowności wyznaczony sejf lub pojechać do Antwerpii i obrobić w pociągu kuriera, przewożącego surowe kamienie do którejś ze szlifierni, istniejących w tym mieście. Nie było to wcale takie proste. Walizeczkę, w której znajdowały się diamenty, miał on na stałe przytwierdzoną specjalnym łańcuchem do ręki. Często ochraniała go uzbrojona obstawa, a jednak „absolwenci” ze Lwowa dawali sobie radę.

Zanim na stałe rozpoczęli pracę w zawodzie, wbijano im do głów wiele zasad. Na przykład, zdecydowanie odradzano kradzież diamentów czerwonych, pomarańczowych, zielonych i niebieskich. Były niezwykle rzadkie i łatwiejsze do rozpoznania od białych. Również z tego powodu o wiele trudniej było je korzystnie sprzedać. Jubilerzy i pokątni handlarze obawiali się bowiem wpadki. „Nie zawracajcie sobie głowy kolorami. Tę zabawę zostawcie amatorom” – powtarzał  profesor, który czasem wyjeżdżał ze studentami na ćwiczenia praktyczne. Najczęściej do Berlina, gdyż właśnie to miasto stwarzało ogromne pole do działania, zwłaszcza w okresie karnawału.

Autorskim popisem szkoły lwowskiej był jej firmowy numer „na Czecha”. Śledczym przypominał on własnoręczny podpis pod dokonaną kradzieżą i pozostawioną na miejscu wizytówkę, kto jej dokonał. Bogacze, których żony posiadały diademy i brylantowe kolie warte tysiące dolarów, zabezpieczali się przed ewentualnymi napadami w ten sposób, że nabywali dokładne repliki tych klejnotów, wykonane ze szklanego kryształu. To w nich paradowały na przyjęciach i rautach ich małżonki. W razie kradzieży straty były niewielkie. W tym czasie brylantowe oryginały spoczywały w dobrze zabezpieczonych skrytkach bankowych, w ogniotrwałych sejfach, zamykanych na szyfrowane zamki.

Nic niewarte kopie precjozów wykonywały w Czechach małe zakłady, produkujące sztuczną biżuterię. Było to rękodzieło na najwyższym światowym poziomie, jak również specjalność południowych sąsiadów, która przetrwała do naszych czasów. Czesi byli w tym najlepsi i już. Nic zatem dziwnego, że szkoła lwowska nawiązała ścisłą współpracę z czeskimi mistrzami. Za odpowiednią opłatą przygotowywali oni kopię w dwóch egzemplarzach i przekazywali dane niezwykle istotne: kto zamówił imitację i gdzie mieszka. Obowiązkowo jedna z wykonanych kopii wędrowała do Lwowa i cierpliwie czekała, kiedy uda się ją ulokować w skrytce bankowej w miejsce oryginału. Zdarzało się, że podmianę zauważali właściciele po wielu latach, gdy chcieli sprzedać klejnot lub zamierzali go przerobić u jubilera. Numer „na Czecha” to była lwowska robota w białych rękawiczkach i specialite de la maison tego miasta.

Opowieść o tym, jak w Legnicy handlowano „szkiełkami” oraz na czym polegały zajęcia  brylantowego semestru we Lwowie, przypomniały mi się raz jeszcze w bardzo nietypowym miejscu, bo w Tyberiadzie nad Jeziorem Genezaret, gdy kilkanaście lat temu zwiedzałem tamtejszą szlifiernię diamentów, ulokowaną w bardzo niepozornych zabudowaniach. Nie wszyscy zapewne wiedzą, że obróbka diamentów pozostaje narodowym przemysłem Izraela, bo zapewnia olbrzymie obroty i duże zyski.

Głębia i blask
Przewodnika także miałem niezwykłego. Był nim pan Z. Miał swoje lata i od dawna przebywał na emeryturze. Do zakładu wpadał na parę godzin, aby sobie trochę dorobić. Pochodził z Krakowa. Szlifierskiego fachu nauczył się w Antwerpii. Układ jaki zawarliśmy był dla nas obydwóch chyba korzystny. On podczas przerwy zdradzał mi tajemnice diamentów, a ja mu opowiadałem o Kazimierzu, jak ta dzielnica wygląda i co się tam obecnie dzieje.

„Diamenty, diamenty, wszyscy się nimi bardzo podniecają, a przecież pod względem chemicznym to zwyczajna, choć najpiękniejsza forma krystalicznego węgla – mówił. Liczą się dwie rzeczy: głębia i blask, które wynikają z odbicia światła. Na świecie dwa kamienie są uważane za bezcenne. Z tego powodu nikt ze znawców nie podejmie się określić ile tak naprawdę są dziś warte. Na pierwszym miejscu znajduje się, mający burzliwą i tajemniczą historię Koh-I-Noor, czyli Góra Światła. Przechowywany obecnie w Muzeum w Tower w Londynie, zdobi koronę królowej brytyjskiej. Drugim bezcennym diamentem okazuje się także pochodzący prawdopodobnie z Indii The Sancy Diamont, oszlifowany w symetryczne fasetki. Numerem trzecim jest niewątpliwie The Cullian I. Ma, bagatela, 530,20 karatów i wycenia się go na 400 milionów dolarów. Mnie osobiście – dodawał – bardziej podoba się czwarty na tej liście The Hope. Posiada niebieskawą barwę. Skrywa jednak pewną mistyczną tajemnicę: otóż w świetle zaczyna świecić na czerwono”.

To od pana Z. dowiedziałem się na przykład, że brylant, podobnie jak kobieta, posiada talię. W kanonie damskiej urody im węższa, tym lepiej. Linia osy to niedościgniony wzór piękna. Kobieta zrobi wszystko, będzie się głodzić tygodniami lub wylewać wiele litrów potu na sali gimnastycznej, aby chociaż odrobinę zbliżyć się do ideału. Z brylantami sprawa ma się dokładnie odwrotnie.  Talia w brylancie to jego najszersze miejsce, patrząc z boku. Dlaczego jest taka ważna? Gdyż zgodnie z zasadami, jakie obowiązują rynek kosztowności, przechowuje tożsamość brylantu, metrykę i zarazem certyfikat jego autentyczności.

Wszystkie oszlifowane diamenty właśnie w talii ukrywają swoje oznaczenia. Są to maleńkie laserowe ryty. Na przykład diamenty, mające w metryce Kanadę posiadają mikroskopijny rysunek liścia klonowego lub niedźwiedzia polarnego, co automatycznie kojarzy się z tym krajem. Z kolei klejnoty sprzedawane przez znaną firmę De Beers znaczone są w talii  symbolem, zwanym forevermark. Fachowiec zerknie i wie wszystko, ponieważ diamenty nie wymagają wielu słów. Uwielbiają raczej milczenie, które może wyrażać zarówno tremę, autentyczny podziw, jak również skupienie.

Włodzimierz Paźniewski
Tekst ukazał się w nr 7 (179) 16-25 kwietnia 2013

X