Świąteczna gra

8 grudnia 2020 r. Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych wydało rezolucję adresowaną do władz Federacji Rosyjskiej, w której domaga się natychmiastowego wycofania rosyjskich sił zbrojnych z Krymu i zakończenia „czasowej okupacji terytorium Ukrainy”.

Podkreślono zarazem, że większość państw nie uznaje półwyspu za rosyjski, a za integralną część Ukrainy okupowaną przez Rosjan. I choć dokument ten nie ma mocy prawnej, to niewątpliwie jest istotny z politycznego punktu widzenia. A przynajmniej powinien być, podobnie jak wcześniejsze tego rodzaju postanowienia, o których dziś już zapewne niewielu pamięta. Przede wszystkim jednak wskazuje, że podziały na świecie wciąż są głębokie i pozwala zaktualizować listę państw, którym milczenie w tej istotnej kwestii może być pomocne w utrzymaniu dobrych relacji z Moskwą. Tym razem bowiem rezolucję przyjęto zaledwie 63 głosami. Przeciwnych było siedemnaście państw, w tym Rosja, Chiny, Korea Północna, Kuba, Syria czy Armenia, ale aż 62 kraje wstrzymały się od głosu – wśród nich Kazachstan, Bośnia Hercegowina i Indie.

Grudniowe debaty nad sprawami Krymu stały się niejako tradycją. W 2016 r. ponad 30 państw, w tym Ukraina i Polska, złożyło projekt rezolucji dotyczącej praw człowieka na Krymie i w Sewastopolu, w tym sytuacji Tatarów krymskich, w której Rosję określono mianem „państwa okupującego”. Rok później, 19 grudnia, rezolucja „Sytuacja praw człowieka na Krymie i w m. Sewastopol (Ukraina)” została przyjęta, a w grudniu 2018 r. na forum ONZ dyskutowano nad kolejną, o militaryzacji Krymu i Sewastopola, a także części Morza Czarnego i Morza Azowskiego. Przyjęto ją na mocy decyzji 66 państw, 19 głosowało przeciw, ale od głosu wstrzymała się większość — 72. Rosjanie uznali wówczas ten gest za bezużyteczny, lecz niebezpieczny, gdyż Kijów miał na tej podstawie zyskać możliwość podejmowania wszelkich działań, nawet „najbardziej szalonych”, jak uważał Szef Komitetu Międzynarodowego Rady Federacji Rosji Konstantin Kosaczow. Po roku kwestie te ponownie były omawiane i tym razem 63 kraje wezwały Rosję do wycofania sił zbrojnych z Krymu i zaprzestania okupacji terytorium Ukrainy. Zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ Dmitrij Polanski tłumaczył wtedy, równocześnie oskarżając przeciwników Moskwy o kłamstwa, że mieszkańcy półwyspu dokonali wyboru, jakim było przyłączenie do FR, w obliczu groźby „krwawej masakry ze strony nacjonalistów” ukraińskich.

Bez wątpienia wszystkie te debaty są wyrazem głębokiego niepokoju, jaki na świecie budzi wojskowa obecność Rosji w rejonie Morza Czarnego i Morza Azowskiego, mogąca mieć wpływ także na handel na tym obszarze. Tym razem sekretarz prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow komentując rezolucję ONZ podkreślił, że Krym jest suwerennym terytorium Federacji Rosyjskiej, na którym Rosja może zrobić wszystko, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Z taką opinią może polemizować nie tylko Zgromadzenie Ogólne ONZ, a przynajmniej znaczna część światowych stolic, ale też Unia Europejska, która 11 grudnia bieżącego roku o sześć miesięcy przedłużyła sankcje wobec Federacji Rosyjskiej, nałożone za naruszenie integralności terytorialnej, suwerenności i niezależności Ukrainy w roku 2014. Dzień później Międzynarodowy Trybunał Karny ds. zbrodni przeciwko ludzkości, zbrodni wojennych, ludobójstwa oraz zbrodni agresji w Hadze uznał, że istnieją podstawy do wszczęcia śledztwa przeciw Rosji w związku z jej agresją na Ukrainę. Sprawa rozpatrywana była od 2015 r. i po pięciu latach Ukraińcy zyskali nadzieję na to, że w przyszłości wygra sprawiedliwość.

Tymczasem, niejako wyprzedzając ten ruch, rosyjski portal Sputnik przygotował artykuł, w którym przypomina, że 10 grudnia upłynęła rocznica uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Miało to miejsce w 1948 r., ale po upływie lat szereg państw zapomina o swoich zobowiązaniach. Wśród nich jest Polska.

Rosjanie przyznają, że na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci „hasło praw człowieka służyło jako pretekst do niszczenia suwerennych państw, obalania ich legalnych władz, wywoływania kolejnych agresywnych, napastniczych wojen”, w czym prym wiodły Stany Zjednoczone. Działania takie miały być „entuzjastycznie” popierane przez Warszawę, a Polacy z chęcią dołączali do amerykańskich „humanitarnych interwencji”. Teraz polscy politycy koncentrują się, zdaniem dziennikarzy portalu, na łamaniu praw człowieka na Białorusi, podczas gdy sami „mają w tej sferze poważne kłopoty”, co świat, skupiony na walce z COVID 19, ledwie zauważa.

I tak oto ludzie reprezentujący interesy państwa, które w ocenie Amnesty International łamie prawa człowieka, w tym piętnuje społeczności LGBT, wytykają Polakom dyskryminację mniejszości seksualnych, dodając też wzmiankę o nieprzestrzeganiu praw kobiet i nienawiści na tle rasowym i etnicznym. Nie wspominając o prześladowaniach dziennikarzy w Rosji piszą o tym, że w Polsce szykanuje się ludzi za głoszone opinie i przekonania, różne od stanowiska rządu. Jeśli dodać do tego nieudolnie maskowane wykluczenie ekonomiczne i dyskryminację społeczną oraz prześladowanie Rosjan nad Wisłą rysuje nam się obraz kraju w poważnej zapaści, pogrążającego się w odmętach autorytaryzmu, o który troskę przejawia autor artykułu, a nie rządzący.

Możemy czytać tego rodzaju teksty z oburzeniem, możemy upierać się przy tym, że ich autorzy opisują raczej sytuację w innym państwie, kto wie, czy nie w Rosji, próbując przełożyć ją na to, co dzieje się w Polsce. Publikacje takie są zresztą odbierane często skrajnie – mogą zarówno budować negatywny wizerunek polskiego rządu, jak i sprawić, że czytelnik uzna ich treść za kompleksowe kłamstwo. Wtedy przysłużą się władzy, pozbawiając ją obywatelskiej kontroli. Nie mniej wydaje się, że takie rozważania są drugorzędne wobec dyskusji, jaką należałoby podjąć. Wobec debaty o skuteczności rosyjskiej propagandy.

W chwili, gdy podejmowano decyzje w sprawie sankcji nałożonych na Rosję w mediach pojawiły się doniesienia, że kraj ten weźmie udział we wspólnych manewrach z NATO. Miało się to wydarzyć po raz pierwszy od 2011 r., dzięki współpracy z pakistańską marynarką wojenną. Można zapytać – czegóż więcej chcieć, aby pokazać opinii publicznej, że kary karami, a jednak współpraca istnieje? Wysłać jasny komunikat, że Rosja jest pożądanym i cenionym partnerem, a organizacje międzynarodowe wcale nie są godne zaufania, skoro z jednej strony chcą nałożyć na nią jakieś embargo, a z drugiej wyciągają rękę i chcą wspólnie działać.

Takie podważanie stanowisk UE, Trybunału czy ONZ, za sprawą jednego tylko newsa o ćwiczeniach NATO i wojsk rosyjskich z pewnością wielu czytelnikom kazało poddać w wątpliwość spójność zachodniej narracji i jej wiarygodność. Bo prawdopodobnie tylko nieliczni z nich przeczytali późniejsze oświadczenie rzecznika prasowego NATO Oany Lungescu, iż po rosyjskiej agresji na Ukrainę Sojusz Północnoatlantycki zaniechał praktycznej współpracy wojskowej z Federacją Rosyjską i nie planuje wspólnych przedsięwzięć z tym krajem.

To zaledwie jeden z fake newsów, od jakich roi się w mediach i w wirtualnej przestrzeni. Rosjanie doskonale wiedzą, jak operować takimi wiadomościami, jakie są reguły dezinformacji. Potrafią zrobić sobie świąteczny prezent, jakim będzie seria artykułów ukazujących ich kraj w dobrym świetle. Potrafią też podrzucić komuś prezent niechciany, jakim są publikacje dyskredytujące rządy i ich poczynania. Umiejętnie żonglując faktami, dbają o dobre samopoczucie własne i nienajlepsze cudze. Czas najwyższy nauczyć się zasad tej gry, w którą jesteśmy przez Moskwę wciągani wbrew naszej woli.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 23 (363), 15–28 grudnia 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X