Stracona okazja

W cieniu wydarzeń na Białorusi mija setna rocznica bitwy warszawskiej, która określana jest mianem 18. decydującej bitwy w dziejach świata. Rocznica cicha, można by rzec – skromna, na co niewątpliwie ogromny wpływ ma pandemia i związane z nią obostrzenia. Zarazem rocznica niewykorzystana dla budowy relacji polsko-ukraińskich.

Co prawda organizowane są okolicznościowe konkursy i wystawy, pojawiły się poświęcone temu wydarzeniu wydawnictwa, a jedna z tras szybkiego ruchu ma otrzymać nazwę „Aleja Bohaterów Bitwy Warszawskiej 1920”, ale wydaje się, że to za mało, aby godnie uczcić pamięć o sprzymierzeńcach Polaków. Dla nich zabrakło w tych przedsięwzięciach należytego miejsca. Wspólne konferencje, debaty czy publikacje, przedstawiające sojusz, jaki w 1920 roku Polacy zawarli z Ukraińcami, to wciąż domena grona naukowców czy publicystów, którzy nie są w stanie przebić się ze swoimi słowami do szerokiego kręgu odbiorców. Tymczasem politycy jak gdyby zapomnieli, jak wiele zawdzięczamy tym, których później zdradziliśmy. Sojusz Piłsudskiego i Petlury złamano 18 marca 1921 roku, kiedy traktat pokojowy z bolszewicką Rosją został podpisany przy udziale rządu radzieckiej Ukrainy, ale z pominięciem przedstawicieli Ukraińskiej Republiki Ludowej. Osób, które stanęły po stronie Polski i dla których Polska miała być wsparciem na drodze do niepodległości.

Pamięć o tym, że dwa narody stanęły ramię w ramię do walki z bolszewikami jest dziś wciąż żywa, choć trudno powiedzieć, że to wiedza powszechna. Na uwagę zasługuje na pewno postawa członków Związku Harcerstwa Polskiego i Płastu – Ukraińskiej Organizacji Skautowej, dzięki którym 14 sierpnia w obu krajach zapłonęły „płomienie braterstwa”, mające upamiętnić tych, którzy wspólnie walczyli w 1920 roku. Na uporządkowanych mogiłach zapalono znicze, a akcja ta pomaga młodym ludziom poznawać chlubne karty wspólnej historii i może stać się pretekstem do zbliżenia pokolenia, które już wkrótce będzie kształtować stosunki dwustronne.

Ci, którzy robią to dziś, nie zorganizowali spotkania, choćby online, w którym wzięliby udział prezydenci Polski i Ukrainy, wskazując tym samym, że strategiczne partnerstwo nie jest tylko pustym sloganem. Wydaje się, że słowa, które przed ponad piętnastu laty padły na Cmentarzu Orląt i przy Memoriale Żołnierzy Ukraińskiej Armii Galicyjskiej, wciąż są raczej wyjątkiem, niż regułą. Podczas uroczystości, które miały miejsce 24 czerwca 2005 roku z udziałem prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Wiktora Juszczenki, ten pierwszy wspomniał „męstwo i zasługi tych żołnierzy, którzy pod wodzą Semena Petlury, u boku Józefa Piłsudskiego, ramię w ramię walczyli wraz z polskimi oddziałami o Ojczyznę”. W stulecie tamtych zmagań takiego wystąpienia zabrakło. Co prawda po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim w Oświęcimiu w styczniu 2020 roku Andrzej Duda zaproponował, „żebyśmy wspólnie uczcili pamięć żołnierzy polskich i ukraińskich, którzy w 1920 r. walczyli z nawałą bolszewicką”, ale 15 sierpnia najważniejszym gościem obchodów stał się Michael Pompeo, sekretarz stanu USA, a uroczystości stały się okazją do podpisania umowy o wzmocnionej współpracy obronnej między Polską a Stanami Zjednoczonymi. W tej sytuacji nawet, jeśli oficjalnie poinformowano, że w związku z epidemią koronawirusa zdecydowano o wycofaniu udziału w obchodach delegacji na poziomie prezydentów, skupienie uwagi na przedstawicielu amerykańskiego rządu, a nie delegacie Ukrainy, najlepiej dowodzi, jak dalekie miejsce zajmuje ona w polskiej polityce zagranicznej.

Może zatem lepiej wygląda informacyjna czy edukacyjna strona stulecia bitwy, która miała tak wielkie znaczenie dla świata? Polacy z okazji okrągłej rocznicy Bitwy Warszawskiej przygotowali interaktywny serwis bitwa1920.gov.pl, dostępny w siedmiu wersjach językowych, w tym w ukraińskiej, jednak próżno szukać tam pogłębionych informacji o wydarzeniach sprzed wieku. Trudno przy tym zakładać, że taka była koncepcja twórców strony, że miała to być forma interaktywnej zabawy, a nie kompendium wiedzy o historii i ludziach, którzy ją tworzyli. Niemożliwym wydaje się zmarnowanie takiego potencjału i okazji, a jednak szybko możemy przekonać się, że zawiedzie się chociażby ten, kto spodziewałaby się, że odrębne miejsce poświęcono tam Symonowi Petlurze. Znalazło się ono dla Włodzimierza Lenina, Józefa Piłsudskiego i Michaiła Tuchaczewskiego, ale nie dla człowieka, który stanął po stronie Piłsudskiego.

Sporo uwagi poświęcono, co zrozumiałe, polskiej koncepcji federacyjnej, której zwolennikiem był Józef Piłsudski. Uczestnicząc w zabawie, przypominającej grę dla młodszych dzieci, mamy możliwość wybrania spośród państw na mapie Europy tych, które marszałek zamierzał uwzględnić w swoich planach. Podpowiedzią jest wskazówka, aby pamiętać o granicach z 1772 roku, zatem czasach sprzed rozbiorów Polski, kiedy to Litwini, Ukraińcy czy Białorusini nie posiadali swoich państw. Zatem kolejno – kierujemy kursor na Litwę i dowiadujemy się, że sojusz z nią to „dobra myśl”, gdyż łączy nas „piękna wspólna przeszłość”. To, że Litwini nie podzielali wówczas tej opinii, a i dziś wielu miałoby problemy z taką oceną historii, okazuje się być nieistotne. Zaznaczając Białoruś, dowiadujemy się, że choć Białorusini nigdy nie mieli własnego państwa, to za cenę sojuszu z Polską „pomożemy im je stworzyć”. „Jeśli się nie uda, to damy Białorusinom autonomię kulturalną” – czytamy dalej rozważając, czy taka autonomia wystarczy? Aż korci też by spytać, czy pomożemy Białorusi i dziś, a jeśli tak, to w jaki sposób. Czy wesprzemy jej obywateli w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego, czy nadal będziemy walczyć z monopolem informacyjnym białoruskiego reżimu, czy może jednak uznamy, że Biełsatu nie należy finansować i będziemy próbować porozumieć się z Łukaszenką, bo jednak jest on legalnie wybranym prezydentem. A wtedy albo przegramy wraz z nim, jeśli Białorusinom uda się zmienić władzę, albo wygramy wraz z Rosją, jeśli ta postanowi wesprzeć sprawdzonego przywódcę. W obu przypadkach trudno będzie mówić o sukcesie.

Ale wracając do opisywanej strony, dowiadujemy się z niej, że trzecim filarem planu Piłsudskiego była Ukraina, z którą docelowo Polskę powinna połączyć konfederacja. Na jakich zasadach i dlaczego? Tych informacji musimy poszukać już w innych źródłach. Zresztą w tym, wydawałoby się informacyjno-historycznym serwisie, odnalezienie jakichkolwiek wiadomości na temat Ukraińców wymaga czasu i detektywistycznego zacięcia. Znajdujemy wzmiankę o „nacierającej z Ukrainy” armii Budionnego, o „lwowskich Termopilach”, czyli bitwie pod Zadwórzem, czy też Bitwie Wołyńsko-Podolskiej, a gdy spoglądamy, co starcie 15 sierpnia 1920 roku przyniosło światu, natrafiamy na notkę o zniewoleniu Ukrainy i Wielkim Głodzie. Tu też napotykamy wreszcie nazwisko Symona Petlury, wespół z którym Polsce „nie udało się” obronić niepodległości Ukrainy. O sojuszu z Piłsudskim nikt nie wspomina. Wydaje się, że twórcy serwisu zmarnowali doskonałą okazję, aby przybliżyć nie tylko Polakom historię sprzed stu lat i podkreślić przy tym wagę układów, jakie zawiera każdy przecież kraj zaznaczając, jak istotna jest lojalność wobec sprzymierzeńców.

5 maja 1921 roku Józef Piłsudski, stojąc przed internowanymi w Szczypiornie żołnierzami ukraińskiej armii, powiedział: „Ja was przepraszam, panowie, ja was bardzo przepraszam, tak nie miało być”. Dziś moglibyśmy przeprosić nie tylko Ukraińców za tak niepełne przedstawienie dziejów bitwy, o której Polacy mówią, że była ich „zwycięstwem dla wolności Europy”, ale przede wszystkim Polaków.

Wielkimi czynami należy się umiejętnie chwalić. Można, czy wręcz należy je też wykorzystywać do poprawy stosunków dwustronnych. Stosunków rozumianych znacznie szerzej, niż przez pryzmat polityki historycznej. Dziś wciąż wpływa ona na współpracę gospodarczą, polityczną czy wojskową w relacjach polsko-ukraińskich. Nie potrafimy rozdzielić tych kwestii, nie kierujemy się pragmatyzmem, mylimy hasła i życzenia z realizmem. Przestaliśmy, jako kraj, angażować się w rozwiązanie konfliktu na wschodzie Ukrainy, a strona ukraińska lepiej rozumie się z Litwą czy Zachodem, niż z Warszawą. Ta z kolei koncentruje się dziś raczej na zagmatwanych sprawach wewnętrznych, niż na polityce zewnętrznej, ograniczając się tu do niezbędnego minimum. Pamięć historyczna wciąż zdaje się być ważniejsza od polityki wschodniej, a za pomocą tej pierwszej nie potrafimy pozytywnie kształtować tej drugiej. Podkreślając rolę Ukraińców w Bitwie Warszawskiej, Polacy nie oddaliby niczego ze swojego męstwa, a mogliby zarazem wygrać kolejną potyczkę, tę o dobre relacje z sąsiednim państwem. Ale w XXI wieku zabrakło stratega, który byłby gotów taką kampanię przeprowadzić i ją wygrać. Sto lat po wielkiej wygranej ponieśliśmy porażkę.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 15 (355), 18 – 31 sierpnia 2020

X