„Fenomen” Powstania Warszawskiego

Historia tak zadecydowała, że sierpień jest dla Polski miesiącem dwóch ważnych rocznic – Powstania Warszawskiego i Bitwy Warszawskiej. Pierwsza rocznica już za nami, a druga tuż „za pasem”.

Może niektórym to się wyda dziwne, ale rezygnując z bycia „aktualnym” i pisania o Bitwie Warszawskiej pragnę napisać słów parę o tej rocznicy minionej, a dokładniej – o tym wszystkim co w Polsce (od przynajmniej kilkunastu już lat) dookoła rocznic Powstania Warszawskiego się dzieje. Uważam, że warto podjąć próbę dokonania pewnego rodzaju bilansu ocen i wydarzeń, próbę porzucenia ideologiczno-politycznych emocji i zachęcić do zdroworozsądkowego spojrzenia na fenomen Powstania Warszawskiego.

Dodatkowo, a może przede wszystkim, zdecydowałem się napisać o Powstaniu dlatego, że dokładnie rok temu, w poprzednim sierpniu, rozmawiałem o nim z Mistrzem – redaktorem Mirosławem Rowickim. Mirek, bo tak go nazywali jego przyjaciele, był dla mnie mistrzem rozwagi, optymizmu i dobroci. Często z Nim rozmawialiśmy o historii, o Polsce, o Ukrainie, o nas samych. Rozmawialiśmy także o ważnych dla Polski rocznicach, w tym o rocznicy Powstania Warszawskiego. W zeszłym roku Mirek powiedział – „Pisz!”. Jednak, jak to często bywa, „przygniotły” mnie kolejne wydarzenia, trzeba było gdzieś pojechać, coś zrobić, o coś walczyć i… napisałem coś innego – wtedy zdawało mi się, że coś bardziej sensownego. Teraz, gdy Mirek odszedł, przypomniałem sobie tę naszą rozmowę, a że przeżyliśmy właśnie kolejną rocznicę i kolejne „awantury”, to o czym rozmawialiśmy, nie straciło niestety swojej aktualności i postanowiłem – niejako nadal odczuwając redaktorską opiekę Mirka – o tym co się dzieje dookoła fenomenu Powstania Warszawskiego kilka słów napisać.

Dlaczego piszę o „fenomenie” Powstania Warszawskiego? Zapewne dlatego, że nie znajduję innego, lepszego pojęcia określającego to czym było Powstanie. Powstanie, wszystko z nim związane, a także wszystko to czym było ono (i jest nadal) w świadomości wielu Polaków. Używam pojęcia „fenomen” także dlatego, że Powstanie było czymś wielkim i złożonym, wielowarstwowym i nie zawsze jednoznacznym oraz, tak jak w przypadku większości wielkich historycznych wydarzeń, nie sposób „zamknąć” go w czarno-białych obrazach, w oczywistych ocenach, lapidarnych słowach. Do tego, analizy i oceny jego poszczególnych etapów i aspektów, decyzji, działań i zachowań ludzi, którzy – w taki, czy w inny sposób – stali się jego częścią, w jednej i tej samej narracji mogą być diametralnie różne, a mimo tego – w sumie – nie tylko nie będą sobie przeczyły, a wręcz przeciwnie – będą się wzajemnie uzupełniały, tworząc bliski prawdzie obraz Powstania.

Właśnie – wierność prawdzie rocznicowo-powstańczych ocen i opinii. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że w coraz bardziej brutalizującej się i coraz bardziej bezwzględnej politycznej, polsko-polskiej wojnie, historia też stała się orężem. Różne, często dalekie od stanu historycznej wiedzy, a najczęściej temu stanowi przeczące, niekiedy zmanipulowane, niekiedy urągające zdrowemu rozsądkowi oceny i opinie, dzisiaj niebywale często służą realizacji bieżących celów politycznych, a ich relacje z prawdą i rzetelnością są – w najlepszym wypadku – bardzo „luźne”. Cóż, może dla „oceniaczy” jest to bez znaczenia, może „cel uświęca środki”, ale ja czytając, czy słuchając tych politycznie motywowanych, a deformujących obraz Powstania wynurzeń odczuwam złość.

Na marginesie tylko. Tak właściwie to problem jest o wiele szerszy i bardziej złożony niż „swobodne” traktowanie i ocenianie Powstania Warszawskiego. Problemem jest instrumentalne i nieobiektywne traktowanie całej historii Polski. Bierze ono swe początki w tym jak i kto postrzega polskość, czym i dla kogo jest patriotyzm, na ile i dla kogo jest ważna prawda, rzetelność i uczciwość. W kontekście powyższych pytań nieustannie dyskutowane jest to czy i z czego mamy prawo/obowiązek być dumni, za co powinniśmy się wstydzić, kogo przepraszać i czyich przeprosin się spodziewać, jakim narodem jesteśmy, na co zasługujemy, a na co nie zasługujemy – stało się to częścią bieżącej walki politycznej. W ogniu tej walki „na historię i patriotyzm” cierpią właśnie prawda, rzetelność i uczciwość, bowiem są one poświęcane na „ołtarzu spraw wyższych”, czyli zwycięstwa w sporze w którym twierdzenia nie są wynikiem analizy zdarzeń, a odwrotnie – zdarzenia „dopasowywane” są tak, by „pasowały” do twierdzeń. W tych sporach nie historyczna prawda i obiektywna ocena są ważne, nie opinia oparta na gruntownej wiedzy, a wygodne emocjonalnie mniemanie, zniekształcony obraz, niesprawiedliwa ocena „udowadniająca” to co trzeba udowodnić. W takie właśnie realia „wpisują się” dyskusje o wybuchu, przebiegu, skutkach i sensie Powstania Warszawskiego

Na kolejnym marginesie – dzisiejsze powszechne umiłowanie postprawdy nie tylko historii dotyczy, a do tego to nie tylko polski problem, ale mnie, Polaka, polskie sprawy „bolą najdotkliwiej”, a jako miłośnika historii, najbardziej mnie oburzają manipulacje przy historii właśnie. Dlatego o tym piszę, chociaż wiem, że dzisiaj takie tematy są „niemodne”.

Paradoksalnie – na to jak toczone są spory, jakie wystawiane moralne i historyczne oceny Powstania, na ile są one obiektywne, ma wpływ postęp techniczny. Upowszechnienie się internetu i umiejętności z niego korzystania, a szczególnie popularność internetowych sieci społecznościowych spowodowały, że walka polityczno-„historyczna” przeniosła się także i tam. Możliwości publikowania własnych „przemyśleń” i po ich publikacji, pozostania anonimowym, spowodowała, że zatrważająco wzrosła liczba „ekspertów od wszystkiego” i ich odwaga by upubliczniać najdziksze teorie, najdrastyczniejsze wystawiać oceny. Nie jestem zwolennikiem jakiejkolwiek formy cenzury, ale kompletny brak odpowiedzialności za napisane sprzyja lawinom bzdur i krzywdzących ocen. Powstanie Warszawskie też jest tego ofiarą, a że opisanie „wszystkiego” co się „dookoła” Powstania (jego rocznic) dzieje przerasta możliwości jednego tekstu – zajmę się analizą publikacji w sieciach społecznościowych.

Pierwsza grupa – którą wyróżniam, a która w tych grupach „pastwi się” nad Powstaniem jest dosyć pasywna, ale za to znająca się praktycznie na wszystkim i „wszystkowiedząca” grupa „ekspertów”. Bywa, że członkowie (członkinie?) tej grupy piszą coś samodzielnie. Częściej jednak, chcę wierzyć, iż nie ze złej woli, a jedynie wskutek niewiedzy dołączają oni do czyjejś narracji „historycznej” i „dają się jej prowadzić”. W wykonaniu tej grupy oceny Powstania są niebywale kategoryczne (obojętnie „w którą stronę”), czarno-białe, jednowymiarowe. Wynika z nich, że chociaż autorzy bardzo chcą coś o Powstaniu powiedzieć/napisać, to nie wiedzą o czym piszą. Bez jakiejkolwiek złośliwości, a już absolutnie bez śladowego nawet poczucia wyższości, szczerze i życzliwie im radzę – poczytajcie Bora-Komorowskiego, Ciechanowskiego, Andersa, Kamińskiego, Kirchmayera, Bartoszewskiego, Daviesa, Wańkowicza, Bączyka, Gursztyna, Klimaszewskiego, Stachiewicza, Hansa von Krennhalsa, Borkiewicza, Sawickiego i innych. Nawet Zychowicza. To różne oceny, różne aspekty, różne ich „poziomy”. Nawet jeśli przeczytacie COKOLWIEK – będzie lepiej jak jest, bowiem to co czytam świadczy o totalnej (modne ostatnio słowo) niewiedzy autorów i czytając/słuchając tego płaczę – trochę ze śmiechu, trochę z przerażenia.

Dwie kolejne grupy są innego charakteru. Ci, których można do nich zaliczyć są to przeważnie „alfa samce” (niekiedy „alfa samice”?) historyczno-politycznych dyskusji, „spin doktorzy” „prawdy”, „patriotyzmu”, „europejskości”, „wartości” i „demokracji”. To oni formułują „podstawowe” tezy o Powstaniu, tworzą wpisy, do których (w komentarzach) dołączają adepci pierwszej, opisanej powyżej grupy. Tym dwóm „alfa grupom” nadałem nazwy „grupy afirmantów” i „grupy postponentów”. Prawda, trafiają się i „przypadki mieszane. Obiecuję – postaram się krótko.

„Grupa afirmatów” głosi chwałę, bohaterstwo i heroizm Powstania. Widzi tylko patriotyzm powstańców, losy i walki poszczególnych oddziałów i ludzi. Odwaga i poświęcenie. Biało-czerwone opaski na rękawach i orzełki na czapkach. „Afirmanci” wskazują na wpływ, jaki na kolejne pokolenia Polaków miał etos Powstania Warszawskiego. Formułują tezę o „moralnym zwycięstwie” Powstania Warszawskiego i uważają, że to zwycięstwo „kasuje” całą resztę. Niby (oprócz ostatniego) wszystko to prawda, jednak próba zapomnienia, „unieważnienia” tego, że z wojskowego i politycznego (ówczesnego) punktu widzenia Powstanie było klęską i skutkowało ogromnymi ofiarami ludzkimi i materialnymi. Niezauważanie tego przez „Afirmantów”, pomijanie – przy formułowaniu ocen obejmujących cały fenomen Powstania – jest bądź błędem, bądź manipulacją.

„Postponenci”. Z kolei dla nich Powstanie, od samego początku, było błędem, złem, owocem politycznych gier i wybujałych ambicji. Było zbrodnią. Analogicznie do „afirmantów”, widzą oni (albo chcą widzieć) tylko „jedną stronę medalu”. Tak, podjęta przez dowództwo AK decyzja o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego – w świetle naszej dzisiejszej wiedzy i w zestawieniu z hekatombą ofiar i skalą zniszczeń – może być oceniana jako błąd. Tak, Powstanie poniosło wojskową klęskę – przecież zakończyło się nawet oficjalną kapitulacją. Tak, było też ówczesną klęską polityczną. Jednakże poprzestanie na ocenie jedynie tych jego aspektów jest (minimum) nieuczciwe. Przecież pomimo wojskowej klęski i hekatomby ofiar, Powstanie Warszawskie – jego etos – w długoterminowej perspektywie – miało znaczący wpływ na wychowanie kolejnych pokoleń Polaków, na zachowanie przez nich poczucia odrębności narodowej, na znalezienie sił do oporu i kolejnych zrywów. Powstanie, jego bohaterstwo, klęska i ofiary były dla wielu symbolem i natchnieniem. Oprócz tego, „postponenci” oceniają poszczególne etapy, elementy, aspekty powstańczego fenomenu korzystając z dzisiejszej wiedzy. Czynią to „post factum”, a taka ocena wypacza wizerunek ocenianych ludzi, ocenianych zdarzeń.

Chociaż, pisząc te słowa, z premedytacją nie wdaję się w dyskusje historyczne, to wyłącznie w celu wyjaśnienia, a nie polemiki wspomnę, iż warto pamiętać, że pomimo wszystkich ewidentnych błędów i pomyłek popełnionych przy podejmowaniu decyzji o rozpoczęciu Powstania, dowództwo AK nie miało najmniejszego pojęcia o tym, o czym my dzisiaj wiemy (decyzje Jałty, działania sojuszników – a raczej ich brak – zatrzymanie wojsk Stalina pod Warszawą). Nie tylko to zresztą. Pytanie – dzisiaj wiemy, że rzeź Woli miała miejsce, ale czy ktoś odważy się twierdzić, że była ona nieunikniona? Tymczasem „postponenci” często tak prowadzą swoją narrację, jakby podejmujący decyzję o początku Powstania musieli się z rzezią Woli liczyć. To jedynie przykład specyficznego toku „rozumowania” „postponentów” nic więcej.

Ignorancja, ekstremizm i maksymalizm nie są dobrym pomysłem na zrozumienie zarówno historycznej, jak i obecnej rzeczywistości. Również „polityka historyczna” nie zawsze jest traktowana w sposób pozwalający na rzetelne i rozważne traktowanie historii. Tymczasem właśnie to jest niezbędne, by w uczciwy sposób rozmawiać o Powstaniu i to nie jest żaden symetryzm, nie „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”, a rozwaga, rzetelność i uczciwość właśnie. Oceny Powstania Warszawskiego, tak jak ocen wszystkich innych wielkich wydarzeń historycznych – wielkich klęsk, wielkich zwycięstw, wielkich tragedii, czasów wielkiej chwały i wielkiej żałoby – nie da się sprowadzić do jednej płaszczyzny i zamknąć w kilku jednoznacznych zdaniach. Rozwaga, rzetelność i uczciwość właśnie – tego właśnie od Mirka się uczyłem.

W 2008 roku, w książce „Kinderszenen” Jarosław Marek Rymkiewicz napisał: „Powstanie Warszawskie było szaleństwem. Ale dzięki temu szaleństwu jesteśmy dziś autentycznymi Polakami, a nie pozbawionym tożsamości podnarodem, który wyróżnia jedynie używany język i fakt zamieszkiwania tego, a nie innego miejsca na ziemi”.

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 15 (355), 18 – 31 sierpnia 2020

X