„Czemu się nie cieszysz? My pobiedili!”

„Czemu się nie cieszysz? My pobiedili!” zbiory rodziny Morawieckich

Rozmowa Jarosława Krasnodębskiego z wrocławianką Jadwigą Morawiecką, która opowiada o swoim stanisławowskim rodowodzie.

Od czasu, kiedy Pani syn Mateusz Morawiecki został premierem, uwaga dziennikarzy skupiła się wokół niego, ja z kolei chciałbym zapytać Panią o Jej kresowe korzenie.
Jeśli chodzi o moje kresowe korzenie, to mój ojciec był ze Stanisławowa, stamtąd także pochodzili jego przodkowie. Jeden z moich pradziadków uważał się podobno za Czecha, a prababcia pochodziła z Lotaryngii, nazwisko miała z francuska Leblanc, co zresztą było charakterystyczne dla Galicji, gdzie mieszkało tak wiele narodowości. Moja mama urodziła się i mieszkała natomiast w Wieluniu, czyli daleko od Stanisławowa.

Po I wojnie światowej warunki życia były bardzo trudne, ojciec wyjechał do Francji, by zarobić tam pieniądze. Poznał mamę i wrócił już z nią do Polski, z zamiarem zawarcia związku małżeńskiego. Jednocześnie rodzina mamy przeprowadziła się na Wileńszczyznę do kolonii Janki [powiat dziśnieński], bo była taka agitacja, żeby zasiedlać Kresy Wschodnie. W każdym razie był to świat zabity deskami, tam spędzałam często wakacje, jeżdżąc długo na północ Polski. Rodzice pobrali się w Dokszycach [powiat oszmiański], a w 1929 roku przenieśli się do Stanisławowa.

Z dokumentów archiwalnych znalezionych w Iwano-Frankiwsku (dawniej Stanisławów) wynika, że Pani ojciec był kolejarzem, a mieszkaliście przy ulicy Kolejowej.
Ojciec całe życie był kolejarzem. Zaczynał od najniższych stopni, najpierw był konduktorem pociągów towarowych, potem osobowych. Nie wiem z jakiego powodu, ale często zmienialiśmy mieszkania. Najbardziej zapamiętałam mieszkanie przy ulicy Dworskiej, wychodziło na poldery i piękne łąki wzdłuż rzeki, a kończyło się Bystrzycą Nadwórniańską, w której lubiłam się kąpać. Kiedy wybuchła już wojna, z naszego ogródka nosiłam pomidory polskim żołnierzom. Później pojawił się komunikat przez radio o kapitulacji, mama przytuliła mnie wtedy i powiedziała tylko: „Jadziusiu, nie ma już Polski”.

Czym Pani zdaniem różnił się Stanisławów od powojennego Wrocławia, do którego Pani przybyła po 45 roku?
Była przede wszystkim różnica okresów, w jakich mieszkałam. Mama dbała o posiłki, gotowała, była dzielną kobietą, posługiwała się swobodnie francuskim, po krótkim pobycie we Francji. Ojciec miał tę zaletę, że umiał wszystko zrobić – stolarkę, umiał też coś uszyć. Brakowało mi na pewno Bystrzycy. We Wrocławiu było mnóstwo ruin, samo miasto było przez to smutne. Po maturze, gdy chodziłam na Politechnikę, to droga wiodła przez gruzy. Nauczyciele w różnym stopniu przypominali nam przedwojennych, pochodzących z Kresów. W miarę możliwości utrzymywaliśmy kontakt ze stanisławowianami, którzy mieszkali blisko nas. Młodzież i dzieci – przeważnie byli to kresowiacy, wygnani ze swojej ojczyzny. Po latach proboszczem katedry był ksiądz ze Stanisławowa [najprawdopodobniej chodzi o ks. kan. Stefana Helowicza], który żegnał nasz transport odjeżdżający, wszystkich nas błogosławił i podawał rękę. Byłam taka uradowana, że to ten sam kapłan.

Zdjęcie komunijne z 1938 roku. Jadwiga stoi między nauczycielką Anielą Sokolnicką, a dyrektorem szkoły powszechnej na Majzlach, Julianem Dubasem, oboje zamordowani przez Niemców (zbiory rodziny Morawieckich)

Stanisławów mimo tego, że był o wiele mniejszym miastem, miał bardzo dużo do zaoferowania: park Sienkiewicza, kilka boisk sportowych, teatr, poza tym Stanisławów położony był blisko gór.
Czas wolny spędzałam latem nad Bystrzycą, a zimą zjeżdżałam na sankach. Wzajemnie graliśmy w różne gry typu chińczyk, ponieważ ojciec lubił karty, nauczył nas grać w remibrydża. Nie mieliśmy pieniędzy, żeby wyjeżdżać na wakacje do Jaremczy czy Worochty. Zwykle spędzałam je z mamą u dziadków na Wileńszczyźnie. Gdy wujostwo dowiedziało się, że Mościcki przyjedzie do Wilna, to zabrano mnie, tuż przed wojną, żebym go zobaczyła.

Kresy to teren, który obrósł wieloma mitami, jeden z nich to mit tolerancji. Mimo to, chyba możemy powiedzieć, że Pokucie było specyficznym regionem, w którym panowały dobre stosunki między narodami.
Absolutnie nie czuło się żadnej różnicy narodowościowej, że któraś dziewczynka jest Żydówką czy Ukrainką. Nauczycielka w klasie traktowała nas wszystkich jednakowo, nie przypominam sobie, by na tym tle było jakiekolwiek napięcie. Przy naszej ulicy mieszkali Ukraińcy. Wśród nich był trochę starszy ode mnie chłopak, taki dumny, ładny, podobał mi się, ale przyznaję, że oni czuli się troszkę wyobcowani, nie przystawali tak chętnie do dziecinnych zabaw. Co ciekawe, ojca brat miał narzeczoną Żydówkę w wieku około dwudziestu lat. Mieszkała w dzielnicy Górka, na bardzo ubogiej ulicy, gdzie domy to były dosłownie lepianki. Była ona taką pedantką, że bardzo mi imponowała, bo mimo ubogiego domu, było w nim tak czysto. W czasie II wojny światowej, jak wkroczyli Niemcy do Stanisławowa, wujek wynajął mieszkanie w dzielnicy willowej, zamieszkał z nią i przedstawiał ją jako swoją żonę. Tak przeżyła wojnę.

Wspomniała Pani o szkole, to niewątpliwie musiał być ważny okres, spędzony jeszcze w niepodległej Polsce.
Nauczyciele wychowani byli przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę. Mieli głęboko zakorzenioną godność i ogromny patriotyzm. Nauczycielka przepięknie przekazywała nam wiedzę o Orlętach i o walkach na Kresach Wschodnich. Była aktywna w życiu publicznym i politycznym. Nauczyła nas piosenek i wierszy o Piłsudskim. Jeden z nich brzmiał: „To nieprawda, że ciebie już nie ma, to nieprawda, że jesteś już w grobie, chociaż płacze dziś cała Polska ziemia, cała Polska ziemia w żałobie”. Ta pani nas tego uczyła. Albo: „Jest na Rossie granitowa płyta, wśród żołnierskich mogił jedyna, na tej płycie są słowa wyryte: matka i serce syna. Serce syna, serce rycerza, serce wielkie, odważne i prawe matce złożył w ofierze, śpij wśród braci żołnierzy twych miłych, pod dobrymi jesteś skrzydłami, matki dwie będą Ciebie chroniły – Twoja z Tą w Ostrej Bramie”. To właśnie pamiętam ze szkoły. Miałam wtedy takie marzenia, że walczę za Polskę i za nią ginę.

Wojna zmieniła wszystko. Co więcej, podzieliła narody, które żyły ze sobą w miarę zgodnie do tej pory. Utkwiło coś Pani w pamięci z tego trudnego okresu?
Na pewno ten komunikat i płacz mamy. Mimo, że trzeba było oddać odbiorniki radiowe, to my stale słuchaliśmy radia, audycji nadawanych z Londynu. Kiedy przyszli sowieci, to mojej mamy rodzinę z Wileńszczyzny wywieziono na Sybir. Ponieważ wujek był cieślą, a ciocia krawcową, która była na tyle roztropna, że wzięła ze sobą maszynę, to oni jakoś z biedą przeżyli. My z mamą posyłałyśmy im paczki z jedzeniem i pisałyśmy listy, które wyraźnie cenzurowano, ale dochodziły. Najstarszy brat mamy był w ruchu oporu, po jakimś czasie go złapali i został skazany na śmierć. Tylko dzięki temu, że Niemcy wkroczyli w 1941 roku, wygnano go razem z więźniami, część rozstrzelano na miejscu, a część sowieci gnali w głąb Rosji. Szczęśliwie potem dostał się do Armii Andersa, przeszedł cały szlak bojowy, był saperem i uczestniczył w bitwie pod Monte Cassino. Dobrze zachowany proporzec z tej bitwy dałam potem jako pamiątkę synowi.

W Stanisławowie ojciec stale przywoził informacje, co się dzieje, otrzymywał wiadomości przekazywane z różnych miejscowości. Mimo, iż nie należał do konspiracji, to zbierał grypsy, później się naradzał z mamą w domu, do kogo wówczas trzeba je było dostarczyć. Mieszkaliśmy na skraju miasta na Majzlach i kiedy rozpoczęły się napady ukraińskich nacjonalistów, dochodziły do nas okrutne wiadomości dotyczące ataków na bezbronną ludność polską zamieszkałą na wsi.

Przygotowywaliśmy się do samoobrony, mieliśmy wiadra z piaskiem i wodą, i siekiery. Razem z sąsiadami, wszyscy byliśmy jakoś przygotowani, bowiem zaraz za rzeką była wieś ukraińska.

Jadwiga Morawiecka na tle ruin, Wrocław 1951 (zbiory rodziny Morawieckich)

Ostatnio mamy do czynienia z wieloma manipulacjami ze strony Rosji na temat najnowszej historii Polski. Mieszkańcy dawnych Kresów chyba nie mieli złudzeń, że wyparcie Niemców ze Stanisławowa nie oznaczało wyzwolenia.
Pamiętam taką sytuację, jak już nas „wyzwolili”: szłam po dzielnicy Górka, nie wiem dlaczego sama, ale znałam dobrze miasto, miałam w końcu już 14 lat. Idę wzdłuż muru, w stronę wiaduktu. W pewnym momencie żołnierz idący z naprzeciwka, przystanął i zapytał: „Czemu się nie cieszysz? My pobiedili!”. Wykrzyknął i uderzył mnie w twarz.

W tym czasie do Stanisławowa przyszło wojsko kościuszkowskie. Proszę sobie wyobrazić, że po tylu latach okupacji pojawiła się flaga biało-czerwona, śpiewaliśmy „Boże, coś Polskę”, atmosfera była podniosła. Wtedy mój starszy brat powiedział, że idzie do wojska. Pracował w dużych warsztatach kolejowych, których naczelnikiem był „biały Rosjanin” zaprzyjaźniony z mamą. Powiedział jej: „Niech on nie idzie do tego wojska, to nie takie wojsko, jak myślicie”. Mój brat był jednak uparty, chciał walczyć. Był wtedy kierowcą. Doszedł do Berlina, przeżył wojnę. Natomiast rodzina nasza, wujostwo zesłane na Sybir z Wileńszczyzny, wrócili wszyscy.

Wojna się skończyła, ale państwo musieliście jeszcze pokonać długą drogę w pociągu ekspatriacyjnym, a później nadszedł czas okresu adaptacji.
Wiedzieliśmy, że możemy zostać. Ale trzeba było przyjąć obywatelstwo radzieckie. Wiedzieliśmy także już wtedy o Katyniu i o Sybirze. Zdawaliśmy sobie sprawę, jacy oni są. To był czerwiec, 1945 rok. Wiadomo było, że transporty do Polski jeżdżą różnie, czasami krócej, czasami dłużej. Trzeba się było jakoś zabezpieczyć. Wagony były odkryte. Każda rodzina miała kącik, można było, przewidując sytuację, bezpiecznie przebyć tę drogę. Pozwolono także wziąć coś ze sobą, np. meble. W każdym razie mieliśmy taki kącik, żeby się przespać. Nasz transport miał wyjątkowe szczęście, bo była pogoda i jechał krótko, tylko trzy dni. Trzeciego dnia zatrzymał się w Strzelcach Opolskich. Moją mamusię ciągnęło do Wielunia, bo wielunianka, ojciec zaś wiadomo, musiał być koło wielkiej stacji. Później pojechaliśmy do Wrocławia, gdzie mieliśmy sąsiadów ze Stanisławowa.

Pan Premier wspominał niedawno w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, że najbardziej lubi pierogi ruskie i placki ziemniaczane, potrawy ze Stanisławowa. Co jeszcze Pani stamtąd przywiozła?
Z potraw to na pewno jeszcze kutię i groch z kapustą. Poza jedzeniem to z pewnością różne patriotyczne piosenki i opowiadania, które przekazywała nam nauczycielka w Stanisławowie. Wspominałam przedwojenne święta 3 maja i 11 listopada, organizowane defilady. Kiedy nastał czas tworzenia środowisk kresowych, to ja jakoś byłam może rozdarta między Wieluniem i Stanisławowem. Gdy Mateusz z synową pojechali ze mną do Stanisławowa w 2002 roku, to koniecznie poszliśmy nad rzekę Bystrzycę. Z żalem spoglądałam na nią, bo nie było łęgów, nie było piasku i ślicznych górskich kamieni. Rzeka jest dziś poza tym uregulowana, a na moich cudnych polderach wyrosło blokowisko.

Dziękuję Pani za rozmowę.

Rozmawiał Jarosław Krasnodębski
Tekst ukazał się w nr 14 (354), 31 lipca – 17 sierpnia 2020

X