Stanisławowski tranzyt. Część I

Stanisławowski tranzyt. Część I Ulricha Werduma gościnnie podejmował na swym zamku wojewoda kijowski Jędrzej Potocki (ze zbiorów autora)

W literaturze historycznej podkreśla się, że Stanisławów został założony na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych. Jest to logiczne, że gdy były drogi, to po nich wędrowano. Wędrowców nie brakło.

Wielu jedynie nocowało w zajeździe, aby już rankiem ruszyć w dalszą drogę. Ale byli i tacy, którzy uważnie rozglądali się po okolicy i notowali spostrzeżenia. W 1934 roku krajoznawca Józef Zieliński zebrał świadectwa tych „pisarzy” i w Kurierze Stanisławowskim opublikował artykuł „Stanisławów we wspomnieniach cudzoziemców”. Poszerzyłem nieco ten materiał i dziś proponuję go Czytelnikom Kuriera Galicyjskiego.

Klasyk Ulrich
Tego wędrowcę nie cytował chyba najbardziej leniwy krajoznawca. Zawitał on do Stanisławowa w 1672 roku i pozostawił pierwszy opis miasta nad Bystrzycami. Ponieważ do tej pory nie odnaleziono planów miasta z XVII wieku, to wspomnienia tego „turysty” są jedynym źródłem dla rekonstruktorów stanisławowskiej fortecy.

Kim był ten autor? Nazywał się Ulrich von Werdum (od miasta Wirdum we Fryzji, na północy Holandii). Żył w latach 1631-1681. Przepuściwszy swój majątek, mężczyzna wyruszył na poszukiwanie przygód. Zapoznał się z francuskim tajnym agentem biskupem de Polmie (znanym też jako monsignor Buval lub Joan de Kurtene), który zatrudnił Ulricha jako swego sekretarza. We dwójkę podróżowali po terenach Rzeczypospolitej, agitując za detronizacją króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego i obraniem na tron królewski księcia Charlesa Parisa de Longueville. W styczniu 1672 roku agenci zawitali do rezydencji jednego z profrancuskich koalicjantów Jędrzeja Potockiego. Oto co zobaczył tam Ulrich von Werdum:

„Z tego miejsca, jeszcze równinnego i w większości z uprawionymi polami, do Jamnicy (Savnice) – jedna mila. Ta wioska z ruską cerkwią leży nad małym strumieniem (ten strumyk też nazywali Jamnica – aut.) i należy do wojewody kijowskiego. Potem jeszcze dalej przez takież równinne pola i małą rzeczkę do Stanisławowa – jedna mila. To miasto, zaledwie przed dziesięcioma laty z gruntu (czyli na pustym miejscu – aut.) na pustym miejscu zbudował wspomniany wojewoda kijowski Jędrzej Potocki i nazwał go na cześć swego jedynego syna, na ten czas dwunastoletniego panicza, imię którego Stanisław. Leży ono na całkiem równinnej płaszczyźnie, gdzie do tego stała ruska wioska z cerkwią Zabłotów (Sobloto), która teraz jest jednym z jego przedmieść. Z trzech innych stron miasto otoczone jest jeziorami i moczarami, przez które przecieka mała rzeczka Bystrzyca i wpada do miejskiej fosy. Fortyfikacja składa się z sześciu ziemnych bastionów z palisadą u dołu, zrobioną z mocnych dębów. Wojewoda planował utworzenie jeszcze fos i opatrzenie ich zewnętrznymi urządzeniami fortyfikacyjnymi.

Główna linia bastionów ma 150 stóp długości. Zbudował te umocnienia pan Francois Corassini z Avignonu, pułkownik pieszej gwardii wojewody. W mieście jest kościół papieski, ale tylko drewniany, w którym nabożeństwa będą odprawiane tak długo, dopóki nie ukończony zostanie piękny kościół kamienny, budowa którego trwa. Ormianie i Rusini, czyli Grecy, też mają po jednej cerkwi, a Żydzi – bożnicę. Ratusz stoi pośrodku czworobocznego wielkiego rynku. Wybudowany jest w kształcie wieży z różnymi zagłębieniami, częściowo z drewna, a częściowo – kamienny. Również wojewoda otworzył tu wyższą szkołę z pięcioma profesorami.

Zamek, w którym obecnie sam mieszka, również wzniesiony jest z drewna, ale już zebrano belki, cegłę i kamienne bloki na drugi zamek – kamienny, który ma powstać w południowo-wschodnim zakątku miasta. Wojewoda chce otoczyć go wieżami i innymi fortyfikacjami, jak cytadelę. Miasto ma trzy bramy, wybudowane z kamienia, na jednej widoczny jest półksiężyc.

Zabłotów jest jednym z przedmieść, po przeciwnej stronie jest takie same. Oba z ruskimi cerkwiami. Poza miastem w odległości armatniego strzału na południowym zachodzie jest ładny las dębowy, o długości ćwierć mili. Przez dwa dni siedzieliśmy tu spokojnie i byliśmy wspaniale przyjęci przez wojewodę – jak w zamku, tak i w gospodzie. Za to mój gospodarz, biskup de Polmie, ze swej strony okazał się bardzo szczodrym, rozdając prezenty noworoczne wszystkim, nawet najniższym dworskim służącym”.

Od siebie dodam, że nic nie wyszło z tego przewrotu państwowego. Pretendenta do polskiego tronu księcia de Longueville zabito podczas wojny franko-holenderskiej i tajni agenci z niczym powrócili do domu. Jeżeli ktoś chce przeczytać poszerzoną wersję wspomnień von Werduma, to warto wyszukać w bibliotece 9 numer czasopisma „Жовтень” (Październik) za 1983 rok.

Anegdoty D’Aleуraca
Kolejnym gościem Stanisławowa stał się urodzony w słonecznej Francji François Pol D’Aleyrac. Jak tylko nie przekręcano jego nazwisko – Dalerac, d’Allerac, d’Alerac, Dallerac, a nawet de Leran. W polskich źródłach spotyka się dwie wersje jego nazwiska: D’Aleyrac lub Dalerac. Niech każdy czyta jak chce. Ale mniejsza z tym…

D’Aleyrac swoją karierę rozpoczynał jako sługa polskiego króla Jana III Sobieskiego. Monarcha powierzył mu dostarczanie listów do swej ukochanej żony Marysieńki. Z czasem François stał się zaufanym króla i ten zabiegał o jego nobilitację – nadanie szlachectwa. D’Aleyrac był świadkiem wielu interesujących wydarzeń. W 1699 roku w Amsterdamie ukazała się jego książka „Les anecdotes de Pologne ou Memoires secrets du regne de Jean Sobieski III”, czyli „Anegdoty o Polsce, lub wspomnienia o tajemnicach królowania Jana III Sobieskiego”.

Fragmenty, odnoszące się do Stanisławowa, przetłumaczył i opublikował w swej książce XIX-wieczny historyk Alojzy Szarlowski. Większość krajoznawców czerpie swoje informacje właśnie z tego źródła. Ale zdarzyło się, że jeden poważny akademik w swej bibliografii podkreślił, że opierał się na amsterdamskim oryginale.

François był dość lakoniczny i o Jędrzeju Potockim pisze: „Jego wojska są tu jedyną obroną granic. On obsadza wojskowe posady, daje miastu wojskowe oddziały, dba o zapasy broni, napełnia żywnością magazyny, wszystkie armaty do niego należą”.

A tak opisuje on Stanisławów w 1687 roku:
„Stanisławów jest jednym z najpiękniejszych i największych miast na Pokuciu. Położony jest na pięknej równinie o dwie mile od Dniestru, umocniony wielkimi wałami o regularnym kształcie według obecnego sposobu. Miasto ma wielki pałac z kamienia, zbudowany ładnie z ozdobami. Rynek, budynki, mieszkańcy i arsenał wyróżniają go ze wszystkich miast na Rusi. Miasto zamieszkują bogaci Ormianie i Wołosi. Sądząc z odzieży mężczyzn i kobiet, a też po licznych jarmarkach, które swoją różnorodnością towarów nie ustępują jarmarkom Lwowa i Warszawy, można byłoby nazwać Stanisławów sercem Królestwa, chociaż jego okolice są całkowicie zniszczone”.

W dodatku Józef Zieliński dopuszcza, że co do Wołochów (czyli Rumunów) D’Aleyrac trochę przesadził. Na pewno trafił on do miasta podczas jakiegoś wielkiego jarmarku i napatrzył się na przyjezdnych Cyganów.

Gdy kuto podkowy
Przez cały wiek XVIII podróżni nie robili sobie kłopotu z zapisem wrażeń z podróży. Pierwszym – po D’Aleyracu – wędrowcą-literatem, który zawitał do Stanisławowa zimą 1802 roku, był niemiecki funkcjonariusz policji Josef Rogrer. Później wydał on książkę „Notatki o podróży od granicy tureckiej po Bukowinie, Wschodniej i Zachodniej Galicji, Śląsku i Morawach do Wiednia”. Właściwie Rogrer nie planował zatrzymywać się w Stanisławowie, ale pod miastem konie pogubiły wszystkie podkowy. W całym mieście nie było właściwych podków i wędrowiec zmuszony był czekać, aż kowal przygotuje nowy komplet.

Ówczesna Galicja była już pod panowaniem austriackim, a Stanisławów z byłej rezydencji magnackiej zdążył tymczasem zamienić się w prowincjonalną dziurę.

„Nadeszła najbardziej stosowna chwila, aby opowiedzieć Wam kilka słów o okręgowym mieście, z którego teraz piszę. Od razu na początku zawieziono mnie do ładnego kościoła farnego, wysokie sklepienia i dużo wolnej przestrzeni, szerzącej światło, zwróciły moją uwagę ze względu na to, że przed kilkoma dniami widziałem nabożeństwo w drewnianym ciemnym kościele w Czerniowcach.

Wracając do Stanisławowa, muszę zauważyć, że we wspomnianym mieście oprócz starosty okręgowego nie mieszka żaden znaczny urzędnik i dlatego to miasto dla każdego, kto nawykł do kulturalnego towarzystwa i go poszukuje, nie stanowi szczególnej ciekawości. Przynajmniej to rozczarowało mnie na przedmieściach. Jak ogólnie jest znane, tu obok urzędu okręgowego jest tzw. forum Nobilium (sąd szlachecki – aut.), który decyduje o wszelkich ustawach prawnych, gdzie jako winowajcy występuje szlachta galicyjska. Dlatego wydało mi się rzeczą szczególną, że prawie każdy z miejscowych administracyjnych i sądowych urzędników, którzy z racji swego stanowiska byli powołani rozwiązywać sporne sprawy, ma własny budynek, którego on skrzętnie dogląda i pilnuje w ciszy swego ogrodu. Niektóre z tych budynków, mających najwyżej piętro, sad, kwietniki i grządki warzywne, sprawiały bardzo przyjemne wrażenie. W całej Galicji urzędnicy wyższego czy niższego szczebla nie żyją tak idyllicznie jak tu. Od tych budynków, które istnieją niepełne 20 lat, wieje duchem domowego zacisza i zgody, a widok z okien na sady, grządki i drzewa, zasadzone rękoma właścicieli (lub przynajmniej własnoręcznie oczyszczone od gąsienic) – bez wątpienia stanowi największą życiową dumę każdego urzędnika.

Pewien urzędnik, z którym znajomość zrobiła przyjemniejszymi spędzone tu godziny, zaprowadził mnie w mieście do jakiejś holenderskiej restauracji. Właścicielka, dama podstarzała, z fryzurą, w żółtej jedwabnej sukni siedziała naprzeciwko mnie, stale operowała chusteczką, to chowając ją, to znów wyciągając i przykładając do oczu z żalu za chorym już od dawna mężem, którego niedawno straciła. Właściwie jej wzburzenie nie było wielkie, a smutek koił oficer z pułku Wallonów miejscowego garnizonu. Ledwie powstrzymywałem się od śmiechu. Wykształceni oficerowie miejscowego pułku Beaulieu, dobry i tani obiad pojednały mnie ze światem i tą niestałą w uczuciach Holenderką. Na koniec zaprowadzono mnie do gospody, która miała być kawiarnią, gdzie obsłużyła mnie dobrym napojem jakaś żwawa – chyba – Czeszka. Tam było tak czyściutko, że z ochotą zapomniałem o twardych wiejskich krzesłach, na których trzeba było siedzieć”.
(cdn.)

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 22 (290) 30 listopada – 18 grudnia 2017

X