Spotkanie z Krzysztofem Pendereckim we Lwowie

Spotkanie z Krzysztofem Pendereckim we Lwowie

Podczas III Międzynarodowego Festiwalu „Odkrywamy Paderewskiego” odbyło się spotkanie z Krzysztofem Pendereckim – kompozytorem, dyrygentem i profesorem Akademii Muzycznej w Krakowie. Kompozytor powiadał o sobie i swojej twórczości, odpowiadał na liczne pytania młodzieży. Spotkanie prowadziła prof. Lubow Kijanowska. Po spotkaniu z Krzysztofem Pendereckim rozmawiała Anna Gordijewska.

Przed wojną Pan jako dziecko przyjeżdżał do Lwowa. Co utkwiło Panu w pamięci?
To są bardzo głębokie wspomnienia wstecz, do moich najwcześniejszych lat. Przyjeżdżałem tutaj od 2 roku życia aż do rozpoczęcia wojny, kiedy miałem niecałe 6 lat. Mój wujek był szefem sztabu, a dziadek studiował we Lwowie. Myśmy mieszkali w Dębicy między Krakowem i Lwowem, ale Lwów to było miasto bardzo „bliskie” dla nas. Pamiętam Panoramę Racławicką, to jest to, co najbardziej mi utkwiło w pamięci, poza moją rodziną.

Kiedy powstało „Credo”, utwór, który miała możliwość wysłuchać publiczność lwowska?
Credo – to jest wyznanie wiary. Kiedy ukończyłem 65 lat wtedy postanowiłem napisać, było to bardzo ważne dla mnie. Jest to osobisty utwór, w którym nie chciałem być awangardowym kompozytorem, chciałem napisać muzykę, którą czuję i która mi była potrzebna. Jest to najdłuższy utwór „Credo”, które ktokolwiek napisał

Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej. Proszę opowiedzieć o swoich korzeniach?
Moja babcia była Ormianką, mieszkała w małej miejscowości gdzie nie było kościoła ormiańskiego, chodziła do greckokatolickiego i dlatego mój ojciec był chrzczony w rytuale greckokatolickim. Dziadek był Niemcem. Rodzina mojego ojca mieszkała koło Rohatyna w małej miejscowości Tenetniki. Zawdzięczam mojemu ojcu bardzo dużo. Zapoznał mnie z muzyką ludową, która nie była popularna w Polsce, jeździliśmy do wschodniej Polski, w Bieszczady, do Białegostoku, żeby słuchać muzyki tych regionów. Ojciec prowadził mnie do cerkwi. Zostałem wychowany w rodzinie religijnej, z wiekiem jest to coraz mocniejsze. Jestem katolikiem, ale muzycznie największy wpływ miała na mnie muzyka cerkiewna. Jestem otwarty dla każdej wiary. Pan Bóg jest jeden, a czy to pisze się po hebrajsku, czy ormiańsku, czy łaciną nie ma znaczenia. Łacina jest językiem, w którym się wychowałem. W ciągu ostatnich 1000 lat była językiem obowiązującym w kościele katolickim, więc większość moich utworów jest napisana łaciną. Dotychczas nie chodzę do kościoła, gdzie jest msza po polsku, tylko znajduję kościół, w którym jest odprawiana po łacińsku.

Komu Pan zawdzięcza to, że został muzykiem?
Mój ojciec chciał, abym został skrzypkiem. Był adwokatem, ale grał codziennie na skrzypcach. Kiedy miałem 5 lat dostałem skrzypce do ręki i ojciec powiedział: będziesz się uczyć. Nie chciałem na początku, wolałem grać w piłkę z kolegami, ale coraz bardziej mnie to wciągnęło. Miałem kochanego dziadka. W tym czasie już nie pracował, więc mógł więcej czasu poświęcić dla mnie. Wcześniej był dyrektorem banku, który wybudował w tym samym małym miasteczku, gdzie się urodziłem. Najpierw przyszli Niemcy i wyrzucili nas, potem przyszli Sowieci i jako burżujów nas też wyrzucili z domu. Mój dziadek był Niemcem, który stosował bardzo dobrą metodę, siedząc przy mnie z zegarkiem w ręku obserwował jak długo ćwiczę i za każde 15 minut dodatkowych płacił mi. Ojciec nie pochwalał tego mówiąc, że to nie jest metoda wychowawcza, ale okazało się, że to jest dobra metoda, bo zawsze miałem za co kupić sobie zabawki czy wydać na czekoladę. Może dlatego, że mi dziadek płacił – zostałem muzykiem (śmiech).

Krzysztof Penderecki (fot. Aleksy Kokorew)

Jakie miejsce w twórczości Pana profesora zajmuje muzyka awangardowa?
Każdy twórca i kompozytor przechodzi pewne okresy. Awangarda była chyba najważniejszym dla mnie okresem tworzenia się zupełnie czegoś nowego – discovery nie tylko w muzyce, ale w sztuce i świecie technicznym. Wyrastałem w epoce powstawania nowej estetyki, szczególnie w Polsce w pod koniec lat 50. awangarda była protestem przeciwko narzuconej nam przez Rosję estetyce żdanowskiej. Zerwaliśmy z tradycją i zaczęliśmy szukać nowej muzyki. W 1957 powstało studio muzyki elektronicznej przy Polskim Radiu w Warszawie i dla mnie była to wielka fascynacja, kiedy moja muzyka zmieniła się zupełnie. Rozpoczął się kontakt z elektroniką – wówczas to był nowy świat Teraz każdy w kieszeni ma elektronikę i to nie jest nic nowego, ale wówczas zachodnia awangarda była zabroniona, my musieliśmy tworzyć swoją awangardę.

Pierwszy utwór sakralny – psalmy Dawida – napisałem również w 1957 roku. W tym czasie Polska nie była wolnym krajem, nie wykonywano wtedy muzykę religijną. Ponieważ nie była grana, to na znak protestu pisałem muzykę sakralną.

Po awangardzie nastąpił moment „flirtu z przeszłością”?
Wyrosłem na polifonii Tak się szczęśliwie złożyło. Miałem dwóch profesorów, każdy miał obsesje na temat uczenia kontrapunktu – to jest uczenie możliwości równoczesnej muzyki na wielu płaszczyznach, w ten sposób najbardziej rozwija się muzykalność Polifonia istnieje w mojej muzyce od samego początku była w awangardowej muzyce też tylko zupełnie inna. Po awangardzie nastąpił powrót do melodyki, a bez melodyki nie ma muzyki.

Znane jest stwierdzenie, żeby dobrze pisać muzykę trzeba cierpieć. Jak to jest w Pana przypadku ?
Każdego dnia rano siadam do pracy i wydaje mi się, że niczego nie umiem i nie potrafię napisać nawet jednej nuty. I to jest walka z materiałem, który jest oporny i nie układa się pod rękę, tylko go trzeba wydrzeć z siebie, z wnętrzności. To jest, wydaje mi się, najważniejszym cierpieniem twórcy.

Byłem prześladowany, pisałem muzykę, która nie każdemu się podobała. Moją awangardę nie każdy rozumiał. Pamiętam pierwsze próby trenu i polimorfii z filharmonią krakowską, gdzie oni pukali się w głowę, śmiali się, nie brali tego poważnie. To nie było tak, że ta muzyka była od razu przyjęta Natomiast kiedy napisałem Pasję, która była zupełnie innym utworem, to z kolei awangarda ode mnie się odwróciła Nie miałem łatwego życia jako twórca. Dopiero teraz na stare lata to się uspokoiło, ale mnie zawsze krytykowano. Moja muzyka była znana bardziej w świecie do tego czasu niż w Polsce

Który z utworów sakralnych jest najważniejszy dla Pana?
Jednak „Siedem bram Jerozolimy”, utwór, który był napisany z okazji jubileuszu trzech tysiącleci istnienia Jerozolimy.

Kto jest Pana ulubionym kompozytorem?
Cała klasyka jest dla mnie ważna. Są kompozytorzy, których się lubi na pewnym etapie, potem się zapomina, a są takie postacie jak Bach, który był zawsze dla mnie największym kompozytorem i został przez całe zycie, nie ma takiego drugiego. Ubóstwiam Beethovena, Szostakowicza, z którym się przyjaźniłem, Prokofiewa, Rachmaninowa. Bardzo lubię słowiańską muzykę. Jeśli chodzi o współczesnych ukraińskich kompozytorów to dla mnie bardzo bliska jest muzyka symfoniczna Latoszyńskiego, którego znałem osobiście, niejednokrotnie przyjeżdżał do nas oraz Sylwestrowa, muzyka którego jest często u nas wykonywana.

Jakie metody jako pedagog Pan profesor stosuje w pracy ze studentami?
Nigdy nie byłem najlepszym pedagogiem, ponieważ moja własna muzyka mnie zawsze bardziej interesowała niż ta, którą pisali moi uczniowie. Muszę przyznać prawdę, że nie jestem najlepszym pedagogiem, ale uważałem, że w tym okresie ważnym ktoś powinien stać na czele Akademii Muzycznej. Nie chciałem być rektorem, ale trzymali mnie i szkoła skorzystała, bo jednak znali mnie w ministerstwie i mogłem dużo załatwić dla szkoły, na przykład fortepian. Potem kiedy posadziłem drzewa w mojej posiadłości w Lusławicach postanowiłem coś zrobić dla młodych ludzi i starałem się o pieniądze w Unii Europejskiej, ministerstwo dodało z 15%. Budowa trwała 7 lat. To jest jedno z największych moich dzieł, które powstało z niczego, bo na łące gdzie się pasły krowy powstało centrum dokąd przyjeżdża z całego świata młodzież, a nawet dzieci. Myśmy stworzyli orkiestrę dziecięcą dla najlepszych wybranych z całej Polski, żeby dzieci tam mogły się kształcić i uważam ten opus za bardzo ważny w swoim życiu.

Co dla Pana jest największą inspiracją?
Dla mnie największą inspiracją jest tekst. Napisałem 4 opery, mam zamiar pisać następną i to jest moją inspiracją, a nie muzyka, która jest we mnie, nie muszę już słuchać, trudno, żeby mnie coś zainteresowało.

Czy chętnie wraca Pan do Lwowa?
Oczywiście, że bardzo chętnie, tylko nie często jestem zapraszany. Teraz otworzyły się większe możliwości. Ja bym bardzo chciał przyjechać tutaj do Akademii Muzycznej i właśnie ze studentami zrobić koncert i to jest najważniejsze, ponieważ ostatnio zajmuję się młodzieżą, o czym już mówiłem, zbudowałem Centrum Europejskie w Lusławicach. Możemy nawiązać kontakty, organizować wymiany studentów między Lusławicami i Lwowem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku jak tylko znajdę jakieś okienko i czas chciałbym przyjechać do Lwowa i zadyrygować koncertem ze studentami. Chciałem podziękować licznie zebranym studentom tutaj, w tym gmachu, bo na spotkaniu ze mną w krakowskiej Akademii Muzycznej, gdzie byłem rektorem w ciągu ostatnich 14 lat, byłaby połowa sali. Myślę, że nie jest się prorokiem we własnym kraju.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 22 (218) 28 listopada – 18 grudnia 2014

X