Każdy moment naszego życia jest cudowny

Każdy moment naszego życia jest cudowny

Z aktorką Sonią Bohosiewicz rozmawiała Anna Gordijewska.

Dlaczego postanowiła Pani zagrać w monodramie „Chodź ze mną do łóżka” w reżyserii Adama Sajnuka?

Monodram chodził za mną już od dłuższego czasu. Będąc w ciąży z pierwszym dzieckiem, potem z drugim, zaczęłam myśleć o powrocie do teatru, ponieważ przez pięć lat w ogóle nie wychodziłam na scenę. Zatęskniłam za publicznością i za bezpośrednim kontaktem. Zastanawiałam się – co zrobić; oczywiście przychodziły mi do głowy różne komercyjne sprawy jakieś komedie, farsy, które by się bardzo dobrze sprzedawały. Ostatecznie wpadł mi w ręce tekst Andrzeja Żaka, który przeczytałam i odłożyłam sobie z boku razem z innymi tekstami. Potem go wyrzuciłam, potem go znowu wydrukowałam, wyrzuciłam i znowu wydrukowałam i tak z piętnaście razy. W końcu zdecydowałam, że jeśli tekst tak mocno za mną chodzi to widocznie to jest to coś, co chciałabym opowiedzieć publiczności. Teraz z przyjemnością wejdę na scenę z czymś lżejszym, może repertuarem śpiewanym albo komediowym.

Wybrałam również ten monodram, ponieważ jest w nim mowa o przemijaniu, o którym chciałam z publicznością się podzielić. To było to, co zostało mi w głowie po narodzinach moich dwóch synów i ten strach, który się u mnie urodził chciałam jakoś okiełznąć, włożyć go w ramy teatru, w scenografię, kostium i wykrzyczeć go ludziom.

Kiedy i gdzie odbyła się premiera?
W teatrze „Polonia” w Warszawie znalazłam gościnną scenę u Krystyny Jandy, która mnie przyjęła i przygarnęła. Premiera odbyła się dokładnie rok temu.

W jednej z piosenek są takie słowa „łóżko to obszar magiczny”. Czym jest łóżko w życiu człowieka?
Ten tekst miał inny tytuł, ale ja bardzo poprosiłam autora czy mogłabym go zmienić. Chciałam żeby „łóżko” było w tytule i do tego łóżka zapraszam. Oczywiście to jest żartobliwe z mojej strony, ponieważ tytuł „Chodź ze mną do łóżka” to jest tekst, który brzmi bardzo seksualnie i kokieteryjnie, a potem okazuje się, że zapraszam ludzi nie tylko do swojego łóżka, czyli do swojej bliskości, ale do swojej intymności. Dla mnie łóżko jest takim miejscem, gdzie śpimy, czyli tam, gdzie jesteśmy najbardziej bezbronni, nie panujemy nad sobą. Jeśli ktoś kogoś ogląda jak śpi to jest bardzo ogromna bliskość, jeżeli dopuszczamy kogoś do tego, że śpimy z kimś w jednym łóżku, nie mówię tutaj o seksie, tylko o tym , że się śpi , na przykład, ze swoją siostrą. Łóżko jest dla mnie takim miejscem, gdzie się biegnie płakać w poduszkę, gdzie się ma katar, gdzie się jest z zapuchniętym czerwonym nosem i nie dba się o to jak się wygląda. Tam śnimy, tam marzymy, tam przed snem wymyślamy sobie jak będzie wyglądał następny dzień, snujemy plany, tulimy się ze swoimi dziećmi, tam mamy bliskość ze swoim mężem, żoną. To jest takie najbardziej intymnie miejsce i tak naprawdę dla mnie to jest miejsce gdzie ludzie są sobą i zaczynają zrzucać wszystkie maski i zaczynają po prostu być, mają chwilę odpoczynku i zaczynają myśleć o sobie.

A czym jest łóżko w tym spektaklu? Mamy to słowo w tytule, ale łóżka na scenie nie ma.
Długo rozmawialiśmy z reżyserem i z scenografką, która miała różne propozycje. Najbardziej mi się podobała koncepcja przeniesienia ludzi jakby w inny rodzaj świata, który został szczątkowy w myślach tej kobiety – to jest jakaś tapeta, którą zapamiętała z dzieciństwa i ona dominuje w tym spektaklu, jakiś wazon, który może stał u babci i on jest, jakieś jedno krzesło, jakieś wycinki, jakieś pozostałości z tego co ona pamięta. Z tego bohaterka buduje swój świat zupełnie coraz bardziej pusty, ponieważ nie ma odbicia z rzeczywistością. Ona coraz bardziej zamyka się w tym świecie, który coraz bardziej staje się wykrzywiony, dlatego ta scena jest pod kątem, dlatego to wszystko zaczyna być dziwne i krzywe i w zasadzie powoli jakby się zamyka

Temat samotności schorowanej kobiety podjęty w sztuce nie jest tematem łatwym, powoduje szersze przemyślenia ze strony widza. Wychodząc ze spektaklu chce się, no właśnie, tego o czym Pani powiedziała na koniec…
…żeby pójść i zacząć żyć. Ja miałam ochotę, żeby ten spektakl trochę rozśmieszył, trochę wzruszył, ale na koniec chciałam ludziom powiedzieć, żeby nie marnowali czasu. Może ktoś kto wychodzi po tym spektaklu nie będzie chciał gonić do domu tylko, na przykład, kiedy pada deszcz zechce ściągnąć buty i pójść na bosaka po kałużach, albo mężczyzna zechce zaprosić swoją kobietę na drinka albo po prostu przespacerować się, a nie jechać tramwajem do domu. Za każdym razem przychodzi mi to głowy kiedy gram ten spektakl, że każdy moment, który mamy w życiu jest cudowny i piękny niezależnie od tego czy to jest kłótnia z mężem, czy to jest rzucanie talerzem, czy to są urodziny , czy wybieranie dla teściowej prezentu, czy przytulenie swojego dziecka, czy spóźnienie się do pracy, czy rozczesanie włosów – wszystko to jest cudowne i że życie generalnie jest cudowne niezależnie od tego czy to są akurat te chwile, które byśmy chcieli przeżywać czy te gorsze ,ale wszystko to jest życie. Żebyśmy odczuwali to najgłębiej jak się da, ale przy tym pamiętali o swoich bliskich, żebyśmy nie bali się żyć.

Jak Pani nadąża? Gra Pani w teatrze, kinie, jest Pani żoną, matką dwóch synów?
Ta, tak, tak! I do tego jeszcze producentem tego spektaklu. Nadążam, takie czasy. Ale kiedy wybierałam sobie ten zawód nigdy nie myślałam o sobie jako o diwie scenicznej, która będzie miała 70 lat i będzie dzień w dzień wchodziła na scenę, a wracając do domu na nią będą czekały dla przykładu siedem kotów i szklanka herbaty. Ja bardzo pragnęłam mieć pełne życie, mieć dzieci, męża, Gdyby mi ktoś powiedział, proszę wybierać albo zawód albo rodzina – to absolutnie bez żadnego wahania wybrałabym rodzinę. Jestem osobą, która spełnia się szalenie w byciu z ludźmi.

Była Pani przez dłuższy czas związana z Teatrem Starym oraz Teatrem J. Słowackiego w Krakowie. Później przeniosła się Pani do Warszawy i obecnie gra w Teatrze Polonia u Krystyny Jandy. Czy Pani już na zawsze pozostawiła Kraków?
Tak wygląda, że zostawiłam Kraków. Aczkolwiek nie odżegnuję się, jeżeli by przyszła jakaś propozycja z Krakowa to z przyjemnością bym tam dojeżdżała, natomiast powrotu do Krakowa już nie widzę, to był taki etap w moim życiu, takie przedłużone studia, ponieważ studiowałam w Krakowie i tam pozostałam na jedenaście lat. Potem poznałam warszawiaka, zakochałam się w nim i przeniosłam się do Warszawy. Postanowiliśmy mieć dzieci, dom, więc teraz jestem związana z tym miastem bardzo mocno. No i takie czasy są teraz. W Warszawie dzieje się dużo więcej, a w Krakowie jakby ci ludzie są ograniczeni do teatru. Świat filmowy mnie szalenie wciągnął. Lubię grać w filmach, więc ta „dwunożność”, jeśli mogę tak powiedzieć, na scenie i w kinie mi szalenie odpowiada. Przez te pięć lat, kiedy przeniosłam się do Warszawy grałam tylko w kinie.

Podczas I i II Przeglądu Najnowszych Filmów Polskich „Pod Wysokim Zamkiem” lwowski widz mógł obejrzeć Panią w „Małej maturze 1947” w reżyserii Janusza Majewskiego oraz „Syberiadzie” Janusza Zaorskiego.
To są też zupełnie dwie inne role. W zasadzie w „Małej maturze” to mała rola epizodyczna, ale zarazem to taki głęboki mały plan. Dla mnie ogromną przyjemnością było spotkanie się z moim teściem na planie filmowym. On wprowadzał cudowną przyjacielską atmosferę. Jest to osoba o wysokiej kulturze osobistej. Ekipa pracująca przy tym filmie powiedziała, że po prostu marzy, by popracować jeszcze raz z Januszem Majewskim. Nie było żadnej szarpaniny, wszystko przebiegało według kanonów najwyższej kultury, w takiej atmosferze, która w zasadzie już jest niespotykana. Teraz reżyserzy krzyczą, wrzeszczą, przeklinają, szarpią się, a on jest chodzącą dobrocią, poczuciem humoru i talentem. Dumna jestem, że pochodzi ze Lwowa.

Jeśli chodzi o „Syberiadę” był to dla mnie bardzo ważny obraz, dlatego że opisuje część ludzkich historii, które naprawdę istniały i ci ludzie albo jeszcze żyją albo żyją ich dzieci, wnuki i oni o tym wiedzą i pamiętają. Trzeba było bardzo rzetelnie wszystko odrobić, żeby nie było pomyłek, żeby tych ludzi nie zawieść. Kiedy pojechaliśmy do Krasnojarska podeszła do mnie po projekcji filmu kobieta i powiedziała: „Bardzo dziękuję Pani za Irenkę” , tak miała na imię moja postać. Odbiór był przecudowny, ludzie płakali, byli wzruszeni i bardzo nam dziękowali.

W zasadzie to mężczyźni zajmują się wojną, a kobiety są od tego, żeby to życie dalej się toczyło. Nie chciałabym wprowadzać kategorii, które poświęcenie jest większe, a które mniejsze, ale wydaje mi się, że pójście na front i walka za ojczyznę są bardziej oczywiste i proste niż oddawanie się rodzinie i w zasadzie ci mężczyźni mogą błyszczeć z przodu i biegać z tymi bagnetami, dlatego że z tyłu jest cala masa, gwardia kobiet, które po prostu leczą im rany, rodzą dzieci, gotują obiady, piorą koszule i to nie one dostają medale.

Proszę opowiedzieć o swoich ormiańskich korzeniach.
Rzeczywiście moja rodzina jest jedyną rodzina Bohosiewiczów w Polsce czyli jesteśmy ze sobą wszyscy spokrewnieni jest nas zaledwie 72 osoby. Jest to rodzina ormiańska, która przyjechała już dawno temu do Polski przez Lwów, przez Kamieniec Podolski. W oryginale nazwisko brzmi Bohosjan, spolszczone na Bohosiewicz. Mój wuj Andrzej Bohosiewicz ma wszystkie papiery i jest bardzo aktywny a ja bardzo mu za to dziękuję, bo nie muszę tego robić, tylko zbieram wszystkie plony, które on znajduje. Okazuje się, że nasz ród wywodzi się z Mamikonianów – bardzo ważnego ormiańskiego rodu książęcego.

W życiu prywatnym jest Pani synową Janusza Majewskiego. Czy ten fakt miał znaczenie w Pani postrzeganiu Lwowa?
Oczywiście, że tak. Rok temu przyjechaliśmy tutaj z tatą, czyli moim teściem oraz moim mężem Pawłem. Pan Janusz Majewski oprowadził nas po wszystkich swoich sentymentalnych miejscach. Pokazał nam dom w którym mieszkał, okno z którego patrzył. Byliśmy w jego ukochanym parku. Pokazywał nam swój Lwów, czyli to, co najbardziej pamiętał, co go urzekło, To jest przepiękne miasto. Jeżeli tylko, a mam nadzieję, że za chwilę Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, to wpłyną tutaj pieniądze i to przepiękne miasto rozbłyśnie tak, jak może błyszczeć Kraków, Paryż, Wiedeń. To miasto jest jak bombonierka z cukierkami.

A jak Pani odebrała dzisiejszą lwowska publiczność?
Bardzo dobrze. Byłam oczywiście bardzo stremowana, bo okazało się, że publiczność „wisi” dookoła mnie, a ja jestem przyzwyczajona do grania pudełkowego gdzie ludzie są tylko z przodu. A w zasadzie wygląda to tak, kiedy odwracam się tyłem to biorę oddech , odpoczywam , wycieram sobie łzy . Tutaj się okazało, że widzowie są z każdej strony i to mnie trochę stremowało. Ale oczywiście przyjęcie było bardzo gorące, odczuwałam, że ludzie słuchali. Ja to poznaję, kiedy w spektaklu mniej więcej tak w dwóch trzecich, kiedy zaczynam mówić już z jednego miejsca i ludzie boją się poruszyć, to znaczy, że nie chcą stracić ani jednego słowa – a to już jest dobrze. A dzisiaj się nikt nie ruszał (śmiech).

Rozmawiała Anna Gordijewska.
Tekst ukazał się w nr 19 (215) za 21-30 października 2014

 

X