Spod znaku Turula

Spod znaku Turula Turul nad zamkiem Palanka (fot. Irena Bilińska)

Z pamiętnika podróżnika

Po raz pierwszy zobaczyłam Turula na dziedzińcu zamku królewskiego w Budapeszcie. Na wycieczce ze słowackimi historykami. Nie rozumiałam dlaczego musimy oglądać pomnik, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Z niczym nie potrafiłam go połączyć. Nie miałam świadomości, że również historia mojego rodzinnego pogranicza rozwijała się pod jego skrzydłami. Od dziadków słyszałam tylko o srogich węgierskich nauczycielach. W mojej szkole nie uczono o małych ojczyznach, a tym bardziej o ptaku, który u Węgrów wzbudza zachwyt i uwielbienie. Moi słowaccy znajomi podchodzili do niego z akademicką dekonstrukcją, za którą chowała się jakaś niewypowiedziana fascynacja.

Turul to nieodłączny element węgierskiej tożsamości narodowej. Tożsamości zwycięskiej, walecznej, ekspansywnej. Podniesiony do rangi bóstwa, bywa uznawany za praojca madziarskich plemion. Materię jego symbolicznej treści utkano z nitek średniowiecznych legend i toposów religijnych, jak: proroczy sen, cudowne poczęcie, wędrówka do ziemi obiecanej. Wielki ptak z otwartym dziobem i rozpostartymi skrzydłami miał wskazywać madziarskim plemionom drogę z ich uralskiej prakolebki do Kotliny Karpackiej. Jako symbol legitymizował zajęcie nowej ojczyzny i tłumaczył militarne rozpychanie się wśród sąsiadów. Wywyższał węgierski naród w językowo i kulturowo obcym świecie. I to nie tylko w średniowieczu, ale również w nacjonalistycznym XIX w., stając się nieodłącznym elementem tworzonej wówczas tożsamości zbiorowej. Bo z tożsamością zbudowaną na mitologii się nie dyskutuje. A Turul uosabiał siłę. Siłę, która wynosiła go ponad orłami, jastrzębiami, krukami i innymi heraldycznymi ptakami Europy Środkowej. Dzięki tej sile, do dziś góruje na cokole w Budzie i w około dwustu innych miejscach na terenach, które kiedyś należały do Korony św. Stefana. Jego rozpostarte skrzydła uosabiają nadprzyrodzoną obronę, a ich cień władztwo drapieżnika. Rozpiętość skrzydeł największego Turula, w górniczym mieście Tatabánya, pod Budapesztem, wynosi 15 metrów. Również pod tym względem nie ma sobie równych. Został odsłonięty w 1907 r. na pamiątkę 1000 rocznicy zwycięstwa Węgrów nad Wielkimi Morawami, które rodowi Turula zapewniło „1000-letnie” panowanie w Kotlinie Panońskiej. Czyli w Europie Środkowej.

Pomniki Turula, niczym słupy graniczne, wznoszono wszędzie tam, gdzie w historii sięgało węgierskie władztwo. Można je spotkać w rumuńskim Siedmiogrodzie, w Serbii, na Słowacji, na Ukrainie a nawet w Austrii. Świadcząc o niegdysiejszej wielkości państwa węgierskiego, stają się argumentem dla rewizjonistów, którzy do dziś nie pogodzili się z okrojonym w Trianon terytorium i z nostalgią wieszają na ścianach mapy Wielkich Węgier. Ich Turul to Feniks, który w cudowny sposób miałby wskrzesić dawną potęgę.  

Turul nad zamkiem Palanka (fot. Irena Bilińska)

W ostatnim czasie widziałam dwa Turule. Na Ukrainie. W Użhorodzie i w Mukaczewie. Użhorodzki Turul skromnie przykuca pod zamkiem. Schowany za potężnymi murami obronnymi, przeczekał dziejowe zawirowania, zmiany granic i zmiany przynależności państwowej. Trwa i świadczy. O millenium przybycia Węgrów do Kotliny Karpackiej. Nie rzuca się w oczy. Nie góruje. Nie prowokuje. Nie jest najważniejszy. Wpisując się w mozaikę użhorodzkiej tożsamości, zaznacza swój udział w dziejach miasta. Ale przegrywa z mitem habsburskim, z kultem wielkich władców Austrii i stawianego, w jednym szeregu, obok nich, ojca Czechosłowacji, Masaryka. Tutaj ważniejsze są sentymenty idealizujące rządy Marii Teresy i tęsknota za światłym dwudziestoleciem czechosłowackim. Bo korso, bo pojezuicka katedra, bo sakury, bo jesion Masaryka, bo gimnazjum, bo wspomnienie dawnej świetności, której uosobieniem były róże na nabrzeżu rzeki Uż. Czechosłowacki okres Użhorodu z dzisiejszej perspektywy to okres swobody i wolności. Rozkwit miejskich bulwarów. Modernizm i funkcjonalizm. Czesko-niemiecki porządek. Okno na świat. Mocny powiew ducha Europy, po którym pozostała tkliwa nostalgia.

Co innego w Mukaczewie. Tam Turul panuje. Wysoko na wzgórzu, przy potężnej twierdzy Rakoczych Palanka. Widać go z daleka. Sprawia wrażenie, jakby tylko na chwilę przerwał kontrolny lot i prowokacyjnie przysiadł na wysokim cokole. W latach 50. XX w. próbowano ukrócić to panowanie. Turula zdjęto, a w murach twierdzy umieszczono najpierw milicję, potem szkołę rolniczą. Ale Turul wrócił. Pomimo protestów ze strony ukraińskiej. Ponownie zasiadł na cokole w 2008 r., w kolejną okrągłą, czyli 1100. rocznicę opanowania Kotliny Karpackiej przez Węgrów. Szukam porównań. Nie wyobrażam sobie, żeby Polacy z okazji podobnego millenium instalowali orła na bramach Kijowa, czy Lwowa. Ale z perspektywy Turula to tylko przywracanie pamięci historycznej. Skuteczne. Bo Turul-symbol, widoczny z daleka, staje się ważniejszy niż potężna twierdza, do której prowadzi ulica Kuruców, węgierskich powstańców. Bo przecież Palanka to symbol węgierskich walk z Habsburgami. W XVII w. była siedzibą Imre Thökölyego i Franciszka II Rakoczego, wielkich przywódców powstań przeciwko Wiedniowi. Piękna Helena Zrinska, matka Franciszka II Rakoczego i żona Imre Thökölyego przez trzy lata broniła twierdzy przed Habsburgami. Nagrobki Heleny i Franciszka II oglądałam kiedyś w katedrze św. Elżbiety w Koszycach na Słowacji, niegdysiejszej stolicy węgierskich powstań antyhabsburskich. Przykrywała je gruba kołdra małych wianków z biało-czerwono-zielonymi wstążeczkami, w węgierskich barwach narodowych. Falowały, jak historia w tej części Europy, która nie zawsze wiedziała, w którą stronę ma skręcić i wytyczała zakola.

Palanka jest ogromna i opustoszała. Za dużo korytarzy, dziedzińców, krużganków, lochów. W grubych murach skromnie prezentuje się Muzeum Etnograficzne Zakarpacia. W dawnych salach rycerskich trudno docenić walory chłopskich sukman i kołysek. Lniane koszule, powieszone w obcej dla nich przestrzeni, z zawstydzeniem wystawiają swoje hafty na widok publiczny. Nie harmonizują z duchowym przesłaniem tego miejsca. Lepiej prezentują się ryciny, mapy, druki i fotografie Muzeum Historycznego. Ale i one nie do końca współgrają z treściami historycznymi, którymi przesiąknięte są mury. Pustymi oczodołami arkad wdziera się wiatr wypraszanej historii. Nie jest w stanie go zatrzymać Fiodor Koriatowicz, średniowieczny litewski władca zamku, który niczym stróż niewęgierskich dziejów, stanął przy wejściu do muzeum, na górnym dziedzińcu. Z wypolerowanym przez zwiedzających palcem, wygląda jak gość z innej planety, który wbrew własnej woli został tutaj przytwierdzony. W swojej artystycznej obojętności koresponduje z pomnikiem ideologicznie ubrązowionych apostołów Słowian Cyryla i Metodego, którzy równie niespodziewanie wyrastają z betonowego deptaka w centrum Mukaczewa. Mają świadczyć o przedwęgierskiej erze Zakarpacia. Apostołowie mają przypominać o przynależności tych ziem do dawnej wspólnoty Słowian, do Rzeszy Wielkomorawskiej. Tylko, że to Turul świętuje kolejne okrągłe rocznice zwycięstwa nad tamtym państwem.  

Pod zamkiem kwitną kwiaty. Jedziemy w kierunku granicy ukraińsko-węgierskiej. Z prawej strony krajobraz górzysty, jak na Słowacji, z lewej równinny, jak na Węgrzech. W radiu przeplatają się słowackie melodie z radia Regina z węgierskimi, z radia Kossuth. Drogą jedzie żołnierz. Na rowerze. Nie spieszy się. Jedzie do pracy. Nie na wojnę. Wojna jest daleko. Tutaj nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Uważają, że to wojna mafii, w której giną niewinni ludzie. Oni chcą żyć. Patrzą na południe, na granicę, którą można przekroczyć z kartą MRG, żeby potem wyciągnąć węgierski paszport i jechać jak najdalej. Nie czują się częścią wschodu. Żyją na południu. Przy granicy, która nie jest obszarem zagrożenia. Tutaj są u siebie. Od zawsze. Tutaj mają swoje rodziny i swoje uporządkowane cmentarze, które bardziej niż domy, są wyrazem ich zakorzenienia, bycia od zawsze. Na cmentarzach nie widać opuszczonych, zarośniętych grobów. Zupełnie inaczej niż na zachodniej Ukrainie.

Na Zakarpaciu nawet czas płynie inaczej. I zegary tykają po swojemu. Nieoficjalnie wskazując oficjalnie używany czas miejscowy. Określany jako środkowoeuropejski, czy wręcz budapesztański. W odróżnieniu od kijowskiego. Bo Budapeszt jest blisko a Kijów daleko. Za Karpatami. Są grekokatolikami, ale święta obchodzą z katolikami rzymskimi. Po europejsku. Mieszkają w domach pokrytych glinianą dachówką, a nie trującym eternitem. Granica między cywilizacją szarego eternitu a czerwonej dachówki ukrywa się w karpackich przełęczach. Jakby Karpaty wykrzywiały oś ziemi. Wschodowi przeciwstawiając południe. Za nimi są nieskończone bezkresy, przed nimi geometrycznie zagospodarowane pola warzyw i sadów. Tam są łany i wódka, tu warzywa i winnice. W zadbanych ogródkach kwitną kwiaty. Domy też jakby urosły. Są wyższe i większe niż z drugiej strony Karpat. Bardziej kolorowe, bardziej zadbane. Ich mieszkańcy poruszają się na rowerach, małe koniki ciągną drabiniaste wozy. Gospodynie sprzedają jajka, mleko, owoce i warzywa. Choć to środek tygodnia, jest odświętnie i kolorowo. Zakarpacie to uśmiech Ukrainy.

Turul na dziedzińcu zamku królewskiego w Budapeszcie (fot. Krzysztof Szymański)

Dojeżdżamy do miasteczka Berehowo. W centrum miasta Plac Bohaterów. Wielkie betonowe postacie i pomnik z gwiazdą czerwonoarmistów. Oswobodzicieli. Wokół duże drzewa i zniszczone ławki. Wyrośnięta trawa. W cieniu drzew, jak kury, w wykopanych w ziemi zagłębieniach, śpią rodziny bezpańskich psów. Oswobodzicieli nikt nie wyprasza. Psów nikt nie przepędza. Miejscowi chodzą ulicą Koszuta. Plac Bohaterów oddziela niewidzialna granica. Między swoim a obcym. Naszym, a nie naszym.

Życie miasteczka toczy się wokół największego budynku przy ul. Koszuta, Węgierskiego Instytutu Zakarpackiego im. Franciszka Rákoczego II. Słońce odbija się w jego biało-żółtych kolorach. Instytut promieniuje. To świątynia oświaty. Skupia całą energię miasteczka. Góruje nad sąsiadującymi kamieniczkami, które nie mogą mu dorównać, ani wystrojem, ani wielkością, ani intensywnością barw. Choć każda z nich to perełka, tyle że z innych paciorków, których już nie kończy synagoga. W czechosłowackim międzywojniu architektoniczną równowagę ulicy zapewniał secesyjny hotel Złota Pawa, z wieżyczkami, pawimi ogonami, pawimi piórami i pawimi głowami na elewacji, w oknach i wystroju. Dziś mało zachęcającymi świadkami międzywojennej elegancji. Przed hotelem przycięte klomby. W klombach pomnik eleganckiego, szczupłego młodzieńca, który jakby tylko na sekundę zatrzymał się w tym miejscu. To Sándor Petöfi. Deptak Koszuta przecinają uliczki Seczeniego, Zriniego, Rakoczego. Przykościelny teren uwzniośla popiersie węgierskiego króla św. Stefana I. Na kamienicach wiszą tablice, upamiętniające pobyty węgierskich twórców, działaczy, bohaterów narodowych. Pod każdą tablicą okrągłe wianuszki z tasiemkami w kolorach węgierskich barw narodowych. I napisy. Dwujęzyczne: Tu żył…, tu się urodził…, tu się zatrzymał…, tu mieszkali rodzice… Gdyby z podobną skrupulatnością we Lwowie czczono wszystkich znaczących nieukraińskich gości i obywateli grodu Lwa, pod każdym oknem w centrum miasta musiałaby być tabliczka z nazwiskami sławnych Austriaków, Czechów, Ormian, Niemców, Polaków, Włochów, Żydów i innych.

Ulicę Koszuta zamyka betonowa socrealistyczna bryła miejskiego domu kultury. Na drzwiach plakat z podobizną Bohdana Chmielnickiego. Dla równowagi. Obok domu kultury, na załamaniu muru, w kącie, wielki plakat upamiętniający Niebiańską Sotnię. Ze zdjęciami tych, którzy zginęli na Majdanie. Nad plakatem napis w języku ukraińskim: Na zawsze pozostaną z nami. Na ziemi kilka zniczy. Obok, na chodniku mleko, kwiaty, owoce. Jedni sprzedają, inni kupują. Kolejne Campo di Fiori….

Zatrzymujemy się w miejscowości Janoszi. Próbujemy się zakwaterować. Recepcjonista rozmawia z nami po ukraińsku. Słychać, że w głowie tłumaczy z węgierskiego. Personel mówi ze sobą po węgiersku. Z nami po rosyjsku. Przypominają mi się węgierskie liczebniki, których uczyli mnie dziadkowie, na innym pograniczu. Proponują nam apartament, z którego korzysta węgierski ambasador. Wielkie pokoje z wielkimi łożami. Zajmuje pół piętra. Bierzemy pokój dla zwykłych turystów. Włączamy telewizor. Córka z radością znajduje film „Marta mówi”. Tylko, że tutaj Marta mówi po węgiersku. Oglądamy, nawet nie próbując się domyślić, co Marta chciała powiedzieć.

Gdyby nie sporadycznie pojawiające się ukraińskie flagi, nie byłabym pewna, gdzie jesteśmy.

Irena Bilińska
Tekst ukazał się w nr 14-15 (234-235) 14–27 sierpnia 2015

X