Rozmowy we Lwowie i o Lwowie

Rozmowy we Lwowie i o Lwowie

Z Januszem Wasylkowskim, znanym literatem, wydawcą, redaktorem wydawanego w Warszawie „Rocznika Lwowskiego” rozmawiał Jurij Smirnow.

Rzecz o panu Januszu Wasylkowskim, warszawiaku ze lwowskim rodowodem, miłośniku Lwowa. Tę swoją miłość do rodzinnego miasta realizuje pan Janusz w aktywnej pracy literackiej i organizacyjnej.

Jest  założycielem i wieloletnim (od 1991 r.) wydawcą i redaktorem naczelnym tak poważnej pozycji jak „Rocznik Lwowski”. Pan. Janusz Wasylkowski był inicjatorem utworzenia „Instytutu Lwowskiego”, który gromadzi materiały o Lwowie i lwowianach, zajmuje się działalnością edytorską. Przez wiele lat pan Wasylkowski zbiera materiały do „Encyklopedii Lwowa”. To nie jedyne jego zajęcie. Jest poetą, satyrykiem, krytykiem literackim i teatralnym, etc. Przez wiele lat aktywnie udziela się w życiu społecznym, w działalności Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich w Warszawie. Jednak wiek bierze swoje. Na wszystko po prostu brakuje czasu i sił fizycznych, bo 75 lat to jest wiek poważny…

Społeczność, miłośnicy Lwowa, władze Rzeczypospolitej świętowali niedawno jubileusz tego zasłużonego człowieka, ocenili jego dorobek na rzecz naszego ukochanego miasta. Ulubionym dzieckiem pana Janusza był i pozostaje właśnie „Rocznik Lwowski”. Ukazało się już 13 tomów tego wydania. Redaktor naczelny umiał skupić dookoła rocznika dobrych, bardzo dobrych autorów, znawców sztuki, historii i kultury naszego miasta. Początkowo ze starszego pokolenia lwowiaków z Warszawy, Wrocławia, Opola…Wśród nich byli Artur Leinwald, Maciej Matwijów, Witold Szolginia, Tadeusz Trajdos, Stanisław Bury, Adam Hollanek, Jerzy Masior etc. Ukazały się w „Roczniku Lwowskim” niezwykle ciekawe publikacje pamiętników i wspomnień, często anonimowych, jak to „Kronika Katedry lwowskiej (1923 – 1927)” lub „Pamiętnik legionisty Wincentego Terleckiego”. Od lat współpracuje też z autorami ze Lwowa, na przykład z Januszem Tyssonem, Bożeną Rafalską, Andrzejem Otko. To on drukował wiersze Pani Ireny Sandeckiej z Krzemieńca i nauczyciela ze Lwowa Jana Billa. Również wspomnienia Zbigniewa Chrzanowskiego. Pan Janusz Wasylkowski potrafi znaleźć w Polsce młodych, zafascynowanych Lwowem naukowców. Zawsze znajduje się w twórczym poszukiwaniu nowych tematów i nowych autorów. Współpracuje z nim dr. Adam Redzik, autor doskonałych recenzji książek o tematyce lwowskiej.

Do Lwowa w styczniu 2009 r. przyjechał nie tylko z samego sentymentu. Zbiera materiały do nowej książki „Teatr lwowski na Kopernika”. Również godzinami siedzi w bibliotekach i archiwach lwowskich, szuka w starych czasopismach i katalogach wystaw materiały o mało znanych lub zapomnianych malarzach lwowskich z lat 20. i 30. XX w. Trudna praca, lecz samo powietrze lwowskie dodaje mu energii i młodzieńczego zapału.

Spotkaliśmy się z panem Januszem Wasylkowskim w restauracji historycznego hotelu „George”. Rozmowa trwała długo, kontynuowaliśmy ją najpierw w Pałacu Potockich, później w bibliotece Ossolińskich. Pan Redaktor jest nie tylko wydawcą, lecz również uważnym i często krytycznym czytelnikiem (jest przecież satyrykiem z zawodu i usposobienia!) wszystkiego, co dotyczy Lwowa i Kresów. Rozmowę zaczęliśmy od jubileuszu 75 – lecia i nagród literackich Pana Redaktora. Na pewno jest to pierwszy w jego życiu wywiad opublikowany w prasie lwowskiej.

Proszę powiedzieć jakie Pan otrzymał nagrody literackie i za co?
Wyróżnienie honorowe nagrody literackiej im. Władysława Reymonta było bardzo sympatyczne choćby z tej racji, że we Lwowie mieszkałem przy ul. Reymonta. To była nagroda za działalność na rzecz pamięci Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich. Druga nagroda – to nagroda ministra kultury, jubileuszowa z okazji mego 75 – lecia. Otrzymałem za wkład w polską kulturę i literaturę.

Moja działalność jest działalnością bardzo zróżnicowaną i „rozrzuconą”. Piszę fraszki, rzeczy satyryczne, poezję, napisałem kilkanaście sztuk teatralnych, napisałem pracę pół naukową o emigracji i sześć książek poświęconych różnym dziedzinom kultury Lwowa: „Piosenki lwowskiej ulicy” (60 tys. nakładu), „Nie ma jak Lwów”, „Lwowska piosenka na wojennym szlaku”, „Lwowskie Misztygałki”, „Obyś żył w ciekawych czasach”, tomik wierszy o Lwowie „Są słowa: Wiersze o Mieście, które samo się nie obroni”.

Mam problem, podobnie jak i u wielu autorów – satyryków, że w Polsce od 20 lat nie wydaje się żadnego pisma satyrycznego. Nie mamy gdzie drukować swoich tekstów. Żadna gazeta nie ma działu satyrycznego. Moje teksty satyryczne drukuje czasopismo polskie w Toronto „Czas – związkowiec”. Kultura polska przestała istnieć w szerokim odbiorze, ponieważ większość pism polskich jest w rękach nie polskich wydawców. Dla nich jest ważny zysk, a nie kultura polska. Prasa jest czwartą władzą, więc nie można jej oddać w obce ręce. Teatr telewizyjny wegetuje. Nie ma w Polsce żadnego tygodnika społeczno – kulturalnego, nie ma krytyki literackiej.

Instytut Lwowski powołałem z gronem moich przyjaciół w 1991 r. jako placówkę społeczną. Głównym naszym zadaniem było wydawanie „Rocznika Lwowskiego”, poświęconego historii Lwowa, Kresów. Nie ma w nim żadnej polityki. Istnieje u nas dział krytyczny. Znaleźć autorów – recenzentów, którzy by pisali bezpłatnie jest bardzo trudno. Muszę im kupić książkę za swoje własne pieniądze. Szukamy pozycji, które są najbardziej ciekawe, a krytykujemy te najbardziej skandaliczne. Książka L. Podhorodeckiego „Dzieje Lwowa” jest napisana z absolutną nieznajomością sprawy. Autorowi wszystko się myliło. I takich książek jest cała masa. Wydawnictwa oszczędzają, jednak książki naukowe i historyczne wymagają dodatkowej recenzji i weryfikacji. Za to niestety trzeba dodatkowo zapłacić.

Wiem ,że walczy Pan nie tylko z błędami w książkach, ale również z pozycją niektórych autorów ukraińskich?
W pierwszym okresie nie zajmowaliśmy się tendencyjnymi książkami ukraińskimi. Jednak jest bardzo dużo książek wartościowych.

Jak Panu udało się pozyskać do współpracy autorów lwowskich?
To był przypadek Już opublikowaliśmy teksty około 18 autorów lwowskich, zarówno jak Polaków, tak i autorów innych narodowości. Między innymi drukujemy teksty E. Rafalskiej, T. Dutkiewicz. Mamy nadzieję, że ten krąg stale będzie się poszerzał. Chodzi nam o to by te materiały, do których nie mamy dostępu znalazły miejsce na łamach naszego „Rocznika Lwowskiego”.

Czy Pan współpracuje z organizacjami polonijnymi?
Na początku współpracowałem – w Warszawie. Byłem przez kilka lat w Zarządzie Towarzystwa Miłośników Lwowa. Nawet byłem prezesem. Ale od momentu gdy założyłem Instytut Lwowski, nie mam na to czasu. Obecnie działam tylko sporadycznie, gdy potrzebny jest jakiś odczyt czy pomoc.

Czy Pan może wymienić kilka nazwisk znanych Lwowiaków, którzy już odeszli, a o których Pan pisał?
Najwięcej mogę powiedzieć o Witoldzie Szolgini. To jedyny autor, do którego nie można było mieć żadnych zastrzeżeń. Jako architekt z zawodu, a pisarz z zamiłowania, był człowiekiem bardzo dokładnym. Bardzo dokładnym moim współpracownikiem był już nieżyjący historyk Artur Leinwald. Miał w swoich planach napisanie książki poświęconej trzem obronom Lwowa: w 1918, 1920, 1939. Fragmenty tej pracy opublikował w „Roczniku Lwowskim”. Bardzo cenię działalność Andrzeja Chlipalskiego z Krakowa, który wydaje pismo „Cracovia Leopolis”.

Obecnie piszę dwie książki o wystawach malarskich we Lwowie i już odkryłem 15 nazwisk malarzy, którzy wystawiali swoje prace we Lwowie, ale niewiadomo, co się z nimi stało.

Proszę powiedzieć kilka słów o sobie?
Urodziłem się 2. 08. 1933 r. przy ul. Kurkowej w szpitalu ubezpieczeń społecznych. Chrzczony byłem w kościele Marii Magdaleny. Ojciec był kolejarzem, dziadek od strony mamy urzędnikiem ubezpieczalni społecznej. Rodzice ojca umarli wcześnie. Mieszkaliśmy przy ul. Reymonta (najpierw ulica ta nazywała się ul. Sodowa), a tuż przed wojną przy ul. Wernyhory. Przez rok mieszkaliśmy w Zimnej Wodzie, bo miałem krzywe nogi i lekarz zalecił kąpiele słoneczne. W 1941 r. poszedłem do pierwszej klasy do szkoły, która mieściła się przy kościele św. Teresy przy ul. L. Sapiehy. Ponieważ umiałem czytać już w wieku pięciu lat, to pierwszą klasę skończyłem w ciągu jednego dnia, a następnego dnia mnie przeniesiono do drugiej klasy do szkoły im. Marii Magdaleny. Z dziadkiem zawsze chodziłem na Panoramę Racławicką do Parku Stryjskiego, z ojcem do kina. Podczas okupacji było ciężko. Na szczęście nie wywieziono nas. W 1944 r. wyjechaliśmy do cioci do Zakopanego, myśleliśmy, że wrócimy. Dziadek i ojciec zostali we Lwowie. Dopiero w 1945 r. spotkaliśmy się w Krakowie w obozie dla przesiedleńców. Zaczęła się wędrówka. Gdy ojciec miał wypadek, przenieśliśmy się do Zielonej Góry, gdzie skończyłem maturę. We Wrocławiu zrobiłem absolutorium. Zaczynałem dwa razy pisać doktorat, ale żadnego razu nie skończyłem.

Czy Pan nadał pisze wiersze?
W moim tomiku ostatnio wydanym jest wiersz pod tytułem „Słowa”, był on recytowany w naszym Teatrzyku Studenckim we Wrocławiu. W 1957 r. pojechaliśmy na obóz wojskowy do Żar i wystąpiliśmy przed żołnierzami z koncertem. Wiersz, o którym jest mowa recytował mój kolega. Podczas tego koncertu ja jako jedyny znający tekst wystąpiłem na scenie. Po wystąpieniu podchodzi do mnie żołnierz, podaje rękę i mówi: „Dziękuję wam kolego. Ale im pokazaliście!”, czyli tym na górze, bo wiersz był skierowany do ówczesnych władz.

Dziękujemy za wypowiedź
Daj Boże zdrowie.

 

Tekst ukazał się w nr 3 (79) 14-28 lutego 2009

X