Rodzinny dagerotyp Wakacje w Grado, archiwum rodziny Tołłoczków

Rodzinny dagerotyp

Rozmowa Anny Gordijewskiej z Anną Kozowską-Ryś, historykiem sztuki, filologiem, autorką książek o Kresach.

Właśnie ukazała się Pani nowa książka „Rodzinny dagerotyp”. Czy znów poprowadzi Pani Czytelników do dawnego Lwowa?

Tak, oczywiście, chociaż nie tylko do Lwowa. „Rodzinny dagerotyp” to opowieść o pewnej lwowskiej rodzinie, która wywodziła się z Kowieńszczyzny, tak więc siłą rzeczy kilka obszernych rozdziałów poświęconych jest litewskim przodkom. A historia ta jest nader interesująca, choćby ze względu na ich udział w powstaniu listopadowym czy powstaniu styczniowym. Notabene, to właśnie były powstaniec styczniowy – Lucjan Tołoczko herbu Pobóg koniec końców osiadł z żoną we Lwowie, dając początek lwowskiej gałęzi rodu.

Ciekawy jest tytuł ostatniej książki Pani autorstwa. Wydaje mi się, że słowo Dagerotyp jest nieco zapomniane.

To racja, z pewnością znane historykom fotografii i pasjonatom. Dagerotyp to poprzednik fotografii, można by rzec – pradziadek. Narodził się w 1838 r., a metodę wynalazł Francuz Louis-Jacques-Mandé Daguerre. Dagerotypia była pierwszą techniką chemicznego zapisu obrazu. Obraz zapisywany był na posrebrzanej płytce miedzianej poddanej działaniu par jodu lub bromu. W ten sposób na powierzchni wytwarzała się warstwa jodku bądź bromku srebra. Podczas naświetlania srebro się uwalnia, dając ciemne obszary. Płytę taką się utrwalało w parach rtęci i tiosiarczanu sodu. Potocznie „dagerotyp” kojarzony jest z bardzo starą fotografią. Mnie dodatkowo przyświecały słowa Cypriana Kamila Norwida, które zresztą są mottem książki: „w dagerotyp raczej pióro zamieniam, aby wierności nie uchybić”. Pisząc o ludziach i zdarzeniach minionych, chcę być wierna prawdzie, analizuję, porównuję, konfrontuję relację, wspomnienia, dokumenty, jednak trudnym jest zadaniem „wierności nie uchybić”. A chciałoby się do tego „każdej postaci na zdjęciu dać jej żywe imię”, jak ujął to pięknie Robert Lowel w swoim wierszu, jesteśmy bowiem „biednymi przelotnymi faktami”.

Lucjan Tołoczko (z ręką na temblaku) wśród innych powstańców styczniowych, archiwum rodziny Tołłoczków

Tołoczko czy też Tołłoczko to znane nazwisko w historii Lwowa. Mamy w pamięci przecież chociażby chemika prof. Stanisława Tołłoczkę.

Tak, zgadza się, jednak osoby o tym nazwisku nie zawsze wywodziły się z tej samej gałęzi. Nie znalazłam koligacji między „moimi” Tołoczkami a profesorem Stanisławem Tołłoczką, ale już powojenny profesor Politechniki Warszawskiej i Łódzkiej, maszynoznawca i energetyk, Bolesław Tołłoczko, o którym również pisałam w książce, pochodził z tej rodziny. Wychowywany był właśnie przez Lucjana, swojego stryja, we Lwowie. Lucjan zaopiekował się nim i jego siostrzyczką Marią po śmierci brata Edwarda, również powstańca styczniowego i zesłańca na Sybir. Troska o te małe dzieci spędzała Edwardowi sen z powiek, czuł bowiem, że przy nadwątlonym katorgą zdrowiu śmierć przyjdzie szybciej niż by sobie tego życzył. W listach do brata do Lwowa pisał z obawą: „W razie mojej śmierci komu je powierzą, komu zostaną na opiece, kto ich nakieruje na ludzi. Ta myśl jak zmora ciągle mnie dręczy”. Lucjan jednakże o dzieciach nie zapomniał.

Bolesław uczęszczał we Lwowie do gimnazjum, a następnie studiował mechanikę w Szkole Politechnicznej we Lwowie, późniejszej Politechnice Lwowskiej, między innymi pod okiem Edwina Hauswalda. Po ukończeniu studiów przez dwa lata był asystentem na Katedrze Części Maszyn i Kotłów Parowych, potem przeszedł do przemysłu, pracy dydaktycznej nie porzucił jednak na zawsze. W latach 1915–1918 współorganizował Wyższą Szkołę Realną w Sosnowcu-Sielcu, gdzie uczył fizyki i zajmował stanowisko dyrektora, a następnie w 1918 r. po habilitacji w dziedzinie maszynoznawstwa na Politechnice Warszawskiej zatrudniony został tamże jako docent w Katedrze Kotłów Parowych i Maszynoznawstwa. To tylko tak pokrótce. Mania Tołoczkówna zaś poślubiła kolegę Bolesława ze szkolnej i akademickiej ławy – inżyniera Zygmunta Ksawerego Platowskiego, z którym po ślubie wyjechała do Warszawy.

Bolesław Tołoczko – obok prof. Hauswalda (z prawej), archiwum rodziny Tołłoczków

Nazwisko Tołłoczko kojarzy mi się również z cegłą. Czy mam rację?

Tak, to właśnie Lucjan Tołłoczko w 1891 r. założył własną cegielnię „Tołoczany” przy ul. Zielonej we Lwowie. Kto wie, jak wiele budynków w mieście wzniesiono z jego cegieł! Może coś więcej wiedzieliby o tym lwowscy kolekcjonerzy starych cegieł. A tu muszę się pochwalić – od jednego z nich dostałam nawet w prezencie jedną cegłę z cegielni „Tołoczany”, z wyciśniętym znakiem firmowym, którym były inicjały Lucjana „L.T.”

Cegła z cegielni „Tołoczany”, archiwum rodziny Tołłoczków
Nekrolog Lucjana Tołoczki, archiwum rodziny Tołłoczków

A czy synowie założyciela cegielni poszli w ślady ojca, Lucjana Tołłoczki?

Jego syn Edward nie poszedł w ślady ojca. Został „inżynierem od dróg i mostów”, ukończywszy Wydział Inżynieryjny C.K. Szkoły Politechnicznej we Lwowie. Z ciekawością przeglądałam indeks Edwarda, czytając nazwiska wykładowców, którzy wpisali się w historię nauki polskiej: prof. Maksymilian Marceli Thullie z katedry inżynierii, prof. Gustaw Bisanz z katedry budownictwa lądowego; prof. Juliusz Jaxa Bykowski, jeden z rektorów Politechniki; prof. Józef Rychter, specjalista budowy dróg i budownictwa wodnego; prof. Seweryn Widt, kierownik Katedry Miernictwa. Po uzyskaniu dyplomu w 1895 r. Edward został zatrudniony w Urzędzie Technicznym lwowskiego magistratu, późniejszy kierownik Oddziału Drogowego Dyrekcji Robót Publicznych we Lwowie, dbał o stan bruków i ulic miasta. Kto przegląda starą lwowską prasę, ten co i rusz natknie się na jego nazwisko. A bo to coś się zawaliło, a to remontu wymaga; a to prace nowe przy modernizacji ulicy ruszyły. Jako specjalistę od konstrukcji mostów wezwano go także do wysadzonego w maju 1916 roku wiaduktu kolejowego w Płuhowie w powiecie złoczowskim.

Tę „inżynierską tradycję” miał podtrzymywać z kolei syn Edwarda. Zbigniew, owszem, ukończył Wydział Budownictwa, otrzymał tytuł inżyniera, jednak los chciał, by jego zawodowe życie związane było z zupełnie inną gałęzią przemysłu – cukiernictwem. A to za sprawą pewnej panny, poznanej podczas konnych przejażdżek – panny Höflingerówny.

O, Höflingerówna – z rodziny Tadeusza Höflingera, właściciela fabryki cukrów i czekolad „Jan Höflinger” i długoletniego wiceprezesa lwowskiej Izby Przemysłowo-Handlowej?

Tak, Zofia. Ich historię opisywałam w poprzedniej książce „Słodko-gorzka czekolada”, ale tym razem opowieść jest szersza, bogatsza w szczegóły, i pisana pod innym kątem. O wiele więcej miejsca poświęciłam losom Zbigniewa i Zofii po ich ekspatriacji ze Lwowa do Cieszyna. Panna z zamożnego, „dobrego” domu, której przyszło żyć w bardzo trudnych warunkach finansowych i lokalowych, zmagać się z niechęcią, a niejednokrotnie z wrogością sąsiadów, z małymi dziećmi. Mąż, Zbigniew, bywający w domu jedynie jako gość, bowiem ciągle w delegacjach trwających po kilka tygodni. Zbigniew bowiem jako doskonały specjalista uruchamiał w powojennej Polsce kilka fabryk produkujących słodycze, m.in. cieszyńską „Olzę” czy poznańską „Goplanę”. Niespodziewana śmierć Zbigniewa, w tym samym zresztą roku, w którym zmarł we Lwowie jego teść – Tadeusz Höflinger. Miałam do dyspozycji liczne listy, jakie słali do siebie Zofia i Zbigniew, oraz inne listy rodzinne. Wzruszające, poruszające. Mam nadzieję, że udało mi się te emocje przelać na kartki książki.

Dwór Lewandowskich w Czeluszczewiczach, archiwum rodziny Tołłoczków

Podejrzewam, że bohaterami „Rodzinnego dagerotypu” nie są tylko mężczyźni, a kobiety nie stanowią jedynie tła?

Żadną miarą! Ciekawych kobiet tu nie brak. Począwszy od Konstancji Tołoczkowej, żony Lucjana, która aktywnie uczestniczyła w powstaniu styczniowym na Litwie, dzielnie przewożąc proch i kule, dostarczając prowiant, pielęgnując rannych. To ona uratowała życie rannego Lucjana, o czym pisała Maria Bruchnalska w „Cichych bohaterkach”. Konstancja wraz z Lucjanem umknęła za granicę, w Paryżu wzięli ślub, i to we Francji Konstancja nauczyła się fachu, dzięki któremu później we Lwowie miała powodzenie wśród eleganckich pań.

Ciekawa historia…

O tak! Miała bowiem własną pracownię kwiatów sztucznych. Jej kwiaty z tiulów, gazy i jedwabi budziły zachwyty. Zamawiano u niej bukieciki zdobiące kapelusze i suknie balowe oraz większe kompozycje do przystrajania stołów. Do jej klientek należały m.in. hrabina Zofia Szeptycka z Przyłbic, córka komediopisarza Aleksandra Fredry, hrabina Wodzicka z Olejowa, hrabina Jabłonowska ze Lwowa, Maria Horodyńska ze dworu w Kociubińcach… Nie wszystkie rachunki i wpisy w księdze kasowej się zachowały, ale to, co jest, już wystarcza na dowód powodzenia pracowni.

Chciałabym zobaczyć te kapelusze!

Przyznam, że ja również. Nie sposób też nie wspomnieć o córce Konstancji, Helenie, późniejszej Ludwikowej Lewandowskiej, pani we dworze w Czeluszczewiczach na Polesiu, gdzie bywał między innymi poeta Tadeusz Miciński, dawniej jeden z guwernerów młodych Lewandowskich, który zresztą u Lewandowskich poznał swoją przyszłą żonę Marię Dobrowolską z niedalekich Laskowicz. Może było to podczas jednego z częstych wieczorków tańcujących, podczas których Helena od czasu do czasu siadywała do fortepianu i grała – jak wspominał jeden z jej synów – z dużym talentem. „Od czasu do czasu”, bowiem sama lubiła tańczyć, a była tancerką zawołaną. Jak wiadomo ze wspomnień najstarszego syna Heleny, Edwarda, odwiedzał Czeluszczewicze również Kornel Makuszyński oraz Kisielewski, także literat i towarzysz rewolucyjny Piłsudskiego.

Nie można było pominąć i starszej siostry Heleny – dotkniętej matczyną tragedią Antoniny Wolakowej. Zapewne sporo odwiedzających Cmentarz Łyczakowski natknęło się tam na grobowiec, na którym widnieje tablica z napisem „Domek Heluty”.

Znany jest też na przykład z publikacji prof. Stanisława Niciei o cmentarzu – lecz tam jest tylko krótka o nim wzmianka. Heluta, uczennica pensji panny Filippi, zmarła nagle w wieku 17 lat. A już w niedługim czasie poślubić miała swojego narzeczonego Kazimierza Krzyształowicza. Relacje Antoniny z niedoszłym zięciem, Kazimierzem, były niezwykle ciepłe, a po śmierci Heluty jeszcze bardziej się zacieśniły. Dla Antoniny stał się przybranym synem. „Kocham mego przybranego syna. I dziś, gdy on już biedak siwy i gdy 40 lat bez paru miesięcy, jest moją Helutą” – pisała we wrześniu 1947 r. do rodziny. To u rodziny Krzyształowiczów Antonina po ekspatriacji ze Lwowa zamieszkała w Krakowie, otoczona troskliwą opieką przez Kazia i jego żonę Jadwigę.

Krzyształowicz? To też nieobce nazwisko. Czy chodzi tu o pełnomocnika dóbr Alfreda hr. Potockiego?

Tak, to on. Późniejszy ojciec Andrzeja Krzyształowicza, legendy polskiej hodowli koni w Janowie Podlaskim.

Jednym słowem, pisała Pani i o życiu we dworach i w rodzinach mieszczańskich.

Tak. Przeglądając dokumenty i starą korespondencję podglądałam życie w dworach na Litwie i Polesiu oraz mieszczańsko-urzędniczych rodzin Lwowa, Tarnopola i Żurawna.

Zaciekawiło mnie oczywiście również, dokąd jeżdżono w II połowie XIX wieku i na przełomie wieków dla podratowania zdrowia, a także gdzie chętnie spędzano wakacje z dziećmi. Zaleszczyki nie były jeszcze modnym kurortem. Do lubianych przez Tołoczków zdrojowisk należały Szczawnica i Żegiestów. Jeździli też i to dość często do Marienbadu oraz do Meranu – do sanatorium dr. Bindera. A nad morze – do Grado nad Adriatykiem.

Konstancja i Lucjan Tołoczkowie, archiwum rodziny Tołłoczków

Przyglądnęłam się kręgowi towarzyskiemu Lucjana i Konstancji. Tworzyli go na początku przede wszystkim wywodzący się z Litwy emigranci popowstaniowi przybyli z Francji. Przyjaźnie datowały się niejednokrotnie jeszcze z czasów przedpowstaniowym, z okresu studiów, a wspólne lata spędzone na obczyźnie je pogłębiały. W zażyłych stosunkach byli Tołoczkowie zwłaszcza z Dominikiem Bartoszewiczem, założycielem „Księgarni Polskiej” we Lwowie i jego żoną Klotyldą. Dla stworzonej przez Bartoszewicza „Biblioteki Mrówki” Lucjan, jeszcze w Paryżu, tłumaczył z języka francuskiego na polski pewne rozprawy. Bolesław Limanowski, polski historyk i działacz socjalistyczny i niepodległościowy, pracujący w tym czasie we Lwowie jako korektor i publicysta, który właśnie u Bartoszewiczów poznał Lucjanów, wspominał w swoich pamiętnikach Konstancję jako kobietę wielkiej dobroci, ciepła i serca dla dzieci, a Lucjana jako skorego wieczorami do gorących dysput politycznych.

Grobowiec Tołoczków na Cmentarzu Łyczakowskim, archiwum rodziny Tołłoczków

A czy zna Pani potomków rodu Tołłoczków?

Tak, od wielu lat znam córkę Zbigniewa i Zofii Tołłoczków, prawnuczkę Lucjana – Anię Tołłoczko-Musiał. Nasze rodziny były zaprzyjaźnione. Kilka lat temu poznałam z kolei praprawnuczkę Lucjana – Agnieszkę Tołłoczko-Wróbel. Obydwie panie przykładają ogromną wagę do rodzinnej historii.

Czy zostały pamiątki rodzinne?

Tak, ciekawe dokumenty, fotografie, listy. Zofia Tołłoczko z pietyzmem przechowywała to, co udało jej się przywieźć ze Lwowa, a jest tego niemało. Teraz opiekunką tych „skarbów” jest pani Ania. Swego czasu, po śmierci wnuczki Tadeusza Höflingera – Barbary Krasuckiej, pani Agnieszka przywiozła ze Stanisławowa jeszcze trochę pamiątek rodzinnych. Pod koniec swojego życia Zofia starała się opisać niektóre stare zdjęcia – czasami jednak pamięć ją zawodziła, czasami się myliła. I tu ja musiałam wkroczyć, by dość sporą część zdjęć przeanalizować, porównać, zadatować.

Czy są zdjęcia z archiwum rodzinnego w Pani książce?

Są, i to sporo. Nie wszystkie, które bym chciała zamieścić, nadawały się niestety do publikacji – były w zbyt złym stanie. Są też skany starych dokumentów, również takich, do których dotarłam w archiwach lwowskich, litewskich i francuskich.

Gdzie można kupić książkę?

Jak zwykle jest dostępna w Księgarni Akademickiej w Krakowie przy ul. św. Anny. Przy tej okazji chciałabym serdecznie podziękować kierownikowi księgarni panu Zbyszkowi Rzepce za przemiłą współpracę. Pan Zbigniew zawsze trzyma „rękę na pulsie” i śledzi nowości.

Dziękuję za rozmowę. I do następnych pogaduszek przy kawie!

Rozmawiała Anna Gordijewska

Tekst ukazał się w nr 3 (391), 15 – 28 lutego 2022

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X