Legendy starego Stanisławowa. Część 57 Ulica Słowackiego, pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Legendy starego Stanisławowa. Część 57

Nieznany pomnik

Iwano-Frankiwsk widział na swych ulicach i placach wiele pomników – betonowych, spiżowych, gipsowych, marmurowych, popiersia i całe postacie, obeliski i elementy techniki na postumencie. Niewiele z nich dotrwało do naszych czasów, ale te ocalałe mieszkańcy szanują i pielęgnują.

Jest jednak jeden pomnik, obok którego przechodzą co dnia, zupełnie go nie zauważając. Stoi tam od dawna – ponad 70 lat. A właściwie rośnie…

Ulica Straconych Nacjonalistów

Tę historię opowiedział artysta malarz Ihor Ropiak, jemu zaś – jego matka, która była świadkiem tych dramatycznych wydarzeń. Chłodną jesienią 1943 roku Niemcy przeprowadzili obławę w Teatrze Miejskim podczas przedstawienia opery „Szarika”. Aresztowano wówczas wielu członków OUN, a 27 z nich stracono 17 listopada. Rozstrzelano ich pod murami sąsiedniej synagogi przy obecnej ul. Straconych Nacjonalistów. Przed tym wkopano w ziemię słupy, do których drutem kolczastym przywiązywano skazanych na śmierć.

Ulica Straconych Nacjonalistów, zdjęcie Ihora Ropiaka

Następnej wiosny Ukraińcy Stanisławowa posadzili na tej ulicy 10 sadzonek lipy – według ilości slupów. Przyjęły się i przetrwały niemiecką okupację, czasy Związku Sowieckiego, a za niezależnej Ukrainy kilka z tych drzew ścięto. Po co? Aby przygotować miejsce pod pomnik rozstrzelanych. Teraz rośnie tam siedem drzew.

Gestapowski Klondike

Pod koniec XIX wieku w Kanadzie odkryto wielkie złoża złota. Natychmiast pociągnęło tam tysiące chętnych szybkiego wzbogacenia się – tak wybuchła „gorączka złota”. Złoto poszukiwano w rzece Klondike i dzięki temu stała się sławna na cały świat.

W okolicach Iwano-Frankiwska złota nie ma, chociaż kopalnie tego kruszcu kiedyś istniały. Rolę przykarpackiego Klondike odgrywała rzeka Młynka, płynąca przez ogródki działkowe koło miejskiego jeziora. W styczniu 1944 roku Niemcy zrozumieli, że niebawem przyjdzie im opuścić Stanisławów. Aby ukryć swoje zbrodnie, ogrodzili żydowski cmentarz za jeziorem wysokim płotem i zaczęli działać. Rękoma 105 więźniów Janowskiego obozu ze Lwowa okupanci rozkopywali groby pomordowanych, trupy układano w stosy trzymetrowej wysokości, polewano naftą i palono.

Przed egzekucją policjanci rzetelnie przeszukiwali skazanych Żydów w poszukiwaniu kosztowności. Jednak wielu z nich połykało złote monety lub ukrywali je w trudno dostępnych miejscach. W celu wyszukiwania złota Niemcy utworzyli specjalny oddział. Kilku więźniów każdego ranka zbierało popiół po spalonych ciałach i przesiewało go w wodach rzeki Młynki. Pracy mieli wiele, bo od 5 stycznia do 25 marca Niemcy spalili 10 tys. ciał.

Rzeka Młynówka

Niemcy na drzewach

O wybuchu saletry w porcie w Bejrucie słyszał każdy. Straszne zniszczenia, wiele zabitych i rannych – wszystko z powodu zwykłego ludzkiego niedbalstwa. Podobna tragedia, ale na mniejszą skalę, miała miejsce w Stanisławowie w czasie wojny. Wspomina o niej Zbigniew Dąbrowski, będący wówczas małym chłopaczkiem.

Niemieckie kolumny koło Stanisławowa, zdjęcie ze źródeł internetowych

W marcu 1944 roku Armia Czerwona przerwała front i szybko zbliżała się do miasta. Pośród niemieckiej administracji i volksdeutschów wybuchła panika, a przez miasto w kierunku zachodnim sunęły kolumny wojskowe. Jedna z nich, składająca się z kilku ciężarówek, stanęła przy ul. Słowackiego (ob. Gen. Tarnawskiego). Wszystkie auta były okryte plandekami. Co wiozły – nie wiadomo, pewnie amunicję. Czy któraś z ciężarówek miała defekt, czy nakazano im się zatrzymać – też nie wiadomo. Dość, że stały tam prawie całą noc. Nad ranem jedno z aut zaczęło płonąć. Przypuszczalnie kierowca chciał ogrzać się lampą benzynową, bo noce były chłodne. Ogień szybko przerzucił się na inne auta i już wkrótce płonęła cała kolumna. Mieszkańców sąsiednich willi zaciekawiło, dlaczego nocą stało się raptem jasno, jak w dzień. Ludzie podeszli do okien… aż tu auta zaczęły wylatywać w powietrze, jedno po drugim. Wybuchem wybiło szyby w oknach, zginął dyrektor żeńskiego liceum pedagogicznego Michał Aksenty i jego córka Maria. Ułamki szkła oślepiły jego żonę, syna Romana i kuzynkę Marię.

Zbigniew Dąbrowski mieszkał o jakieś 700 m od miejsca zdarzenia. Ale i w jego domu wyleciały szyby, a do ogrodu wpadł kanister z benzyną. Gdy wybuchy ustały, chłopak poleciał zobaczyć, co się stało. Opalone ramy aut wyglądały jak po zbombardowaniu. Piękna lipowa aleja była zniszczona, a na drzewach wisiały fragmenty ludzkich ciał w mundurach niemieckich.

Wojska sowieckie atakowały później miasto dwa razy, ale takich zniszczeń Zbyszek już więcej nie widział.

Panzerfaust, zdjęcie ze źródeł internetowych
Panzerfaust, zdjęcie ze źródeł internetowych

Panzerfaust

Panzerfaust – z niem. „pancerna pięść” – to pierwowzór broni przeciwpancernej. Istnieje wersja, że po raz pierwszy zostały one zastosowane przez wojska niemieckie w Stanisławowie 31 marca 1944 roku. Wówczas Niemcy zniszczyli 18 sowieckich czołgów z 22, które atakowały miasto.

Należy się tu poprawka – nie był to właściwy Panzerfaust, ale jego modyfikacja Panzerfaust-60. Jego charakterystyki taktyczne są takie: odległość rażenia – 60 m, zdolność przebicia – 20 mm stali pancernej. Była to broń jednorazowa i po strzale rura nośna była wyrzucana.

Reaktywny strumień gazów miał 3 m długości, o czym pisało na rurze wyrzutni granatu. Przy strzale za żołnierzem miała być otwarta przestrzeń, zaś mity, że z panzerfaustów strzelano ze strychów i piwnic brzmią niedorzecznie. Chociaż możliwe, że pośród spalonych krokwi znajdywano trupa niemieckiego żołnierza mocno ściskającego w ręku zardzewiałą rurę tej broni.

Była to na tyle udana konstrukcja potężnej broni przeciwpancernej, że została wykorzystana przez sowietów w konstrukcji ich własnego garanatmika RPG-2.

Major Mykoła Hawryszko, zdjęcie z archiwum Muzeum „Bohaterów Dniepru”

Odyseja majora Hawryszki

31 marca 1944 roku dowództwo sowieckie przygotowuje atak czołgowy na miasto Stanisławów, zajęte przez wojska niemieckie i węgierskie. Jest to wyprawa niebezpieczna – główne siły Armii Czerwonej są daleko, a dowództwo dysponuje jedynie 22 czołgami. Na dowodzenie tym zgrupowaniem zgłosił się major Mykoła Hawryszko. Miał ku temu osobiste powody. Przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej lejtnant Hawryszko służył w Stanisławowie i mieszkał tu z rodziną. Gdy wyruszył na front, żona z małym synem Walerą została w mieście. Teraz, po trzech latach wojny, major wracał do domu i chciał odszukać rodzinę.

Operacja nie powiodła się. Na wąskich ulicach Niemcy z łatwością rozstrzeliwali sowieckie czołgi. Z 22 maszyn powróciło zaledwie cztery. Wśród ocalonych był i dowódca grupy. Odszukał dom, w którym mieszkał, ale ten stał pusty i dawno tam nikt nie mieszkał. W sercu odczuł pustkę i samotność.

Następnego ranku w walce przebił się do Tyśmienicy. Na ulicy żołnierze już rozwinęli kuchnię polową, którą otoczyła zgraja chłopaków. Major zobaczył, jak starsi z kolejki wyrzucają małego chłopczyka. Czołgista podszedł, by uspokoić małego:

– Nie płacz. Jak się nazywasz?

– Walerka – pochlipując odpowiedział malec w podartym kożuszku.

Hawryszko nie uwierzył własnym oczom. Po chwili z sąsiedniego domu wybiegła jego żona. Okazuje się, że rodzina przed dwoma laty przeniosła się z głodnego Stanisławowa do Tyśmienicy, gdzie łatwiej było się utrzymać.

Wspaniały temat dla programu „Czekaj na mnie”.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 3 (391), 15 – 28 lutego 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X