Refleksje nieświąteczne

Refleksje nieświąteczne

Prośba o skomentowanie aktualnej sytuacji na Ukrainie to jedno z najtrudniejszych zadań, jakie można postawić przed analitykiem czy dziennikarzem. Jeśli ktoś twierdzi, że to, co dzieje się od kilku tygodni nad Dnieprem jest dla niego jasne, przewidywalne i dające się jednoznacznie ocenić, to albo jest jasnowidzem, albo arogantem.

Ogrom materiału, jaki należałoby poddać skrupulatnym badaniom, analizie, weryfikacji jest tak znaczący, że nie sposób obecnie w jednym tekście zamknąć całości wydarzeń. Wybrane wątki z kolei rozpatrywać można na tak wielu płaszczyznach, że wybranie jako jedynie słusznej którejś z nich jest poważnym błędem. Ot, choćby kwestia samej nazwy tego, o czym mówimy.

Po niemal dziesięciu latach od Pomarańczowej Rewolucji w wydarzeniach, które od listopada 2013 roku rozgrywają się na Ukrainie, najwygodniej byłoby dostrzec kolejną rewolucję. Tymczasem mamy tu do czynienia z serią protestów, buntów, prawdopodobnie niezorganizowanych, a raczej organizowanych oddolnie, bez przywódców. Mimo upływających dni wciąż na umownym, ogólnoukraińskim Majdanie brak jest liderów. Opozycja nie budzi zaufania, wielokrotnie miała okazję skompromitować się i skrupulatnie z niej korzystała. Kliczko, choć niektóre media kreują go na kierownika całego zamieszania, jest człowiekiem wciąż nieprzygotowanym, by poprowadzić naród. Jeśli nie uda mu się zebrać wokół siebie silnych i mądrych doradców, nie udźwignie ciężaru władzy, chyba, że szybki kurs politycznego przysposobienia, przechodzony obecnie na głównej ulicy Kijowa, uczyni z niego kogoś na kształt odpowiednika Lecha Wałęsy.

Na razie jednak nic na to nie wskazuje. Tym bardziej, że znaczna część wydarzeń rozgrywa się w wirtualnej przestrzeni, poza jakąkolwiek kontrolą. Młodzi ludzie, sprawnie posługujący się Internetem, zadają tam pytania, tam szukają odpowiedzi i tam prawdopodobnie mogą stworzyć lidera. Niestety, na razie nie wybrali go spośród siebie. Brak jest w młodym pokoleniu kogoś, kto stałby się jego bohaterem. Czasy były zbyt spokojne, by wykreować postać na miarę tych, które potrafiły pociągnąć za sobą pokolenie ich rodziców. Być może za kilka lat obudzeni, świadomi politycznie dzisiejsi uczestnicy protestów będą potrafili przejąć władzę, lecz na to jest jeszcze zbyt wcześnie. Na razie młodzież testuje samą siebie na internetowych forach, sprawdza siłę demonstrując, a w demonstracjach tych prezentując nową jakość.

Wiele osób na pewno zaskoczyła atmosfera panująca podczas wieców. Niemowlęta w wózkach ozdobionych unijnymi lub ukraińskimi emblematami. Psy w niebiesko-żółtych obrożach. Staruszkowie dziarsko machający flagami Unii Europejskiej i podrygujący w rytm rapowanych patriotycznych utworów. Dzieci wychodzące pod opieką pedagogów ze szkół na przemarsze ulicami miast, w których pomniki okrywały swą nagość flagami. Prounijny i antyrządowy piknik.

Ci, którzy walczyli u progu lat `90 XX wieku, pamiętają jeszcze strach przed wydaleniem ze szkół, uczelni, wyrzuceniem z pracy. Obecnie demonstranci nie boją się pokazywać twarzy, po raz pierwszy w sprawach kraju tak oficjalnie wypowiedzieli się rektorzy uczelni, dyrektorzy szkół, dając zielone światło swym wychowankom i wyprowadzając ich na ulice. Czy świadczy to o ogromnej desperacji społeczeństwa, które nie chce być oszukiwane przez rządzących? A może o jego europeizacji i przekonaniu, że pod czujnym okiem całego świata nikt w demokratycznej rzeczywistości nie może ich skrzywdzić? I nawet, jeśli w Kijowie rządzący pokazali dobitnie, że na to akurat nie należy liczyć, ponieważ oni nie liczą się z nikim i niczym, to oburzenie kazało Ukraińcom jeszcze mocniej protestować przeciwko przemocy.

Społeczeństwo ukraińskie pokazało przy tym, że jest w znacznej części społeczeństwem na wskroś europejskim, choć tutaj pewnie wiele osób wyznaczyłoby w tej europejskości granicę. I to granicę niekoniecznie terytorialną, choć wystarczyło spojrzeć, jak wyglądają protesty w różnych częściach kraju, aby dostrzec, że początkowo tłumy pod lwowskim pomnikiem Szewczenki nijak się miały do kilkudziesięciu osób na placach Odessy czy Doniecka. Istotną byłaby wykreślona granica pokoleniowa, wyodrębniająca europejską ukraińską młodzież (lecz i tu nie zawsze metrykalną). Grupę otwartą na świat, mimo konieczności posiadania wiz mobilną, sprawnie surfującą w wirtualnej przestrzeni. Niezależną od mediów, które podają informacje takie, za jakie ktoś im zapłaci.

Można przy tym zaryzykować stwierdzenie, że w dużym stopniu te dwa światy jednak się na siebie nałożyły. Jest to o tyle ważne, że w dobie elektroniki udział prasy drukowanej w kształtowaniu poglądów obywateli maleje, a do internetu nie wszyscy sięgają i zwłaszcza starsze pokolenie czerpie wiedzę z przekazów telewizyjnych. Tutaj nie sposób nie zauważyć, że gros Ukraińców ogląda powszechnie dostępne kanały rosyjskie, czy to z racji ich obecności w sieciach kablowych, czy bliskości z terytorium Rosji. Stacje te z kolei podają informacje tworzone na potrzeby rządowej propagandy.

Początkowo rosyjskie władze nie komentowały sytuacji nad Dnieprem, lecz po 2 grudnia dało się już usłyszeć, iż zdaniem Władimira Putina mamy tam do czynienia z próbą obalenia władzy, pogromami na ulicach, a wszystko to inspirowane jest przez siły z zewnątrz. Z czasem dziennikarze sugerowali, że sponsorami ukraińskich protestów są państwa Europy Zachodniej, Stany Zjednoczone, czy też… arabscy rewolucjoniści. Podobno w Kijowie można było nawet otrzymać ulotkę poświęconą ulicznym demonstracjom tłumaczoną z języka arabskiego, a po ulicach przetaczały się hordy homoseksualnych nacjonalistów i faszystów gotowych każdemu Rosjaninowi wbić tryzub w plecy.

Po dawce takich informacji, z których wynikało, iż po podpisaniu umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską Ukrainę czeka upadek moralny, gospodarczy i okupacja wojsk NATO, nie może dziwić, że wielu odbiorców tego przekazu gotowych jest weń uwierzyć. W końcu ze szklanego ekranu przemawiają autorytety, a ich słowa poparte są obrazkami dantejskich scen z udziałem Berkutu i manifestantów, którzy jeśli nawet nie biją siebie samych, to na pewno prowokują zajścia.

Teorie spiskowe, kute na potrzeby zwolenników prorosyjskiej opcji, wymieniane przez „pewnych informatorów” sumy, za które Zachód kupuje Ukraińców, ścierają się w medialnych doniesieniach ze spekulacjami, ile Wiktor Janukowycz płaci swoim „zwolennikom” i za ile Władimir Putin kupił Janukowycza. Albo czym go zastraszył, bo przecież niemożliwym jest, aby z dnia na dzień przekreślić wielomiesięczne przygotowania do podpisania wspólnych dokumentów z Unią Europejską. Co więcej, niemożliwym jest, aby bez noża na gardle dali na to przyzwolenie oligarchowie, którzy przecież podwójnie stracą zbliżając się do Rosji. Z jednej strony mogą zostać zamrożone ich aktywa na Zachodzie, a z drugiej ich majątki pod rosyjską opieką mogą nagle zniknąć, ba, mogą zniknąć i ich właściciele!

Tego rodzaju artykuły przeplatają się w mediach z doniesieniami o sprawach bieżących w całym tym ukraińskim cyrku. Teraz będziemy zapewne świadkami spekulacji, co też Janukowycz obiecał Putinowi w zamian za ratowanie ukraińskiej gospodarki i dlaczego jest to unia celna. Politycy dostarczają „specjalistom od Ukrainy” materiału do rozważań, a ci skwapliwie z tego korzystają. Jednocześnie wpadając w pułapkę niemożności prognozowania, co też wydarzy się za chwilę w Kijowie, lub powielania schematów, o których pisali już inni.

Nie dziwi to w sytuacji, gdy wciąż mamy wrażenie, że politycy sami nie wiedzą co robić. Mamy za mało danych, aby móc mądrze ocenić sytuację i jeśli ktoś to uczyni będzie miał prawdopodobnie wiele szczęścia, bądź okaże się geniuszem.

Chyba, że już komuś się to udało, a informacje te sprzedał Tajemniczym Siłom za wielkie pieniądze (czego wobec tylu już istniejących teorii spiskowych wykluczyć oczywiście nie można).

 

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 23–24 (195–196) za 20 grudnia 2013–16 stycznia 2014

X