Reanimacja ZSRR

Dawno temu na Dom na skraju Osady napadli bandyci.

Mieszkańcy zabarykadowali się i przez dwa dni robili wszystko, aby unikać kamieni ciskanych wprost w ich okna, z rzadka odpowiadali rzucając a to żelazkiem, a to żeliwnym garnkiem. Tak naprawdę nie mieli zbyt wielu sprzętów, które można by wykorzystać do tej nierównej walki i wierzyli, że lada chwila ze wsi nadejdzie pomoc, że ktoś przepłoszy złoczyńców.

Tymczasem starszyzna zasiadła na podwórzu Wójta i z dala obserwowała sytuację.

– Wiem, że strach tam podejść, żeby nie oberwać, ale może powinniśmy nocą zanieść im przez tylne wejście nieco kamieni, aby mogli rzucać w tych, co ich atakują – zaproponował Wójt.

– To nie ma sensu – zaoponowała Kobieta w męskim stroju, hałaśliwie odstawiając kufel z piwem. – Napastnicy i tak zbiorą więcej kamieni, przecież mogą w każdej chwili pobiec do lasu czy na pole. W ten sposób tylko ich rozjuszymy i sprowokujemy do kolejnych ataków. Lepiej nie dostarczać mieszkańcom domu amunicji.

– Ale jeśli tego nie zrobimy to oni sobie nie poradzą! – zaoponował Rolnik. – Stracą dom, cały dobytek, uprawy z pola!

– Eee… Może nie… Może złodzieje zadowolą się tym, co rośnie w ogrodzie? – Kobieta była sceptyczna.

Przy stole zapadła cisza, z rzadka przerywana okrzykami dobiegającymi ze skraju osady i hukiem wybijanych szyb.

– Ale coś zrobić trzeba – dodała po chwili.

– Może przestaniemy im dostarczać chleb, zgłodnieją, to sobie pójdą? – zaproponował Elegancik.

– Mają suchary, a poza tym to, co nakradną w ogrodzie – Wójt nie pochwalił pomysłu.

– To przestańmy kupować ich towary!

– Ale my niczego od niech nie potrzebujemy – warknął Wójt.

– Naprawdę? – Elegancik wyraźnie się zmartwił. – Dziś rano jeden mi sprzedał piękny nóż, dałem za niego tylko dwa talary! – nóż wylądował na stole. Pochyliły się nad nim cztery głowy, po czym Rolnik pokręcił swoją z dezaprobatą.

– Ale to nóż, który wczoraj skradziono Karczmarzowi. Kiepski ubiłeś interes – roześmiał się, ale Elegancik spojrzał nieprzychylnie i schował ostrze w kieszeni.

– Kupiłem uczciwie, a skąd pochodził nie wiem i mnie to nie interesuje – nadąsał się.

Na stół wniesiono misy parującej kaszy, talerze pełne mięsiwa i na jakiś czas umilkły rozmowy i spory. Słychać było tylko mlaskanie biesiadników.

– Nie boicie się, że jeśli złoczyńcy zawładną Domem na skraju Osady, to później ruszą na te trzy chałupy leżące nad jeziorem? Podwórka mają mniejsze i będzie im łatwiej je zająć, jeśli nikt ich teraz nie powstrzyma – przed deserem błogi spokój przerwało pytanie Rolnika.

– A czego by tam mieli szukać? – roześmiała się Kobieta. – No może sady tam mają ładne, ale przecież złoczyńcom nie brak jabłek. Nie, nie wierzę, że posuną się dalej. Jeśli tylko Dom na skraju Osady obroni się, możemy spać spokojnie.

– Obawiam się, że jednak nie wytrzyma – Wójt wskazał podbródkiem na zrujnowany płot. – Chyba… – zawiesił głos. – Chyba że to wcale nie są złoczyńcy! Słyszałem, że w tym Domu byli kiedyś lokatorzy i może gospodarze nie oddali im wszystkich ich rzeczy? Może przyszli po swoje i mają tak naprawdę rację?

Atmosfera przy stole rozluźniła się. Tak, koncepcja Wójta mogła być słuszna! Może to wcale nie bandycki napad, tylko zwyczajne stare waśnie, które obie strony powinny same załatwić. Niedobrze wtykać nos w nieswoje sprawy. Biesiadnicy rozlali wino do kielichów i wznieśli toast za pomyślne rozwiązanie problemu, który trapił całą wieś.

A kiedy trzy dni później płonął jego własny dom Wójt krzyczał, że gdyby ci ze skraju Osady ciskali celniej kamieniami, on teraz miałby gdzie mieszkać.

***
Czasem przyglądamy się płonącemu domostwu sąsiada naiwnie wierząc, że pożar nie przeniesie się na nasz dom. Ale bywa i tak, że barykadujemy się przed napastnikami licząc tylko na pomoc z zewnątrz i zapominając, że przez kuchenne drzwi moglibyśmy zapewnić sobie to, co niezbędne, by wygrać batalię o własne bezpieczeństwo.

Od wielu lat obserwuję jak świat zostawia Ukrainę samą sobie. W pierwszych latach niezależności młody kraj, mamiony obietnicami gwarancji bezpieczeństwa i fikcyjnych zysków z rozbrojenia, ugiął się nie tylko pod presją wątpliwej jakości sojuszników, ale też zapłacił wysoką cenę za partykularne interesy ludzi, których z czasem zaczęto nazywać oligarchami. Zmiana władzy w Federacji Rosyjskiej i zastąpienie Gorbaczowa „demokratą” Jelcynem nie oznaczała, że państwo to wyzbyło się imperialnych ambicji. Moskwa nadal domagała się przywrócenia jej praw do Krymu, prowokowała separatystyczne nastroje we wschodnich obwodach Ukrainy, a mimo to naiwnie wierzono, że te emocje z czasem opadną i kagiebista u władzy wspaniałomyślnie wyzbędzie się pretensji do tego, co liberałowie chcieli odzyskać.

To, że dziś świat milczy po aneksji Krymu, powinno być dla Ukraińców sygnałem, że będzie za chwilę milczał, gdy wschodnie i południowe obwody kraju ogłoszą zjednoczenie z Rosją. Przekonanie, że ktokolwiek wstawi się za Ukrainą wpisuje się w political fiction i jest dowodem niekompetencji rządzących. Porozumienia z Mińska, zawartego we wrześniu 2014 roku, nikt nie przestrzega, a Unia Europejska debatuje nad sankcjami, które wymierzone mają być w rosyjskich polityków drugiego sortu i przedsiębiorstwa nie będące filarami gospodarki, a mało tego – odraczają ich wprowadzenie w życie tak, aby Rosjanie mogli się na to „uderzenie” przygotować. Przywódcy Niemiec i Francji pędzą do Moskwy na spotkanie z Putinem i tam ściskają dłonie mokre od krwi Ukraińców i rosyjskich żołnierzy. Nie dostrzegają tego, że jadąc do Putina okazują swoją słabość i działają pod dyktando Kremla, ale brak im odwagi by stawiać warunki, by wesprzeć Ukraińców, a nawet by nazwać wojnę wojną.

Wojna hybrydowa to koszmarek terminologiczny, za którym stoi śmierć nie tylko żołnierzy, ale i cywilów, obnażający słabość zachodniej polityki. W konsumpcjonistycznym świecie troska o własne kieszenie i święty spokój tuszowana jest obawami przed eskalacją konfliktu i przeniesieniem działań zbrojnych na kraje zachodniej Europy. A na to wszystko nakłada się zawężanie problemu do ziem na wschód od Dniepru.

Całkiem możliwe, że Putinowi chodzi o Donieck, Łuhańsk i drogę na Krym. Ale można spodziewać się, że tak wielki przywódca będzie chciał przejść do historii jako ten, który wskrzesił Związek Radziecki. Może nie cały – Azja nie jest mu tak potrzebna, bo Azję gorzej widać. Tam wystarczą więzy ekonomiczne, wspólne rynki, strefy wolnego handlu i unie celne. Azja jest duża, rozmywa się w swoim ogromie i nikt nie zauważy, czy udało się odzyskać Armenię i z kim jest po drodze Uzbekom. Zupełnie inną sprawą jest Europa. Jakże można by utrzeć nosa tym, którzy mówili, że system komunistyczny był pomyłką historii, odzyskując tutaj postradzieckie terytorium! Ukraina, Mołdawia, Litwa, Łotwa, Estonia, jeszcze Gruzja na dokładkę – wszystkie one rwały się do Unii Europejskiej i NATO, a tu proszę, najlepiej im pod skrzydłami Moskwy.

Przy okazji można jeszcze pokazać, że ani Unia, ani NATO nie mają już dziś żadnego znaczenia. Tak, jak przed ponad wiekiem, karty rozdają dziś mocarstwa i mydlenie oczu jakąkolwiek zbiorowością potrafiącą realizować spójną, konsekwentną politykę, jest nieporozumieniem. Jeśli żaden polityk oficjalnie reprezentujący UE nie pofatygował się, by rozmawiać z Rosją w imieniu tej struktury, to możemy nie tracić czasu na rozważania znaczenia Brukseli w wojnie w Donbasie.

Samo zawrócenie Kijowa z prozachodniego kursu nie będzie dla Putina spektakularnym sukcesem. Właściwie już to osiągnął, destabilizując sytuację nad Dnieprem, a podtrzyma zamrażając konflikt we wschodnich obwodach. Z kolei śmierć żołnierzy ginących za skrawki Ukrainy mogłaby okazać się zbyt wysoką ceną za Ukrainę – ceną, która wyprowadzi Rosjan na ulice. Ale jeśli ci sami żołnierze będą ginąć za rekonstrukcję imperium, które rozbili zachodni agenci, zmieni to sposób postrzegania obywateli o postsowieckiej mentalności i pójdą oni w ogień za swoim przywódcą.

Dziś widzimy w Ukrainie kraj, który nie chce dobrowolnie oddać części swojego terytorium, choć może byłoby to najrozsądniejszym wyjściem – amputacja zarażonej gangreną kończyny niejednemu uratowała życie. Pomstujemy, że Ukraińcy nie garną się do wojska, nie rozumiejąc, jak wielu Polaków znalazłoby się w kilka godzin za granicą na wieść o poborze do niedozbrojonej, niewyszkolonej i źle wyposażonej armii. To nie jest kwestia niechęci do walki – to instynkt samozachowawczy i opór przed narażeniem życia za ziemie, z którymi znaczna część mieszkańców Ukrainy nie czuje żadnej więzi. Donbas, niedoinwestowany, deficytowy, a dziś jeszcze zrujnowany, będzie nawet nie kulą u nogi, a kamieniem u szyi, który pociągnie kraj na dno. Może oceniając naszych sąsiadów mylimy racjonalność decyzji obywateli z tchórzostwem i znów koncentrujemy się na tym, co odwraca uwagę od problemu, jakim jest zabezpieczenie Domu na skraju Osady tak, aby toczący się pod jego płotem konflikt nie rozlał się na całą wieś.

Ukrainę za wszelką cenę trzeba dziś utrzymać przy życiu. Jeśli Rosjanie, rozochoceni przejęciem jej ziemi pod swoją kontrolę, zechcą sprawdzić cierpliwość Zachodu w Pribałtyce, to Zachód już będzie miał poważny problem, bo nie da się nie zareagować na agresję na Tallin czy Rygę. A jeśli mimo wszystko „da się” zachować pasywność będzie to oznaczało, że za kilka lat w Rosji wyrosną pomniki, na których cokołach będzie pyszniło się trzech wielkich bohaterów Związku Radzieckiego – Lenin, Stalin i Putin. Nazwiska panów się rymują, to pewnie i wyglądać będą razem całkiem ładnie.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 3 (223) za 17-26 lutego 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X