Przekrój 1971

Przekrój 1971

Z pewnością znudziły się już naszym Czytelnikom wycinki z Przekroju, ale niestety są to jedyne kompletne roczniki w mojej kolekcji i z nich mogę dobierać informację z dawnych lat. Koronawirus pokrzyżował wiele planów, w tym różnorodność tej rubryki. Dziś zobaczymy o czym pisało to popularne pismo na początku października 1971 roku.

Strona 1 poświęcona zagadnieniom politycznym, a najważniejsze w tym roku były przygotowania do VI zjazdu PZPR.

Dyskusja i działanie – to dwa ważne, ściśle się wiążące elementy, które w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym kraju, w obecnej fazie przygotowań do VI Zjazdu PZPR przyniosły ogromną aktywizację polityczno-społeczną wszystkich środowisk. Dyskusja nad wytycznymi „O dalszy socjalistyczny rozwój Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej” zatacza coraz szersze kręgi. Przynosi wiele wniosków, dotyczących najważniejszych spraw naszego życia społecznego i gospodarczego, wiele z nich związanych z ogólnymi problemami zarządzania i kierowania, posłuży pracy partyjno-rządowej komisji, powołanej dla unowocześniania zarządzania.

Oprócz tego rodzaju dyskusji, koncentrującej się na sprawach o bardziej ogólnym znaczeniu, coraz wyraźniejszy jest także drugi jej nurt, związany ze sprawami codziennej pracy, jej efektów i warunków w zakładach i wydziałach produkcyjnych. w instytucjach i urzędach.

Tej dyskusji, zmierzającej do szybkiego usuwania wszystkiego co może hamować dobrą rzetelną pracę, jej efekty, tak potrzebne całemu społeczeństwu. Towarzyszy temu często konkretne działanie. Przejawem tego są coraz liczniejsze przedsięwzięcia załóg które przy porządkowaniu własnego podwórka znajdują konkretne możliwości i rezerwy: możliwości usprawnień organizacyjnych i technologicznych, zwiększenia dyscypliny pracy, usunięcia biurokratycznych i formalistycznych hamulców, likwidacji przejawów marnotrawstwa.

Na stronie 2 czasopismo opisało bardzo piękną inicjatywę uczniów:

Uczniowskie drzewka
Otrzymaliśmy kolejne zgłoszenie. Tym razem szkoła podstawowa w Mnichu (pow. Kutno) powiadomiła nas, że: uczniowie klasy pierwszej w liczbie 15 podjęli zobowiązanie posadzenia po jednym drzewku w parku szkolnym. Uczniowie ci zobowiązali się pielęgnować te drzewka przez cały czas nauki w swojej szkole.

Jest już ostatni moment, by podjąć akcję uczniowskich drzewek. Przypominamy: chodzi o to by uczniowie pierwszych klas sadzili drzewka, którymi będą opiekowali się przez lata pobytu w szkole.

Leszek Marcinik zwiedził daleką Persję, szykująca się do jubileuszu…

2500 lat cesarstwa Iranu
12 października odbędą się uroczyste obchody 2500 rocznicy najstarszej na świecie monarchii. Uroczystości z udziałem delegacji państw ze wszystkich kontynentów odbywać się będę w Persepolis, dawnej stolicy Persji, założonej przez króla perskiego Dariusza I pod koniec VI wieku przed naszą erą.

Isfahan – Nesfe Dżahan – czyli miasto, które jest połową świata. Czy rzeczywiście? Wyruszyłam do perskiej stolicy z czasów słynnej dynastii Safawidów.

W czasach szacha Abbasa I Isfahan był większy od Rzymu, Londynu i Stambułu! Były tu 162 meczety, 48 wyższych uczelni, 293 łaźnie! Ale to jeszcze nic wobec budowli i pałaców wznoszonych przez najznakomitszych architektów na żądanie ambitnego władcy. Czy wiecie, że pałace szacha Abbasa są dziełem słynnego Behai, budowniczego znanych meczetów w Kerbeli pod Bagdadem?! A Wielki Majdan Królewski – siedmiokrotnie większy od weneckiego Piazza San Marco jest jednym ogromnym zabytkiem! Zresztą zobaczysz to zrozumiesz!

I tak z głową nabitą historią znalazłam się na Wielkim Majdanie. Jubileusz 2500-lecia przysłonił Iran rusztowaniami i kurzem cementu! Pokonując tor przeszkód z białych marmurowych bloków dotarłam do najwspanialszej budowli ze strzelającymi w górę przepięknymi minaretami. We wnętrzu Meczetu Królewskiego tylko dwóch wiernych. Z twarzą zwróconą w kierunku Mekki wybijają pokłony, powtarzając Al hambu lillahi rabil alamin, co w naszym języku znaczy: „Chwała Bogu Panu Świata”.

Odkąd na żądanie Rezy Szacha isfahańskie meczety udostępniono turystom, wierni wyznawcy Mahometa przenieśli się do mniej okazałych świątyń, ale za to zasłoniętych przed ciekawym okiem intruzów. Dzisiaj na dużym dziedzińcu pod 90-metrową kopułą buszują przewodnicy i cały zastęp fotografów oferujących wykonanie kolorowego zdjęcia w trzy sekundy. Lepiej poświęcić dolara i w spokoju podziwiać prawdziwy majstersztyk perskiej architektury, sztuki zdobniczej i majolikarstwa!

Po zwiedzaniu idę prosto na wschodnią stronę Majdanu Królewskiego. To tu był słynny pałac Ali Kapi, w którym mieścił się niegdyś harem. Legenda głosi, że pędziło w nim życie 250 ukochanych Abbasa. Najmilsze sercu wybranki pracowitego władcy uwieczniono na zdobiących ściany portretach. Nie mogąc się nadziwić niezwykłej tolerancyjności wyrozumiałych małżonek słucham malowniczej opowieści przewodnika, tym razem o prawdziwie królewskich zajęciach twórcy XVII-wiecznej potężnej Persji.

W sali tronowej pałacu Czehel Sotun – 40 kolumn (20 prawdziwych i drugie tyle odbijających się w przeźroczystej wodzie basenu). Tu Abbas Wielki przyjmował licznych ambasadorów i zagranicznych posłów. W tym czasie monarchia perska utrzymywała ożywione stosunki dyplomatyczne z prawie całą Europą.

Podczas audiencji szach występował ponoć… w polskim żupanie zapinanym na diamentowe guziki i w kołpaku z kitą z piór. Faktem jest, że zachował się autentyczny portret najznakomitszego z dynastii Safawidów, przyodzianego w polski strój narodowy. Przypuszczalnie był to prezent ofiarowany przez jednego z naszych królów.

W tym czasie w Isfahanie mieściła się polska ambasada, a z misją do Polski wyruszał bodajże dwukrotnie minister spraw zagranicznych na dworze królewskim Anglik Robert Sherley, zabiegający o sojuszników skłonnych wystąpić w koalicji przeciwko Turkom.

Na dworze Safawidów gościli również wysłannicy z Polski. Jeden z nich zakończył swoją życiową drogę w Isfahanie. Na cmentarzu położonym na krańcach miasta, na zmurszałej płycie grobowca można jeszcze dziś przeczytać zamazany napis: „Leży tu grzesznik Theodor Mironowicz Posłannik Krula Jem. polskiego”.

Wizytom zagranicznych posłów często towarzyszyły huczne uroczystości, odbywające się na Wielkim Majdanie.

Tytuł artykułu Romana Burzyńskiego od razu przykuł moją uwagę: tak niewiele czasu minęło, a my dziś nie wyobrażamy sobie życia bez komputera, a te z olbrzymich „maszyn obliczeniowych” zajmujących wówczas kilka pokoi, obecnie mieszczą się nam… w kieszeniach.

Informatyka – tego wyrazu nie ma jeszcze w słownikach języka polskiego
Jedno z najnowszych zarządzeń Prezesa Rady Ministrów powołało do życia Państwową Radę Informatyki. Kilka miesięcy przedtem zostało uruchomione Krajowe Biuro Informatyki. W tymże czasie utworzono Zjednoczenie Informatyki, w którym zgrupowano przedsiębiorstwa świadczące usługi w zakresie informatyki. Pora dowiedzieć się co to znaczy.

Udałem się najpierw do KBI (Krajowe Biuro Informatyki), następnie do jednego z szesnastu polskich ośrodków ZETO (Zakład Elektronicznej Techniki Obliczeniowej), który mieszcząc się w Warszawie nosi nazwę ZOWAR (Zakład Obliczeniowy Warszawa). Przyglądałem się obsłudze klienta, asystowałem pracy przy komputerze. Dano mi do przeczytania kilkanaście fachowych artykułów w miesięczniku „Informatyka”, a także grubą książkę. Czy wszystko przetrawiłem? Oczywiście nie. Ale doszedłem do tego: „co o informatyce obywatel wiedzieć powinien”.

Informatyk posługuje się m.in. także komputerem. Ponieważ jednak w rękach informatyka komputer nie tylko liczy, ale przetwarza informacje, zjawiają się tendencje, by zarzucić nazwę „komputer”, zamieniając ją na „maszyna informacyjna”. Brzmi to bardzo sympatycznie.

„Komputer” – słowo sztucznie utworzone od nieużywanego dziś w języku polskim wyrazu „komput” oznacza stan liczebny np. wojska, poczet, liczba, rejestr, zbiór obliczeń, i od łacińskiego computus – rachunek. Miało (przynajmniej dla mnie) jakiś dźwięk nieprzekonywający.

Burzliwy rozwój komputerów datuje się od roku 1954. Dziś czynnych na świecie jest ponad 100 tysięcy maszyn, przy czym znaczna ich większość (ok. 80%) stosowana jest do celów zarządzania (przedsiębiorstwem, koncernem, zjednoczeniem, państwem). Światowy park maszyn podwaja się co 2—3 lata, ale jego wydajność podwaja się co pół roku.

Wśród krajów socjalistycznych największym stosunkowo parkiem oraz szeroko rozwiniętą informatyką dysponują ZSRR, Czechosłowacja i NRD. My niestety, mimo że mamy własną produkcję maszyn (we Wrocławiu „Odra”, w Warszawie „K-202”) byliśmy – jak dotąd – opóźnieni w tej dziedzinie postępu o około 15 lat.

Ażeby nadrobić owe 15 lat zaniedbań, aby wprząc informatykę w służbę krajowi, mniej ważne będzie, czy uruchomimy 300 czy 400 dalszych komputerów. Rzecz leży w tym, by kadra kierownicza naszej administracji, przemysłu i innych ogniw gospodarki wytworzyła w sobie zapotrzebowanie na usługi informatyki, by zaczęła i umiała formułować zadania dla informatyków.

Dałem tu przykłady z odcinka gospodarki państwowej, ale musimy pamiętać, że to jedynie fragment możliwości stwarzanych przez informatykę. Jest ona potrzebna nauce, systemom bezpieczeństwa militarnego, medycynie, psychologii itd.

Stanisław Zięba opisał interesujące losy jednego z polskich skarbów w 1939 roku.

Złote marki niemieckie z banku Holzera
18 września 1939. Dochodziło już rano, kiedy podczas przeprawy przez Czeremosz pod Kosowem w uchodzącej z kraju ekipie przedwrześniowych władców, przyszła kolej na wojewodę krakowskiego Tymińskiego. Porządku na moście dozorowali wojewoda poznański Bociański i starosta kielecki Sobolewski oraz kilku oficerów. Tymiński uchodził z grupą wiernych mu urzędników oraz policjantów. Od wyjazdu z Krakowa nie rozstawał się z ciężką walizą o tajemniczej zawartości. Kiedy na rumuńskim punkcie celnym musiał na chwilę opuścić samochód, walizę dźwigał ze sobą.

I wtedy zdarzył się wypadek – zamki walizy nie wytrzymały i z wnętrza zaczęły się wysypywać upchane na siłę złote niemieckie 20-markówki. Celnicy rumuńscy natychmiast rzucili się na błyszczące monety, by je skonfiskować. Byli w prawie. Ale pan wojewoda z miejsca zareagował.

Do ataku ruszyła krakowska policja. W starciu z rumuńskimi celnikami wyszła zwycięsko. Nikt jednak nie zdołał ustalić, ile w tej błyskawicznej walce polsko-rumuńskiej ubyło złotych dwudziestomarkówek. Nacisk kolejnych samochodów i ich zdenerwowanych pasażerów pragnących jak najwcześniej znaleźć się na stronie rumuńskiej, wołania i krzyki: „szybciej”, „prędzej tam z przodu” zlikwidowały krótkotrwałą bójkę o złoto. Walizę pośpiesznie zamknięto, pan wojewoda ujął ją energicznie i chroniony przez policjantów pomknął w głąb rumuńskiego kraju.

Incydent z walizą i złotem, choć trwał krótko, był nie do ukrycia. Jak zawsze w takich wypadkach znaleźli się naoczni świadkowie, którzy nie omieszkali sprawy podać dalej. Głośno więc było o niej na rumuńskich szlakach uchodźczych, a później we Francji. Dostała się nawet na łamy emigracyjnej prasy, a że każdy z naocznych świadków widział inaczej i inny miał pogląd na ilościową zawartość walizy, krążyły co do tego fantastyczne wieści. Wielu uchodźców łączyło walizę krakowskiego wojewody z przewozem przez Rumunię polskiego złota Banku Polskiego.

Cóż to było za złoto? Złote 20-markówki niemieckie w walizie Tymińskiego pochodziły z krakowskiego Banku Holzera. Bank ten miał swą siedzibę przy ul. Gertrudy, a ponadto kantor wymiany w Sukiennicach. Na krótko przed wojną zostały one zarekwirowane przez władze w związku z dochodzeniami o przestępstwa dewizowe. Nie jest wykluczone, że były to pieniądze, przeznaczone na hitlerowską piątą kolumnę w Polsce.

Walizę ze złotymi monetami dowieziono do miejscowości Bicaz, gdzie czasowo internowany został rząd Składkowskiego, nadal sprawujący w swoim pojęciu władzę nad Polską. Tu Tymiński przekazał walizę premierowi, a ten zarządził rozdział złotej kwoty między zaufane osoby „ze względu na swą sytuację i ewentualną możliwość rewizji, jak i ze względu na incydent z wojewodą Tymińskim – iż złoto to mogło wpaść w ręce rumuńskie”.

Cytat ten pochodzi z „Notatki urzędowej amb. R. Raczyńskiego w sprawie tzw. „złota niemieckiego”, noszącej datę 31 października 1939, a odnalezionej w papierach pośmiertnych tegoż ambasadora już po wojnie. Czytamy w niej, że premier Składkowski, „aby niebezpieczeństwo to usunąć postanowił rozdzielić monety pomiędzy ministrów, podsekretarzy i osoby piastujące kierownicze stanowiska w Państwie. Rozdział ustalił następujący: ministrowie i marszałkowie obu Izb otrzymali po 1000 marek, a podsekretarze stanu i inne osoby po 500 marek”.

Bardzo charakterystyczne, że pan premier ani słowem o tym nie napomknął w swoim sprawozdaniu z codziennych czynności rządu we wrześniu 1939, a jest w tym sprawozdaniu pełno różnorakich drobiazgów o bardzo podrzędnym znaczeniu.

Nie mógł się jednak Składkowski uchylić od jakichś bardziej dokładnych wyjaśnień w sprawie złotego skarbu. Uciekł się więc do wybiegu. Jest o tym mowa w dalszym ciągu „Notatki” Raczyńskiego:

„Niezależnie od tego wstępnego i zasadniczego oświadczenia p. gen. Sławoj-Skladkowski w rozmowie, którą następnie przeprowadzi z p. Eugeniuszem Kwiatkowskim wyświetlił historie wręczenia złotych monet osobom poprzednio wymienionym, poczem przebieg i treść tej rozmowy p. Eugeniusz Kwiatkowski powtórzył pp. Raczyńskiemu, Morawskiemu i Stebelskiemu”.

Ten pośredni przekaz podaje, że pieniądze pochodziły z Banku Holzera, wspomina incydent na rumuńskim punkcie celnym oraz rozdysponowanie kwoty między „ministrów, podsekretarzy stanu i osoby piastujące kierownicze stanowiska w Państwie”, wymienia wysokość wręczonych im kwot (po 1000 i 500 złotych marek), nie wymienia jednak ilu osobom te kwoty wręczono. Notatka zawiera poza tym ważne stwierdzenie powtórzone ambasadorowi przez inż. E. Kwiatkowskiego za Składkowskim, a mianowicie:

„Osobom, otrzymującym pieniądze, wydane zostało przy tym polecenie by monety jak najstaranniej zabezpieczyć przed ewentualną rewizją rumuńską. Nie uważał za stosowne podać czy i on został z tych pieniędzy obdzielony. Ponieważ był w rządzie Sławoja podsekretarzem stanu, można przypuszczać, że tak. Sławoj w swoich własnych publikacjach tylko raz poruszył sprawę złotych marek od Holzera, przy okazji relacji ze swej ucieczki z Rumunii do Turcji.

Afera nigdy też nie została „bez reszty wyjaśniona”. Bardzo wiele wokół tej sprawy niedomówień, a badający rzecz nie zdołali nawet ustalić wysokości kwoty, jaką Tymiński zabrał z Krakowa i ile mniejszą doręczył ją Składkowskiemu oraz komu rozdał ją premier.

Uroczystość otwarcia mostu na rzece Czeremosz w Kutach, łączącego Polskę z Rumunią. Rok 1930 (NAC)

Jan Kamyczek o sprawach sercowych
ARTUR. Zauważyłem, że moja dziewczyna coraz więcej czasu poświęca mojemu koledze. Gdy jej to wytknąłem, wyśmiała mnie i oświadczyła, że jeśli będę jej robić sceny zazdrości, to ze mną zerwie. Co robić? – Możesz powiedzieć, że jeśli mu będzie poświęcać tyle czasu, to ty z nią zerwiesz. Ta uwaga mówi, że gdy jesteś zdolnym to wykonać, partnerka taką rzecz wyczuje.

PATRYCJA. Czy stała się rzecz straszna, niewybaczalna rodzinnie i towarzysko, jeżeli dwoje chodzących ze sobą jawnie od trzech lat wzięło cichy ślub, a rodzinę i znajomych zawiadomiło po fakcie? Sprawa urosła do afery, wszędzie słyszę jak mogłaś. Obrażone są wszystkie ciotki, jak również bliższe i dalsze koleżanki. – Uważam, że wypada zawiadomić przed faktem rodziców, a wszystkie inne osoby można po fakcie. Ciche śluby są i zawsze były w zwyczaju, nie powinny więc budzić zastrzeżeń.

Prasa warszawska w październiku 1971 roku donosiła o sprawach, które zaprzątają uwagę mieszkańców stolicy i dziś. Co prawda w inny sposób.

– Warszawskiemu brzegowi Wisły od Tamki do żelaznego mostu grozi zapadniecie się w wodę. By temu zapobiec rozpoczynają tam reperacje bulwaru drogowego.

– Od połowy września po dzień dzisiejszy trwają zimna i słoty. Nie wiadomo, czy znaczna podwyżka cen węgla i drzewa jest z tym powiązana.

– W Warszawie wprowadzono zmianę w urządzeniu dorożek miejskich: podzielono je na dwie klasy. Uczyniono to celem zachęcenia utrzymujących te powozy do ulepszania takowych i w ten sposób zapewnienia publiczności jak najwięcej wygody.

– Ideę emancypacji kobiet wprowadza w życie 17-letnia panna Anna Tomaszewicz: udała się do Zurichu na studia na wydział lekarski. Będziemy wiec mieli polskiego lekarza-kobietę!

KRATY modne nie tylko w oknach – pisze o tym Hoff.
Są bardzo modne. Duże, kolorowe, wesołe, wyraźne kraty. Niektóre są w stylu krat szkockich, inne, płaszczowe, wyglądają jak kolorowy pled. Są w tych kratach modne obecnie żywsze kolory: czerwony, chabrowy, żółty.

Bardzo modne są płaszcze w kratę, zwykle ogromną, w gatunkach przypominających koc. Fasony zawsze sportowe, często trenczowe. Jedno lub dwurzędowe, albo płaszcz tylko założony i przewiązany paskiem. Może być w pasie odcięty i dół ze skosu. Może być podwójny

Wracając jeszcze do sprawy spodni, to znowu wyraźnie zwyciężyła linia dopasowana na biodrach i wyraźnie rozszerzona dołem, zwykle zresztą spodnie są z mankietami, bardzo długie. Ta sylwetka trzyma się od dość dawna, mimo że prawie co sezon są próby lansowania jakiejś innej linii. I tak choćby w tym sezonie w lecie były próby lansowania spodni dość wąskich równych, tj. nie rozszerzonych dołem; inni lansowali spodnie szerokie już od góry, nawet z tymi niezaszytymi zakładkami, charakterystycznymi dla lat 30. Sporo tego było na paryskich kolekcjach. Pokazują się zresztą ciągle tamże, ale bez większego skutku.

Spodnie w kratę mogą być krótkie lub długie. Krótkie będą powiedzmy nad kolano, długości spódniczki, wtedy nie obcisłe jak kiedyś bermudy, tylko dość szerokie.

A co tam pisano w wypracowaniach szkolnych:
– Pole pod Grunwaldem zasłały wyborowe trupy rycerstwa krzyżackiego.
– Chłop umierał, nie patrząc na żonę i dzieci.
– Kazimierz Wielki zaczął zamieszkiwać puszcze.
– Siepacze z Brandenburga zamordowali Przemysława zaraz po jego śmierci.
– Nasi przodkowie mieli narządy kamienne.
– Arystokratki brały udział w różnych kwestiach.
– Powieść pisarzy realistów cechuje trafność i subtelność schorzeń psychicznych.
– Był dobrym zawodnikiem, toteż bez trudu zwyciężył w skoku wzdłuż.

Jan Kalkowski podaje trzy nietradycyjne przepisy na… śledzika
Nazwa tej ryby kojarzy nam się zwykle z solonym z beczki, który w polskiej kuchni ma wielowiekową tradycją. Poza Wybrzeżem mało kto wie, że smaczny jest także śledź świeży, zwany często „zielonym”. Pytajcie o niego w sklepach rybnych i popróbujcie, przyrządzać go można na wiele sposobów. Oto trzy z nich:

SMAŻONE. Ryby odmrozić, oczyścić, opłukać i odsączyć z wody. Posolić, oprószyć mąką i smażyć z obu stron na silnie rozgrzanym tłuszczu (smalcu, oleju lub oliwie). Podawać z ćwiartkami cytryny do pokropienia i świeżo tartym chrzanem. Dodatki: ziemniaki z wody i surówka z kapusty.

PIECZONE ROLADKI. Po wstępnych czynnościach jak w poprzednim przepisie, ryby odfiletować, wyjmując z nich ości. Posolić. Na każdym filecie ułożyć wzdłuż cienkie plasterki bekonu lub wędzonego boczku, a w poprzek kilka pasków skrojonych suszonych śliwek uprzednio namoczonych w wodzie. Filet zwinąć wokół śliwek bekonem do środka i spiąć wykałaczką. Ułożyć roladki na półmisku posmarowanym tłuszczem i wstawić do piekarnika na pół godziny. Dobre danie na kolację. Podawać z bułką i sałatką z pomidorów.

DUSZONE W ŚMIETANIE. Przygotowane jak w pierwszym przepisie ułożyć na blasze. Cebulę drobno posiekaną przesmażyć na tłuszczu. Ułożyć ją na rybach. Wstawić blachę do gorącego piekarnika i śledzie obrumienić. Posolić, popieprzyć, polać śmietaną. Na krótko wstawić jeszcze do piekarnika. Przed podaniem posypać zieloną pietruszką. Podawać z całymi gotowanymi ziemniakami i pikantną surówką np. z papryki.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 19 (359), 16–29 października 2020

X