Pospolite ruszenie dobroci Dorota Jaworska

Pospolite ruszenie dobroci

Najbardziej dramatyczny moment był, gdy mąż zamykał drzwi mieszkania. W tej chwili uświadomiłam sobie, że nie jadę do Rzeszowa do rodziców na kilka dni, na święta, jak to bywało, a za tymi drzwiami pozostaje całe twoje życie. Nie chodzi tu o rzeczy materialne, ale o miejsce, gdzie się mieszkało, budziło, gdzie są twoje rzeczy. Przeżegnałam drzwi z nadzieją szybkiego powrotu.

Dorota Jaworska, rzeszowianka, od ponad czterdziestu lat mieszkająca w Kijowie opowiada o swoich przeżyciach Wojciechowi Jankowskiemu.

Czy pamiętasz moment, gdy dowiedziałaś się, że Ukraina została zaatakowana?

Pamiętam ten dzień dokładnie, bo poprzedniego wieczoru dostałam wysokiej temperatury. Mąż był w klubie żeglarskim i postanowił tam zanocować. W takiej sytuacji, o godz. 5 zaczęłam słyszeć wybuchy. Było to dość dziwne uczucie: z jednej strony wiesz, że to może być właśnie to, a z drugiej zastanawiasz się, czy to przypadkiem nie jest huk przejeżdżającego pociągu. Po paru minutach zadzwonił mąż i powiedział tylko dwa zdania: „Zaczęło się. Za chwilę będę w domu”.

To jego powiedzenie uświadomiło mi, że jednak to jest wojna, ale z tą świadomością jest o tyle trudno, że człowiek nie jest w stanie ogarnąć i przyjąć to, że wybuchłą wojna.

Mieszkańcy Kijowa od razu mieli świadomość, że rozpoczął się ostrzał rosyjski?

Najpierw był ostrzał, a gdy wrócił mąż, to włączył telewizor iusłyszeliśmy, że Ukraina została napadnięta. Tu była chwila, gdy potwierdzają się twoje przypuszczenia, że to, co przypuszczałeś jest, niestety, faktem.

Następny dzień rozpoczął się o 4 nad ranem niesamowitym dźwiękiem. To nad naszym blokiem przelatywała rakieta. Zestrzelono ją i był niesamowity huk. Jej części spadły w naszej dzielnicy i wywołały pożar. Był to pierwszy wojenny pożar, który zobaczyliśmy w telewizji.

Jak wyglądały te pierwsze dni agresji rosyjskiej?

W pierwszych dniach ogarnia cię strach. Nawet, gdy wydaje ci się, że masz nad nim władzę i nie wpadasz w panikę, to ten strach pojawia się i chcesz się schować. Ale paniki nie widzieliśmy ani wokół, ani u naszych sąsiadów. Ta potrzeba schowania się to jest coś naturalnego, podobnie jak dziecko schowa się pod stół i wydaje mu się, że nikt go nie widzi – wtedy czuje się bezpieczne. Ponieważ mieliśmy piwnicę – takie 2×2 m – więc zaczęliśmy tam organizować miejsce do spania. Spędzaliśmy tam wszystkie alarmy. Kilka tygodni wcześniej mąż zaniósł tam wodę, ja – koszyk z podstawowymi produktami spożywczymi, które można było szybko przygotować – gdyby był prąd. Robiliśmy to bez wiary, że to może się przydać.

W podobnych boksach lub korytarzach spędzali tak noce inni sąsiedzi. Z czasem zaczęliśmy zauważać, że ich liczba stale się zmniejsza. Zauważyliśmy też, że jest coraz mniej samochodów na parkingu i coraz mniej ludzi na ulicy.

Jaka atmosfera panowała tam w piwnicy?

Nie dało się tam zasnąć, wszyscy rozmawiali. Były to dość głośne, burzliwe rozmowy. Ludzie emocjonalnie wymieniali między sobą informacje i starali się wypowiedzieć je, wychlupnąć z siebie strach i obawy. Tych rozmów było wiele, tak, że rodziny z dziećmi nawet prosiły o wyciszenie się. Niesamowite wrażenie robiły też zabawki, które teraz znajdowały się w piwnicy. Ludzie wyjeżdżali i zdarzało się, że gdy z mężem budziliśmy się, okazywało się, że jesteśmy tam sami. Sąsiedzi, rozumiejąc powagę sytuacji, zaczęli szukać dróg i możliwości wyjazdu, ucieczki z Kijowa.

Kiedy podjęliście decyzję, że też wyjeżdżacie?

Takiej decyzji w ogóle nie było. Zabrzmi to dziwnie, ale pewnego ranka przy śniadaniu miałam powiedzieć mężowi, że trzeba sporządzić testament. Nie mieliśmy samochodu i możliwości samodzielnego wyjazdu, a jazda pociągiem była ponad nasze siły. Okazało się, że mąż myśli o tym samym. Przy tym śniadaniu omawialiśmy tę sprawę, nie wiedząc, czy będziemy mieli do czego wracać.

Zdecydowaliśmy się zostać. Ale trafili nam się jacyś dobrzy ludzie, nawet do końca nie wiem kto to jest, zadzwonili do mnie i dali mi godzinę na zastanowienie się, spakowanie i wyjazd. Namawiano nas do wyjazdu. Podjechali po nas pod blok. Najbardziej dramatyczny był moment, gdy mąż zamykał drzwi mieszkania. W tej chwili uświadomiłam sobie, że nie jadę do Rzeszowa do rodziców na kilka dni, na święta, jak to bywało, a za tymi drzwiami pozostaje całe twoje życie. Nie chodzi tu o rzeczy materialne, ale o to miejsce, gdzie się mieszkało, budziło, gdzie są twoje rzeczy. Przeżegnałam drzwi z nadzieją szybkiego powrotu.

Potem jazda przez kolejne punkty: na prawym brzegu Dniepru, w Równem, w Łucku, gdzie było przygotowane dla nas ciepłe jedzenie, nocleg i transport dalej. Nie wiemy, kto to wszystko zorganizował – po prostu jechaliśmy do granicy. W tej podróży były chwile dramatyczne, bo po drodze od Kijowa do granicy były punkty kontrolne i posterunki wojskowe, gdzie wielokrotnie pokazywaliśmy nasze paszporty. Na zakończenie przez granicę szliśmy pieszo, a kierowca powiedział, że gdy będziemy w tych pomarańczowych namiotach – będziemy już w Polsce.

Przez granicę szliśmy tylko 3 godziny, co było bardzo szybko, bo inni stali po kilkanaście godzin na mrozie. Staliśmy w grupie różnych ludzi: matki z dziećmi, osoby starsze, ludzie ze zwierzętami domowymi, ludzie na wózkach inwalidzkich. Gdy oddano nam paszporty po stronie ukraińskiej, to bezwiednie zaczęliśmy biec przez most na Bugu. Zdałam sobie dopiero potem sprawę, że gonił nas jakiś niesamowity strach.

Po polskiej stronie wszystko przeszło sprawnie i szybko, a potem były te pomarańczowe namioty, gdzie było ciepłe jedzenie i niesamowita pomoc ze strony wolontariuszy i straży pożarnej. Pomagano, pytano o kierunek dalszej jazdy i samochody strażackie rozwoziły mniejsze grupy ludzi. My trafiliśmy do Chełma. Tu w miejskiej hali sportowej zobaczyłam prawdziwy exodus wojny – tysiące osób, dzieci, psy, koty. Ktoś już spał, ktoś inny czekał na dalszą jazdę. Na oczekiwane hasło kolejna grupa wstawała zabierała swoje bagaże i wychodziła.

Co odczułaś po polskiej stronie granicy?

Odczułam ulgę, gdy pani ze służby granicznej odezwała się do mnie po polsku. Odczułam, że koniec z pośpiechem, z biegiem, z ucieczką. Ale była to ulga tylko na chwilę, bo to pierwotne uczucie trwogi zamieniło się na inne – strach o zupełnie coś innego. Był to strach o bliskich, o znajomych, o ludzi, których znam od dziesiątków lat, którzy tam zostali. Poczułam się winna, że ktoś o mnie pamiętał i zabrał mnie z Kijowa, a inni tam zostali. Mam nadal uczucie braku bezpieczeństwa, bo nikt nie wie, co będzie dalej. Dzwonię do znajomych, piszę smsy i powiem, że codziennie sprawdzam swoją „listę obecności” moich znajomych – czy są w porządku.

Wszyscy, którzy opisują swoje przeżycia, mówią, że są dumni z postawy Polaków, że stanęli oni na wysokości zadania?

Tak jest to prawda. Żeby nie mówić ogólnie, powiem o przypadku, który miał miejsce, jeszcze po ukraińskiej stronie. Gdy wysiedliśmy z autobusu przed granicą, podbiegła do nas dziewczyna z kubkami herbaty. Była to niesamowita herbata o smaku mego dzieciństwa, o smaku domu rodziców – była to herbata z sokiem malinowym. Coś powiedziała i zorientowałam się, że nie jest Ukrainką. Zapytałam, czy nie jest przypadkiem Polką.

– Ależ tak, nazywam się Aurelia – odpowiedziała. – Mieszkam w Belgii, ale jak dowiedziałam się, że wybuchła wojna stwierdziłam, że moje miejsce jest tu.

Ona, ta Aurelia, mająca dobrą pracę w Belgii, mająca perspektywę wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, przyjechała jednak tu, dając przykład jacy są Polacy, przyjechała pomóc na Ukrainie. A ilu Polaków pomaga w kraju. Jest to doprawdy niesamowite, takie pospolite ruszenie z pomocą, z dobrocią, ze szczerością. Wszyscy gotowi są pomóc i pytają, w jaki sposób i nie odmawiają tej pomocy.

Dziękuję ci bardzo za tę rozmowę.

Dorota Jaworska od 1997 roku współpracuje z Dziennikiem Kijowskim, w latach 1997–2021 redaktor naczelny Krynicy, polskiego kwartalnika z Kijowa.

Rozmawiał Wojciech Jankowski

Tekst ukazał się w nr 5 (393), 15 – 30 marca 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X