Podwójne życie Ukraińców

Czy umowa z UE jest nam w ogóle potrzebna?

Już dawno zwróciłem uwagę, że sowieckie przyzwyczajenie by publicznie mówić jedno, a myśleć i robić zupełnie inaczej, demonstruje zadziwiającą siłę witalną. Minęło już 25 lat, od czasu gdy rozpadł się Związek Sowiecki, wyrosło nowe pokolenie, wydawać by się mogło, nowych, wolnych ludzi. A przyzwyczajenie – jedna prawda dla siebie, a druga dla innych – pozostało. Znana jest powszechnie siła wpływu na tradycyjne społeczeństwo tezy „a co powiedzą ludzie?”.

chociaż pojawiają się pojedynczy śmiałkowie, rzucający wyzwanie sowieckim tradycjonalistom i mający odwagę żyć własnym życiem, nie podlegając starym normom, jednak sytuacja nie wygląda pociągająco.

Nietradycyjna tradycja
Najważniejsze jest to, że nie zawsze się zastanawiamy, czego i przed kim bronimy? I czy ktoś w ogóle nastaje na ważne dla Ukraińców wartości? Wydawać by się mogło, że historia dwóch ostatnich dziesięcioleci wyraźnie świadczy: Ukraińcy zerwali z sowieckim totalitaryzmem i autorytarną przeszłością i wytrwale budują swój narodowo-państwowy projekt. Jednak, gdy sprawa dochodzi do tradycji, zaczynają się problemy. Sprawa w tym, że żadna ciągłość nie istnieje. Nie ciągnie się ona, np. od księcia Włodzimierza Wielkiego do czasów dzisiejszych. To raczej my, wychodząc z teraźniejszości przekładamy drogę w przeszłość nawlekając jedne za drugimi wydarzenia, fakty i osobistości, które my, odpowiednio do naszych współczesnych przekonań, obraliśmy sobie do naszej tradycji. W ten sposób tradycja jest modyfikacją przeszłości przyjętą przez współczesnych.

Tymczasem, na Ukrainie istniało kilka regionów historycznych, ludność których według własnego rozsądku budowała osobiste i wspólne mosty w przyszłość. Miały one różnych bohaterów (często antagonistycznych), ślubowali wierność różnym formacjom politycznym. Walczyli po różnych stronach barykady i w ogóle miały odmienne rodzinne doświadczenie historyczne. W jednych rodzinach przeważali ludzie religijni, w innych – ateiści. Ktoś walczył w Armii Czerwonej, ktoś walczył i ginął w UPA. Taka historyczna rodzinna polifonia nie jest unikalnie ukraińską. Można tu przytoczyć przykład Hiszpanii z jej długą drogą pojednania pamięci. Można też wspomnieć Niemcy, które po II wojnie światowej zmuszone były prowadzić politykę denazyfikacji, która ominęła komunistyczną NRD. Dlatego wszelkie prawo-radykalne i wrogie do uchodźców siły z takim sukcesem działają właśnie na wschodnich ziemiach dzisiejszych Niemiec.

To samo można powiedzieć o Austrii, która we właściwym czasie ogłosiła się pierwszą ofiarą niemieckiego nazizmu. Jeżeli być sprawiedliwym – było to bardzo wygodne stanowisko. Czy ofiara może zamienić się miejscem z katem? Może, z całą pewnością. Jeżeli spojrzymy na fotografie świątecznych tłumów na Heldenplatz we Wiedniu z okazji anszlusu Austrii w 1938 roku, można lekko się przekonać, że 200-tysięczny tłum nie da się zebrać na manifestacji pod przymusem. A i zaciętości austriackim narodowym socjalistom nie brakowało, raczej odwrotnie.

Wróćmy jednak na Ukrainę. Twórcy współczesnej narracji historycznej musieli się istotnie napracować po 1991 roku. Należało przedstawić Ukrainę jako ofiarę sowieckiej okupacji, ale jak tego dokonać, gdy większość obywateli niepodległej Ukrainy walczyła w szeregach Armii Czerwonej, a wśród licznych sowieckich „specjalistów”, którzy przybyli na tereny Zachodniej Ukrainy było wielu etnicznych Ukraińców? Jak można było ogłosić, że jedynymi walczącymi o samorządną Ukrainę byli OUN i UPA, pomijając walczących z nazizmem i faszyzmem? Zresztą, jak zmusić ludzi do uwierzenia w to, że OUN walczyła przeciwko „dwóm totalitaryzmom”, jeżeli sama opierała się na totalitarnej ideologii integralnego nacjonalizmu? Jeżeli z rozbijaniem sowieckiego totalitaryzmu żadnych problemów nie było, to z ukraińskim „ruchem narodowo-wyzwoleńczym” takie problemy były. I owszem, to trudno było tworzyć bohaterski mit UPA i jednocześnie go dekonstruować.

Jeszcze jednego czynnika nie sposób pominąć – rolę religijnej świadomości w społeczeństwie. W chwili, gdy sowieccy Ukraińcy przeszli nie tylko przez oficjalny ateizm, ale i przeżyli czasy „wojującego ateizmu”, wielu zachodnich Ukraińców nawet w okresie sowieckim starało się dotrzymywać codziennych praktyk religijnych. Te dwa kardynalnie różne środowiska należało w jakiś sposób połączyć. Najbardziej bezboleśnie dla obu stron można było tego dokonać na zasadach państwa sekularyzowanego. Jednak Ukraińcy poszli inna drogą. Odrodziwszy niepodległość państwową, zaczęli odradzać cerkwie. I robiono to bardzo tradycyjnymi metodami, pozwalając cerkwiom wtrącać się w pracę struktur państwowych i nawet przenikać do państwowej szkoły. Chociaż jest to osobny temat do rozmowy, trzeba powiedzieć mimo wszystko, że próby jednoczesnego kształtowania religijnego i naukowego światopoglądów uczniów nie dały rezultatu. Gdy dodać do tego jeszcze podziały międzykonfesyjne, ich tradycjonalizm i „kanoniczność”, to rzecz wygląda naprawdę smutno.

Otóż tak można byłoby w skrócie przedstawić kształtowanie ukraińskich „tradycyjnych” i „narodowych” wartości. Akcentuję na tym, że we współczesnym świecie za takie uniwersalne wartości uważane są takie, które nie są ograniczone ani religijnymi, ani rasowymi, ani narodowymi cechami. Za wartości uważane są te zasady, które harmonizują społeczeństwo – społeczeństwo, w którym panuje równość wszystkich obywateli i nie ma miejsca na dyskryminację.

Przyjrzyjmy się bliżej, o jakie ukraińskie wartości i tradycje ostatnio toczyła się walka.

Za prawo być złodziejem, nazistą i rasistą?
Niczym stary, skrzypiący wóz toczy się społeczeństwo ukraińskie w kierunku Europy. Zdarzają mu się przebłyski, jak np. rewolucja Pomarańczowa i rewolucja Godności, które bezsprzecznie są przedmiotem dumy współczesnych obywateli Ukrainy. Czy nie stał się świadectwem walki o europejskie wartości Euromajdan, na którym Ukraińcy nie tylko składali deklaracje, ale i umierali za nie? Walczyli i umierali, gdy Europa demonstrowała swoje tradycyjne „zaniepokojenie”. Więc w czym jest problem? Co się stało potem? Dlaczego my znów po raz kolejny jesteśmy niegotowi bez dodatkowych warunków i pretensji dołączyć do wspólnoty europejskiej?

Na Europę, jak i na tradycję, można spoglądać pod różnym kątem. Byli przecież na Euromajdanie i członkowie Swobody, których trudno nazwać eurooptymistami. Gotowi byli stanąć przeciwko rosyjskiemu imperializmowi i reżymowi Janukowycza, ale jednocześnie trzymali się zasad etnicznego nacjonalizmu, który nie tylko został odrzucony przez Europę, ale wręcz jest nie do zrealizowania na Ukrainie. Nawet rozumiejąc, że dla takich idei nie ma miejsca we współczesnej wspólnocie europejskiej, aktywiści Swobody głosili: idziemy do Europy, aby uratować ją od nadmiernego liberalizmu, przywrócić ją do życiodajnych źródeł narodowych. „Wspólnie z innymi nacjonalistycznymi partiami zmienimy Europę” – można było usłyszeć niejednokrotnie z ust Olega Tiahnyboka i Iryny Farion.

Jednak życie pokazało, że prawie wszyscy nacjonalistyczni eurosceptycy są płatnymi agentami Kremla, gotowymi za finanse z Rosji rozwalić nienawistną jej liberalną Unię Europejska. Taka retoryka właściwa była nie tylko Swobodzie, ale i rozsławionemu przez media rosyjskie Prawemu Sektorowi. Właśnie ta „gwardia rewolucji” wzięła się za obronę „tradycyjnych” i „religijnych” wartości Ukraińców. Jak gdyby próbowała zlustrować europejskie zdobycze rewolucji Godności.

Jeszcze jedna kategoria „tradycjonalistów” zasiada w Radzie Najwyższej. Czy to z braku wyksztalcenia, czy przez luki we własnym rozwoju, wielu nawet solidnych polityków stara się sprowadzić prawa człowieka jedynie do tematu praw mniejszości seksualnych. Można jeszcze zrozumieć tu Rosjan, gdzie wszystkie media, bez wyjątku, straszą tam społeczeństwo „gejropą”, stosunkami jednopłciowymi, genderem i innymi tego rodzaju strachami. Ale Rosjanie nie idą do Europy i nie mają nawet zamiaru układać z nią stowarzyszenia. Jest im bardziej komfortowo i przyjemniej żyć w takim stanie, gdy nie potrzeba dbać o prawa i równość swoich obywateli.

Równe prawa wszystkich obywateli bez wyjątku, niezależnie od ich narodowego i rasowego pochodzenia, a również niezależne od ich religijnych i politycznych przekonań, są gwarantem stabilnego i pomyślnego społeczeństwa. Społeczeństwa chronionego i bez dyskryminacji. Społeczeństwa, gdzie profesor-historyk nie grozi mniejszościom narodowym, aby te „znały swoje miejsce”, bo inaczej tysiącletni „autochtoni” im niedelikatnie o tym przypomną. Wspólnoty, gdzie radykałowie nie grożą gejom, żeby ci, jeżeli chcą pozostać nieuszkodzeni, nawet nie śmieli swoją obecnością prowokować agresji „prawdziwych ukraińskich patriotów”.

Dlaczego głosicielom nienawiści, z mediów, ani kibolom, ani radykałom z ugrupowań parlamentarnych do głowy nie przyjdzie, że poziom dobrobytu w społeczeństwie uzależniony jest od równości wszystkich obywateli i precyzyjnego dotrzymania warunków nietykalności podstawowych wartości. Chcieć żyć w europejskim dobrobycie, korzystać ze wszystkich jego przywilejów, ale jednocześnie wymagać za sobą prawa dyskryminacji „innych”, bo „takie są nasze tradycje i wartości” – to droga donikąd. Dlatego i depczemy na miejscu bez końca.

Składa się wrażenie, że to nie my mamy ustawowo harmonizować swoje stosunki w swoim społeczeństwie, dla naszego dobra, a nienawistna Europa przyjmuje coraz to nowe warunki dla patriotycznych i pobożnych Ukraińców. Trudno nawet wyobrazić sobie, jak rozwijały by się wydarzenia, gdyby okazalibyśmy się samowystarczalnymi i moglibyśmy nie zważać na zdanie Zachodu. Co by się stało, gdyby nie było ryzyka, że Europa nie skasuje wiz dla Ukraińców, jeżeli Rada Najwyższa nie zmieni kilku korupcyjnych zapisów w ustawach o deklaracji elektronicznej majątków ukraińskich urzędników i ich rodzin? Przykre, że deputowanym nie zależy na pokonaniu korupcji – martwiło ich jedynie to, że utracą wyborców, jeżeli Europa nie skasuje wiz. Składa się wrażenie, że walka z korupcją na Ukrainie potrzebna jest nie Ukraińcom, a Europejczykom, że odciągając termin skasowania wiz Europa stawia nam dodatkowe zawyżone wymagania, i chce pozbawić nas jakichś nieprawdopodobnych wartości.

Ten sam „wizowy” argument brzmiał i wtedy, gdy mowa była o przyjęciu przez Radę Najwyższą tzw. ustaw tolerancyjnych. Znów złożyło się wrażenie, że to nie Ukraińcom trzeba zaprowadzić porządek w swoim społeczeństwie i nie dopuszczać dyskryminacji dowolnych mniejszości, a to „zboczeni” Europejczycy chcą nas rozpuścić dla własnej przyjemności. Otóż pojawia się pytanie: co różni nas od adeptów „Russkiego Miru”, szczególnej prawosławnej cywilizacji i neonazistów Putina?

Spoglądamy na zamysł przeprowadzenia we Lwowie festiwalu równości, i nie widzimy w tym próby rozpoczęcia dialogu w społeczeństwie, a jedynie propagandę i zmowę wrogich sił, które chciały zaszkodzić Ukrainie w przededniu holenderskiego referendum. Tu w szczególny sposób chcę się zapytać: czy nie prościej postawić radykałów na miejsce? Czy może jest to narodowa tradycja ukraińska – rzucać kamieniami w „innych”?

Dziwne, że nawet zreformowana policja nie wykonała swoich funkcjonalnych obowiązków. Być może policjanci – to też zwolennicy „tradycyjnych” wartości i dlatego tak długo chowali się pomiędzy wykonaniem swoich obowiązków i tradycyjnymi sympatiami dla pogromców. Ale od nich wymagane jest jedynie dokładne i bezwarunkowe wykonanie swoich obowiązków: gwarantowanie bezpieczeństwa uczestnikom wydarzenia i ukarania tych, kto starał się temu przeszkodzić poprzez zastosowanie siły nad innymi obywatelami Ukrainy. Tymczasem, członkowie holenderskiej wspólnoty homoseksualnej okazali się mądrzejsi od wielu ukraińskich zwolenników teorii spiskowych – po wydarzeniach we Lwowie nawoływali obywateli Holandii przegłosować za umową stowarzyszeniową z Ukrainą.

Znowuż, analizując ostatnie wydarzenia i wywierany „nacisk” Europy, nie opuszcza mnie myśl, że być może nasze społeczeństwo naprawdę nie jest gotowe do życia w jedynej europejskiej rodzinie, dlatego, że pozwala skorumpowanym deputowanym i prawemu marginesowi demonstrować, że nasze „tradycyjne” wartości mają dominować nad ogólnoludzkimi, czyli tymi, na które opiera się społeczeństwo zjednoczonej Europy? W takim razie może nam umowa z Europą nie jest potrzebna? Jeżeli naszą „tradycyjną” wartością jest przyjęte przez pewną grupę prawo bicia „innych” lub zmuszanie ich do tego by siedzieć cicho i nawet się nie przypominać, to może w ogóle nie trzeba bronić się przed Rosją, a złączyć się w paroksyzmie „Russkiego Miru”, który opiera się na tych samych zasadach?

O żadnych gejach nie ma tu mowy. Jest to wyłącznie kwestia wyboru cywilizacyjnego.

Wasyl Rasewycz
Tekst ukazał się w nr 7 (251) 15–28 kwietnia 2016

X