Podróż na Krym. Część V i ostatnia

Podróż na Krym. Część V i ostatnia Fot. Wojciech Jankowski

Przez Moskwę do domu.

W pociągu z Moskwy do Kijowa poznałem ludzi, którzy w pełni zasługiwali na określenie „homo sovieticus”. Pracowali w Moskwie. Byli zapatrzeni w Rosję, nie lubili Ukrainy. Nagle jeden z nich wzniósł toast „chaj żywe!”. Wydawało się, że jednak nie jest tak zsowietyzowany…

Bachczysaraj
Nie mogłem przed wyjazdem nie odwiedzić stolicy chanów krymskich. Przed „referendum” to było jedno z dwóch miejsc, gdzie na czele władz miejscowych stał Tatar. Wiedziałem, że nie pełni już swojej poprzedniej funkcji. Pierwsze wrażenie w Bachczysaraju było takie, że nic się nie zmieniło. Jeden z taksówkarzy miał w samochodzie flagę tatarską. Na dworcu widziałem również dziewczynę ubraną w barwy błękitno-żółte: żółte spodnie i błękitną bluzę z żółtą, a właściwie złotą, tamgą. Dziewczyna w pierwszej chwili nie zgodziła się na fotografowanie. Pomyślałem, że boi się ewentualnych kłopotów za manifestowanie przynależności tatarskiej. Okazało się, że powód był bardziej prozaiczny i bardzo kobiecy: „Ja nie oczień fotogieniczieskaja”.

Udałem się pod pałac chanów tatarskich. Stargany z pamiątkami zwykle były oblegane przez turystów. Tymczasem stoją niemal bez klientów. Pracujące tu kobiety miały znudzone miny. Postanowiłem kupić pocztówki. Szukam, wertuję, wybór jest mizerny. Pocztówki były stare i poniszczone. Sprzedawczyni oczywiście pyta skąd jestem:

– Kiedyś tu było mnóstwo turystów z Polski, Niemiec, Francji… a teraz się porobiło – zareagowała na hasło Polska.

– Porobiło się… a kto porobił? – spytałem.

– Eeee, wszyscy zgłupieli, wszystkim w głowach się pomieszało. Było pełno Polaków tu a teraz jeden Polak na dwa lata!

Fot. Wojciech Jankowski

Jedyne słowo jakie znam po krymskotatarsku to „musafir”. Słowo tureckie, które możemy znaleźć w językach Bałkanów czy Kaukazu. Taką nazwę ma restauracja, którą pamiętałem z poprzednich pobytów. Zdębiałem. Mojej ulubionej restauracji już nie było. Czy została zamknięta niezależnie od sytuacji politycznej… trudno uwierzyć. Później dowiedziałem się, że tatarski lokal nie został zamknięty bez nacisku nowych władz… Tam spotykali się miejscowi Tatarzy. Nie jest to jedyny lokal zamknięty w nowych warunkach. Powyżej pensjonat prowadziła siostra Mustafy Dżemilowa. Pensjonat został zamknięty – też, jak się dowiedziałem, z powodów politycznych. Tu spotykała się śmietanka tatarska Bachczysaraju. Pamiętałem, że w mieście była reklama hotelu z napisem po polsku „pokoje”. Współwłaścicielem był Polak. Nigdy go nie poznałem, ale moi znajomi mieszkali w tym hotelu i polecali go. Szukałem bezskutecznie reklamy w centrum miasta. Dowiedziałem się już po powrocie do Polski, że Polak wycofał się z interesu i wyjechał z Krymu.

Nie dotarłem do restauracji „Musafir”, ale dotarłem do innej, też tatarskiej. Trzeba przyznać, że w środku nie widać kryzysu sektora turystycznego na Krymie. Kelnerzy biegają po restauracji jak w ukropie. Jesteśmy w jednej z największych atrakcji turystycznych Krymu. Jacyś turyści jednak tu docierają.

Twardo rozmawiam z obsługą po ukraińsku. Obsługiwała mnie błękitnooka blondynka o słowiańskiej urodzie, jakby wczoraj przyjechała z Mińska. Nie od dziś wiem, że Tatarzy Krymscy są reprezentowani przez różne typy antropologiczne, oczywiście tysiąc razy mówiono mi o Gotach, ale tym razem przysiągłbym, że to Rosjanka. Przyjrzałem się plakietce z imieniem: pudło! To Tatarka. Dziewczyna jest bardzo miła. Pyta czy jestem z Ukrainy. Uśmiecha się promieniście, za chwilę przynosi magnes na lodówkę – reklamę restauracji.

Nie jestem jeszcze pewien czy chcę na noc wracać do Symferopola. Cały czas próbuję znaleźć hotel nieszczęsnego Polaka (jeszcze nie wiem, że już go tu nie ma) i zagaduję młodzież oczekującą na przystanku. Wydaje mi się, że są Tatarami. Do Tatarów zazwyczaj zwracam się po ukraińsku…

Fot. Wojciech Jankowski

Powiedziałem zdanie. Nie zrozumieli. Próbuję więc przejść na rosyjski: „Może pan mówić po ukraińsku ale trochę wolniej”. Na szczęście nie muszę kaleczyć mowy Puszkina. Rozmawiamy po ukraińsku. Podjechał autobus. Muszę szybko podjąć decyzję: wracam do Symferopola czy zostaję. Wsiadłem. Przechodzę obok chłopaka, którego uznałem za Tatara i widzę wpiętą w jego plecak wstążkę georgiewską (św. Jerzego)… Później opowiadano mi, że w szkołach te wstążki są obowiązkowe…

Sewastopol
Pod koniec wyjazdu postanowiłem wybrać się do Sewastopola. Nie spodziewałem się tu przeprowadzić szczególnych rozmów. Tę część Krymu już wcześniej traktowałem trochę jak Rosję. Tym bardziej po aneksji byłem tak nastawiony. Pierwszym zdziwieniem było to, że kupując w Symferopolu bilet do Sewastopola, po raz pierwszy od przeprawy promowej, musiałem pokazać paszport. Pani w okienku wyjęła telefon i sfotografowała nim mój dokument. Kontrolują zatem ruch obcokrajowców do Sewastopola.

Do tej pory czasami starałem się chociaż trochę mówić po ukraińsku. W Sewastopolu nie próbowałem. Znalazłem tam jednak jeden ukraiński akcent, na siedzeniu autobusu ktoś wyskrobał napis „Sława Ukrajini”. Nabrzeża portowe, które były zazwyczaj największą atrakcją dla turystów, zieją pustkami. Sprzedawcy pamiątek mają znudzone miny. Na straganach można dostrzec wiele gadżetów rosyjsko-krymskich. Patriotyczne, chwalące Putina i przyłączenie półwyspu do Rosji. Jeden stragan był wypełniony koszulkami z podobizną Władimira Władimirowicza. Jedno z haseł zasługiwało na szczególną uwagę: „In Putin we trust”. Magnesy na lodówkę miały podobną wymowę, na przykład taki: judoka Putin przerzuca na podłogę również ubranego w kimono Obamę. Wszystko polane sosem „Rosja swoich nie porzuca!”. Lecz nie ma już komu kupować gadżety patriotyczne…

Powrót
Podróż na Krym przez terytorium Rosji zabrała zbyt dużo czasu, by móc wracać tą samą drogą. Czas mijał i zbliżał się dzień wygaśnięcia mojej wizy. Jedynym sensownym wariantem był lot do Moskwy. Na dworcu w Symferopolu kupiłem bilet do Moskwy. Kasy kolejowe ziały pustką, poza mną w gmachu były może cztery, pięć osób. Zacząłem rozmowę po ukraińsku. Panie w kasie były uprzejme, odpowiadały po rosyjsku. Wreszcie zostałem poproszony o pokazanie paszportu. Ciekawość, kim jestem, była wypisana na twarzy kobiety. Wzięła dokument, otworzyła, zobaczyła napis Rzeczpospolita Polska, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się do mnie tak ciepło, że czuję to ciepło do dziś.

Lot nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, może poza tym, że pasażerem samolotu był również Aksjonow. Czarny charakter najnowszej historii Krymu, który w nagrodę za lojalność stanął na czele władz Krymu. Poparcie, które posiadał przed „referendum” wyrażało się cyfrą zaledwie czterech procent. Został wprowadzony do samolotu przed samym odlotem i wyprowadzony przez ochronę w pierwszej kolejności.

Fot. Wojciech Jankowski

W Moskwie miałem parę godzin, by zobaczyć Kreml. Po zapoznaniu się z metrem w Kijowie, myślałem, że już żadne nie będzie mi straszne, ale jednak ogrom moskiewskiego metra mnie przeraził. Przy bramkach do metra, podeszła do mnie młoda kobieta, uśmiechnęła się i poprosiła, żebym pomógł jej wejść, bo nie ma karty. Nie byłem w stanie jej pomóc, gdyż wchodziłem na jednorazowy bilet. Poprosiła o pomoc kogoś innego. Weszła do środka. Po drugiej stronie, zapytałem ją, jak mam jechać na Kreml. Nie była już miła i uśmiechnięta i zbyła mnie niekonkretną odpowiedzią. Prosiłem o pomoc innych i byłem tak samo zbywany. Poświęcali mi swoją uwagę na 45 sekund. Starczało na jedno pytanie, gdy chciałem zadać drugie, wzruszali ramionami i szli dalej. Dużo słyszałem o nieuprzejmości mieszkańców Moskwy, ale rozmowa na dworcu kolejowym na prośbę o pomoc była doprawdy nieprzeciętna. Szukałem przechowalni bagażu. Znalazłem kiosk obsługujący schowki na bagaże ale w środku nie było nikogo. Zapytałem więc pani za ladą w barze dworcowym, czy nie znajduje się tu druga przechowalnia. Kobieta wskazała pusty kiosk. Odpowiedziałem, że jest pusty.

– Ja ich nie śledzę – padła odpowiedź.

– Nie ma tu drugiej przechowalni?

Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem i pokazała kartkę „sprzedawca wskazówek nie daje”. Potem okazało się, że w drugiej części dworca stał kiosk, w którym mogłem opłacić skrytkę na bagaż.

Na dworzec wbiegłem pięć minut przed odjazdem pociągu. Nie wiem czemu prawie zawsze jest tak samo. Wpadam na dworzec tuż przed odjazdem, ale tym razem, gdy zorientowałem się ile mam do przebiegnięcia, byłem pewien, że nie zdążę. Biegłem, czułem jak plecak z każdym krokiem staje się coraz cięższy, brakowało mi tlenu, nie czułem jak moje stopy uderzały o płytę peronu i wiedziałem, że tym razem nie mam szans… Oczami wyobraźni widziałem, jak w następnym pociągu tłumaczę się na granicy, czemu wyjeżdżam z Rosji po wygaśnięciu wizy. Biiieeegggnnnęęę. Dobiegam do pociągu, wyciągnęły się w moją stronę kobiece ręce. „Pojechaliśmy! Wskakuj!”. Konduktorka była przerażona moim widokiem do tego stopnia, że nie pozwoliła mi stać przy drzwiach, bała się, że zasłabnę i wypadnę.

– I po co tak biec? Nie szkoda serca? Żonę masz? Może tam twoja przyszła żona na ciebie czeka? Odpocznij, dam ci wody – ilość dobroci, która spłynęła na mnie od tej Rosjanki była nieprawdopodobna. Podziękowałem i rozpocząłem podróż przez chyba siedem przedziałów. Doszedłem do mojego przedziału, jak sądziłem ukraińskiego i powiedziałem:

– Dobryj weczir!

– Oooo! – odpowiedział konduktor – Grażdanin Ukrainy!

– Niet – odpowiedziałem.

– Paliak? – szybko się zorientował. Poprosił o bilet i paszport. Nigdy widok mojego paszportu nie wywołał takiej reakcji – Nastojaszczij?

Po raz pierwszy ktoś zakwestionował autentyczność mojego paszportu. Reszta podróży przebiegła w sposób typowy dla wagonów typu „płackartnyj”. Koledzy obok biesiadowali. Wracali z pracy w Moskwie. Mężczyzna z Sum nienawidził władze ukraińskie: „Gdyby na Ukrainie było dobrze, to ja bym pracował w Moskwie?”. Dwóch pozostałych to Białorusin i mieszkaniec Odessy. Znowu mam wrażenie, że żyję w innym świecie. Nie rozmawiają o wojnie. Są zachwyceni i zapatrzeni w Rosję. Z rozmów wynika, że są reprezentantami niewymierającego ciągle gatunku homo sovieticus. Czas mija, wódka się leje… nagle toast wprawia mnie w zdumienie:

– Chaj żywe! – (Jednak nie do końca homo sovieticus – pomyślałem…)… – Radianśka Ukrajina!!!

Wszystko wróciło do normy. Nad ranem obudziły mnie głośne rozmowy. Rozejrzałem się dookoła…

– Boisz się Ruskich? Nie bój się – śmieje się mieszkaniec Odessy.

Przeszli pogranicznicy, wbili pieczątki do paszportów i zniknęli… Rozmowa z Ukraińcami była zupełnie inna. Pytania, oglądanie bagaży, nieprzyjemna atmosfera. Już po raz drugi okazało się, że kontakty z pogranicznikami ukraińskimi są gorsze od rosyjskich. Mordor nie był taki straszny, ale zastanawiały mnie grupki na stacjach kolejowych sprzedające produkty z lokalnych zakładów: lalki, zabawki sprzedawane za bezcen, za grosze. Wrażenia z pierwszych godzin pobytu w Rosji, kiedy Rosja jawiła się rajem na ziemi, nie oddawały jednak prawdy o tym kraju.

Podróż pociągiem na terenie byłego ZSRS obfituje w przygody coraz rzadziej doświadczane w Polsce. „Typ kaukaski” namawiał pasażerów do gry w karty na pieniądze i znajdował chętnych. Białorusin wyjął pieniądze kolegi z Odessy i przegrał je. Było mi żal tego z Odessy, dopóki ten nie wziął na stacji wędzoną rybę, nie zapłacił sprzedawcy i zniknął w wagonie. W naturze panuje równowaga.

Po pół dobie od wyjazdu z Moskwy byłem w Kijowie. Przed powrotem do domu marzył mi się jeszcze spacer po Majdanie i Chreszczatyku.

Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 17 (237) 15-28 września 2015

X