Podróż do Czarnobyla. Część druga i ostatnia. Fot. Dmytro Antoniuk

Podróż do Czarnobyla. Część druga i ostatnia.

Dla niektórych 10-kilometrowa Strefa Wykluczenia wokół Czarnobylskiej AES kojarzy się z czymś strasznym, czymś z nocnych koszmarów, a dla innych – z terenami opisywanymi przez braci Strugackich w „Pikniku na skraju drogi”, lub ujęciami z filmu Andrzeja Tarkowskiego „Stalker”.

Jednak dla wszystkich jest to coś poruszającego, niepowtarzalnego – coś, co nie pozostawia przez moment być obojętnym.

Szczegółem, który od razu wpada w oko, są nadzwyczaj szerokie drogi. Szerokie i absolutnie puste. Nasz przewodnik jednak uprzedza: „Bądźcie uważni. Drogówka tu ma tylko jeden radiowóz, więc inspektorzy ganiają z wielką prędkością, zdarzają się nawet wypadki”. A więc, pustkowie jest tylko mitem. Większa szerokość dróg tłumaczy się tym, że podczas powszechnej likwidacji skutków awarii drogi rozbudowywano tak, aby mogły jeździć po nich specjalne pojazdy, wykorzystywane do zdejmowania skażonej powierzchni gruntu. Takie monstra zajmowały całą szerokość jezdni. Na ogół wtedy dosłownie „na miejscu” inżynierowie wymyślali nowe rodzaje robotów, które mogły by pracować w warunkach olbrzymiego napromieniowania. A poziom skażenia był tak wysoki, że urządzenia stale się psuły. Część z nich stoi na specjalnym placu obok jednostki straży pożarnej w Czarnobylu. Brały one bezpośredni udział w likwidacji i mimo upływu lat nadal się „świecą”. Podchodzenie do nich blisko jest zabronione.

Tymczasem oddalamy się kilka kilometrów od posterunku „Lelów” i skręcamy na wąską betonową drogę pośród lasu. Na jej początku – przystanek autobusowy z mozaiką w postaci olimpijskiego niedźwiadka z 1980 roku i zniszczonym napisem „Obóz pionierski”. Tak naprawdę, jest to przykrywka z czasów sowieckich – 8 km stad, pośród głuchego lasu znajduje się niegdyś najbardziej strzeżony obiekt o nazwie „Duga-1”. Jest to kompleks gigantycznego radaru, wykorzystywanego do śledzenia rakiet balistycznych startujących z amerykańskiego kontynentu. W drodze do niego zatrzymujemy się – kierowca zobaczył w lesie łanię. Pokazuje nam. Zwierzę stoi spokojnie i patrzy na nas, nie ucieka nawet gdy ruszamy w dalszą drogę. Dojeżdżamy pod sowiecki kompleks wojskowy. Na bramie widoczne są jeszcze gwiazdy i napis: „Stój! Strzelamy!”. Przed awarią było tu całe miasteczko wojskowe o nazwie Czarnobyl-2, gdzie wojskowi mieszkali wraz z rodzinami. Były tu przedszkole i szkoła. Na zabudowaniach widoczne są resztki haseł propagandowych, nawołujących żołnierzy Armii Czerwonej do czujności.

Sam radar jest monstrualną konstrukcją o wysokości 150 m i długości 500 m. Tuż obok niego podobna, ale mniejsza konstrukcja. Wojskowi do ostatniego starali się uratować obiekt – kilkakrotnie rzetelnie go myli, czyścili, drapali. Na próżno – poziom skażenia nie pozwolił na dalsze jego wykorzystanie. Ciekawe, że to właśnie stąd o mały włos nie wybuchła III wojna światowa. Oficer na monitorze zauważył start z terenów USA jakiegoś obiektu, przypominającego rakietę. Oficer wahał się przez chwilę, ale jednak dojrzał, że są to jedynie zakłócenia, a był już gotów nacisnąć przycisk „Alarm”.

Do niedawna stale łazili tu przewodnicy z „dzikimi” turystami. Wyprowadzano ich na sam szczyt konstrukcji, skąd jest wspaniały widok na Prypeć i elektrownię. Dopóki istniało miasto, z górnych pięter jego zabudowań Duga-1 była wspaniale widoczna. Jednak mieszkańcy, a większość ich stanowili komsomolcy, woleli na ten temat nie rozmawiać. Wiedzieli, że nie ma tam żadnego „obozu pionierskiego”, ale „jeżeli partia zdecydowała – tak musi być!”. Oficjalnie radar został otwarty dla turystów w 2013 roku i wtedy pojawiła się tu ochrona z psami. Tym nie mniej, „stalkerzy” do dziś nadał łażą po konstrukcji. Tylko że robią to w bezksiężycowe noce lub przed świtem. Nasz przewodnik na swoim smartfonie pokazuje zdjęcia z najwyższego punktu sowieckiego monstrum.

Jeszcze kilka kilometrów w kierunku elektrowni i robimy przystanek przy pierwszym „gorącym punkcie”: to starta z powierzchni ziemi wioska Kopacze. Z wielkiej kiedyś osady pozostał jedynie całkowicie zarośnięty budynek przedszkola. Przy parkingu rośnie dąb, wokół którego w promieniu 1 metra przyrządy nie są w stanie nawet wymierzyć promieniowania. Pozostał chyba kawałek niezdezaktywowanej powierzchni. Wchodzimy do zabudowań. Jest tu przeraźliwie. Ma się wrażenie, że dzieci jeszcze wczoraj bawiły się tu i porozrzucały zabawki, elementarze. Na piętrowych łóżkach leżą materace, poduszki… przypomina to jakiś horror. Jest to chyba najbardziej emocjonujący element wycieczki.

Fot. Dmytro Antoniuk

Jedziemy dalej. Za zakrętem otwiera się widok na potężną konstrukcję – nowy sarkofag. Ma on hermetycznie zakryć szczątki 4 bloku energetycznego elektrowni w Czarnobylu pod koniec 2016 roku. Przetarg na jego konstrukcję wygrała francuska firma „Novarka”, ale na obiekcie pracują specjaliści z Ukrainy, Polski, Turcji i innych państw. Pracują dokładnie po godzinach. Nikt, oprócz ochrony, nie pozostaje na noc w 10-kilometrowej strefie. Przed budynkiem administracji zatrzymujemy się, aby nakarmić olbrzymie trzymetrowe sumy, pływające w dawnym stawie urządzonym dla chłodzenia reaktorów. Pod mostkiem pływa tych sumów z dziesięć, a obok inna półmetrowa „drobnica”. Sumy jedzą tylko biały chleb i to bez chęci – są przekarmione. Ryby rosną i bywa, że dożywają lat 70. Naturalnie, nikt ich tu nie wyławia.

Objeżdżamy cztery bloki energetyczne z drugiej strony i zatrzymujemy się na specjalnym parkingu. Przed nami w odległości 700-800 m stary sarkofag 4 bloku. Budowany był w skrajnym pośpiechu, bo ważne było izolowanie promieniowania z wnętrza reaktora. Do dziś jest to konstrukcja niestabilna i istnieje zagrożenie wydobycia się promieniowania na zewnątrz, gdyby jakiś z jego elementów się zapadł. Dlatego tworzony jest nowy sarkofag. Jest tu najwyższy poziom skażenia, więc turyści nie zatrzymują się tu na dłużej niż 5 minut.

W odległości może kilometra stąd jest miejsce, gdzie stał tzw. „rudy las”. Te drzewa przyjęły na siebie drugie – zachodnie – skażenie. Praktycznie natychmiast sosny obumarły i stały się rude. Sowieccy żołnierze jeszcze w latach 80. ścinali te drzewa i zakopywali je na miejscu. Poziom skażenia do dziś jest tu bardzo wysoki.

Za mostem już mamy Prypiat’. Za szlabanem trudno zorientować się, że jedziemy niegdyś główna arterią miasta – prospektem Lenina. Po bokach drogi i na niej samej tak wielka ilość drzew, że za nimi praktycznie nie widać wielopiętrowych bloków. Przyroda szybko pochłania Prypiat’ (Prypeć). Na głównym placu zostawiamy autobus i dalej idziemy na piechotę. Idziemy do wizytówki miasta – diabelskiego młyna. Jest to część parku wypoczynku z licznymi karuzelami i innymi atrakcjami. Miał zostać uroczyście otwarty 1 maja 1986 roku. Nie zdążyli. Teraz ten skrawek odtwarzany jest w grach komputerowych, m.in. w „Call Of Duty”, a niektórzy Amerykanie przyjeżdżają tu specjalnie, aby zobaczyć to wszystko w realu. Gdy dochodzimy do stadionu, przewodnik opowiada, jak podczas EURO-2012 przyjechało tu kilka autobusów podchmielonych angielskich kibiców jedynie po to, aby sfotografować się na tle wpół zgniłych trybun. Celebryci też tu czasami przyjeżdżają. Byli tu m.in. prowadzący kultowe show „Top-Gear”. Jednak dla mnie to miejsce wcale nie kojarzy się z rozrywką. Chodzisz po tych zarośniętych ulicach, jak po cmentarzu. Ponieważ nasza grupa jest niewielka, wchodzimy (choć jest to zakazane) na dach jednego z 16-piętrowych bloków. Po drodze widzimy opuszczone mieszkania, rozgrabione jeszcze w latach 90. Czasami jeszcze gdzieś leżą części ubrań, zabawki, książki, meble – ułamki czyjegoś życia. Bardzo to wszystko smutne…

Na koniec odwiedzamy basen, szkołę i wracamy. Na posterunku „Lelów” wszyscy przechodzimy kontrolę radiacyjną na specjalnych ramach. Jeżeli odzież ma się skażoną – trzeba umyć się w specjalnym roztworze. To samo dotyczy naszego transportu. Na szczęście, wszyscy jesteśmy „czyści”.

W Czarnobylu zajeżdżamy do zbudowanego niedawno hotelu z kawiarnią. Są tu wszystkie udogodnienia, z Wi-Fi włącznie. Czasami turyści przyjeżdżają tu na dłużej, więc takie miejsce jest konieczne. Wszelkie zaopatrzenie, naturalnie, przywożone jest z daleka. O zdrowie można być spokojnym – o ile można być o nie spokojnym po wizycie w Strefie Wykluczenia wokół Czarnobyla.

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 22 (242) 30 listopada – 17 grudnia 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X