Podobno nie ma przypadków

Podobno nie ma przypadków

O artyście, tworzeniu i sztuce tłumaczenia – z Krystyną Lenkowską rozmawia Wołodymyr Harmatiuk.

Spotkałem Krystynę Lenkowską kilka lat temu, kiedy w składzie delegacji polskich pisarzy przebywała w Iwano-Frankiwsku. Podarowała mi swoją książkę „Pochodnio, różo”. W zasadzie nie mieliśmy potem kontaktów pocztowych, aż do czasu kiedy podjąłem się tłumaczenia poezji polskiej poetki Haliny Poświatowskiej. Wiedziałem, że Krystyna Lenkowska ma niemałe doświadczenie translatorskie i że jej rady będą dla mnie cenne. Teraz pomaga mi w odczytywaniu pewnych niuansów, których jako człowiek z obcojęzycznego środowiska i innej mentalności nie mogę uchwycić. W trakcie naszej korespondencji dowiedziałem się, że Lenkowska pracuje nad tłumaczeniami Emily Dickinson. Przedstawiam czytelnikom KG wywiad z poetką. Może nieco spontaniczny, ale frapujący.

Kilka lat temu była Pani w Iwano-Frankiwsku w składzie delegacji pisarzy z Krakowa. Od tamtej pory Ukraina znów oddaliła się od Europy. Choć jesteśmy sąsiadami, wciąż dzieli nas rzeczywista i karkołomna granica międzypaństwowa. Czy ma Pani uczucie, że jesteśmy blisko czy daleko?
Zostałam zaproszona do udziału w tourne literackim po Ukrainie, wraz z grupą innych poetów zrzeszonych w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Między innymi odwiedziliśmy Lwów, Drohobycz. W Iwano-Frankiwsku gościliśmy w Związku Literatów oraz na uniwersytecie.

Rzeczywiście dotkliwe jest przekraczanie granicy polsko-ukraińskiej. Doświadczyłam tego kilka razy. Zarówno celnicy polscy, jak i ukraińscy muszą mieć jakieś odgórne surrealne (bo czemu to służy?) przepisy, żeby „dręczyć” turystów na granicach. W moim wierszu, który miał już swoje publikacje książkowe i radiowe, pod tytułem „Ukraina Ukraina” jest taki fragment:

Za stepem miasto Chmielnicki
Granica
Krakowiec
w alfabecie łacińskim zapisana
karta kolejka
kolejka do myta nie-do-myta kolejka
do historii do małej białej karteczki
po małą białą karteczkę po takij
biełyj
kartok po dziurki w nosie
po horyzont konwoje
karawany stepowe
exodus do manny do mekki
do medyny w każdą stronę
deszcz

Uważam, że w sensie poczucia czasu, cywilizacyjnie, Ukraina i Polska oddalają się nie tylko od siebie, ale od świata, a może nawet od historii. Tak jakby nasze historie biegły wstecz, ale w przeciwnych kierunkach (zmieniając parametry czasoprzestrzeni) i żaden z nich nie był kierunkiem w przyszłość.

W Polsce swoiste uwstecznienie, widoczne na razie na poziomie debaty politycznej, mało koncyliacyjnej, dotyczy statystycznie (i geograficznie) jakby tylko (aż?) połowy kraju. Nadzieja w drugiej połowie? Której? Mam nadzieję, że nie w tej z nutką nacjonalistyczną. A może nadzieja w ucywilizowaniu dyskursu między opozycją a rządem?

Ukraina pod względem demokratycznej debaty nie wygląda lepiej, bo tam demokratycznej debaty, z naszej, polskiej, perspektywy, nawet nie widać. Chciałabym się mylić.

Spotkał mnie kiedyś (nie wiem czy aby zasłużony) zaszczyt partnerowania w dyskusji radiowej na żywo, z udziałem publiczności, wybitnemu ukraińskiemu filozofowi profesorowi Myrosławowi Popowyczowi z Kijowa. W ramach Spotkań Europejskich i Transatlantyckich, zainicjowanych i współorganizowanych przez Konsulat Generalny USA w Krakowie, które były próbą konfrontacji poglądów na wybrane tematy polskich i ukraińskich intelektualistów – ludzi nauki i kultury, wtedy w roku 2007 rozmawialiśmy o „Poszukiwaniu Autorytetów”. Dopiero teraz zaczynam rozumieć dogłębniej gorzkość przewidywań filozofa i nasz polski naiwny sentyment do Rewolucji Pomarańczowej, wiarę, że demokracja na Ukrainie jest tuż tuż. Prywatnie myślę, że mimo ograniczeń wokół, jako ludzie, Ukraińcy i Polacy, jesteśmy znów bliżej siebie (jak sprzed stalinowskich czasów). Mówię to na przykładzie moich własnych relacji oraz relacji moich przyjaciół i znajomych. Wiele zawdzięczamy internetowi, o czym świadczy choćby ten wywiad. Internet nie musi stać w kolejce, on biegnie przestrzenią ponad granicami.

Mówi się, że kultura jest ponad granicami i ponad polityką, chociaż tak chyba nie jest. Na przykład artyści ukraińscy uważają, że instytucje państwowe Ukrainy niezbyt chętnie wspierają projekty kulturalne. Na przykład projekt polskiego zespołu Karbido i ukraińskiego pisarza Andruchowycza wspierany jest przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, natomiast nie wsparło go Ministerstwo Kultury Ukrainy. W naszym środowisku muzycznym mówi się, że Polska lepiej dba o kulturę niż Ukraina. Jak wygląda wsparcie kultury w Polsce w Pani odczuciu?
Odnoszę wrażenie, że u nas też jest z tym kiepsko, a nawet coraz gorzej. Artyści i pisarze protestują, wręcz strajkują z powodu braku wsparcia rządu dla stowarzyszeń twórczych, likwidowania umów o dzieło, redukowania dotacji, budżetów, etatów.

Tysiące pisarzy i artystów nie może sobie pozwolić na kredyt mieszkaniowy ani szpital w ramach podstawowych świadczeń. Znikają z mapy kulturalnej Polski renomowane festiwale, orkiestry, wydawnictwa, periodyki, stowarzyszenia, muzea. Cały świat oszczędza w kryzysie, więc naturalnie i Polska oszczędza. Szkoda, że też na kulturze, bo to ma krótkie nogi. A fakt wsparcia Andruchowycza przez MKiDN świadczy o tym akurat, że w Polsce kultura jest ponad granicami i polityką. Ten gest jest chwalebny nie tylko z powodów dobrosąsiedzkich stosunków.

Strategia wspierania wysokiej kultury (Jurij Adruchowycz otrzymał w Polsce prestiżową, międzynarodową Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus) budzi nadzieje na postawienie spraw kultury z głowy na nogi. A mówię to w kontekście finansowania przez polskie ministerstwa i samorządy kultury niskich lotów; szczególnie lokalne budżety w tym brylują (muzyka disco polo, gwiazdy jednego sezonu, festiwale na przypadkowo zadany temat, bez tradycji, wiarygodnej proweniencji, stylu, a szczególnie bez jakości artystycznej). Z powodu braku odpowiedniego mecenatu państwa również instytucje kultury, nawet te narodowe, dryfują w kierunku blichtru i masowej popularności.

Emily Dickinson (Fot. www.etsy.com)Nad czym teraz Pani pracuje? Pisała Pani, że nie ma czasu na własną poezję, na tłumaczenia…
Na pisanie poezji zawsze mam czas. Kiedy przychodzi zew, to uczucie staje się tak dojmujące, że rządzi moim czasem, a nawet dzieje się w sferze pewnej „bezczasowości”. Natomiast wiele uświadomionego czasu poświęcam ostatnio na tłumaczenie wierszy XIX-wiecznej Emily Dickinson. W największym skrócie, pod względem wagi, Dickinson to „amerykański Szekspir”.

Dlaczego właśnie Emily Dickinson? Czym ona Panią zachwyca?
Emily Dickinson zachwyca mnie precyzją. W krótkim lub bardzo krótkim wierszu jest głęboka myśl, niezmiennie absorbująca i aktualna, choć minęło około 150 lat od jej napisania. A w niej – zagadka i kosmos.

Dickinson jest uważana za jednego z najoryginalniejszych amerykańskich poetów (gramatyczna końcówka męska oznacza, że chodzi zarówno o poetki i poetów). Wciąż intryguje świat swoim niekonwencjonalnym łamanym metrum rytmicznym oraz stylem poetyckim wyprzedzającym epokę. Poetka była introwertyczką, która tak uchwyciła rzeczywistość swoim wrażliwym, wyostrzonym wzrokiem, że to unikalne oko wciąż inspiruje miliony miłośników poezji na całym świecie.

 Nie jestem oryginalna, też zachwyca mnie poezja Dickinson. Ona wpasowuje się w moje oswajanie rzeczywistości; afirmowanie życia poprzez zgodę na śmierć i ułomną rzeczywistość, przez ciągłe rozszyfrowywanie światów przyszłych i jakby codzienne doświadczanie wieczności, która już się zaczęła. Religijność Dickinson bardzo odbiega od tego, co na ogół uważamy za religijne. Na pewno jest anty-obrzędowa. Szukać jej można w przyrodzie i metafizyce.

Pierwsze spotkanie z Emily Dickinson. Jakie ono było?
Pewnie po raz pierwszy spotkałam Emily Dickinson na studiach, bo ona jest w programie literatury filologii angielskiej. Widocznie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, bo nie pamiętam uderzenia piorunem. Na pracę magisterską wybrałam dramat. Potem było kolejne „pierwsze” spotkanie w księgarni w Anglii. Kupiłam sobie małą, śliczną książeczkę z obrazkami. Śliczną, nieprzystającą do siermiężnie, genialnie prostej treści. Kilka lat później przetłumaczyłam kilka wierszy; opublikowano je w literackiej FRAZIE i wciąż byłam przed swoim „pierwszym” spotkaniem.

Myślę, że zdarzyło się to pewnej nocy, kiedy po raz już nie wiem który przeczytałam wiersz „I heard a Fly Buzz – when I died –” („Usłyszałam Muchę – umierając –”). Końcówka wiersza „– and then / I couldn’t see to see” („– i już / Nie widziałam widzenia”) wciąż pozostaje dla mnie niedoścignioną frazą poetycką. Chyba niemożliwą do oddania z tym, co mieści się w jej wieloznaczności i rytmie. Nie tylko ze względu na specyfikę samego języka angielskiego bogatego w jednosylabowe wyrazy.

Tłumaczenie to rzecz bardzo delikatna – nieudolne może zabić treść oryginału. Aktor musi przeżyć swoją sceniczną rolę, żeby była prawdziwa. Czy przyłapuje siebie Pani na tym, że w swoich wierszach, w życiu „to już nie jestem ja, a Emily…”?
Nie mam takich dylematów. Choć w jakimś sensie zawsze pisze się przez panią Bovary („Madame Bovary to ja”, powiedział Flaubert), poezja nie podlega wariacji i transformacji. Poezja jest wariacją i transformacją samą w sobie, dlatego niczego nie powiela ani nie naśladuje. Może mieć mistrzów, jednak jest czymś zupełnie osobnym. Inaczej nie byłaby Poezją. A w życiu poety jest podobnie. Musi mieć osobną „różę tożsamości”, siłę osobności, aby udźwignąć swoją samotność.

Emily Elizabeth Dickinson (Fot. pl.wikipedia.org)Czy w wyborze ważny jest czynnik płci autora? Może na przykład poezja kobiet jest bliższa kobietom, a pisana przez mężczyzn, bliższa mężczyznom?
Myślałam, że nie jest ważne kto tłumaczy, ale jak tłumaczy. Jednak coraz bardziej wydaje mi się, że to – „on”, czy „ona” – też może być istotne. Dickinson pisze o sprawach ponadczasowych, ale po drodze spotyka pszczoły, trzmiele, świerszcze, ptaki, róże, fiołki, plusz, muślin, tiul, ażur, welon, koronki, filiżanki, ściegi krawieckie… W tym sensie sublimacji „kobiecego” szczegółu rozmowa kobiety z kobietą jest ważna. Cenię tłumaczenia naszego znanego tłumacza Stanisława Barańczaka. Wolę go jednak w tłumaczeniach Szekspira, T. S. Eliota. Jakby mniej w głosie kobiety Emily Dickinson.

Czy poezja ma płeć w ogóle?
Dobra poezja, mówią, nie powinna mieć płci; nie zawsze jednak się to sprawdza. Słyszałam tak zwane wiarygodne komplementy na temat „apłciowości” poezji napisanej przez kobietę. A z drugiej strony, komplementy na temat kobiecości tej samej poezji. Nie wiem. To sprawa indywidualna.

W polskiej poezji synonimem kobiecości jest poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Anny Świrszczyńskiej czy Haliny Poświatowskiej. Dla mnie ważne jest, że jestem kobietą, i to, że poezję, którą tłumaczę, napisała kobieta. I choć Dickinson jest herosem literackim, spotykam ją jako słabą, zlęknioną kobietę szukającą sensu w wieczności. I która tak ukochała świat i naturę, że nie wie co począć z tym ogromem swojej empatii.

Jakich innych poetów anglosaskich tłumaczyła Pani na język polski?
Tłumaczyłam Michaela Ondaatje oraz Anne Carson. To są współcześni poeci kanadyjscy. Oba nazwiska znaczące w Kanadzie, USA i nie tylko. Ondaatje, poeta i prozaik, znany jest m.in. ze swojej powieści adaptowanej do filmu „Angielski pacjent”. Spotkałam Michaela Ondaatje w Londynie, a Anne Carson w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Fakt, że tłumaczymy wiersze poetów żyjących, może być bardzo pomocny w pracy tłumacza. W moim przypadku jednak tak nie było.

Ondaatje jest gwiazdą i ma prawo być niedostępny. A Carson, choć nie mniej sławna, jest skromna i życzliwa, ale tak introwertyczna i nieszablonowa w zachowaniu, że nasza komunikacja była równie trudna jak jej wiersze. „Trudne wiersze” w tym wypadku oznaczają: bogate w kulturowe, akademickie odniesienia. Zwłaszcza antyczne. Nic dziwnego, bo poetka jest też profesorem literatury antycznej.

Jak Pani wybiera autorów do tłumaczenia? Przecież jest ich dużo. Dlaczego ci, a nie inni?
Podobno nie ma przypadków, więc może zrządzeniem losu jest natknięcie się na poetę lub wiersz. W drugiej kolejności jest wybór. Wybrałam Ondaatje’go, bo zakochałam się w jego erotyku „Cynnamon Peeler” („Obieracz cynamonu”), potem wybrałam Carson, bo poruszyła mnie do kości jej książka „The Beauty of the Husband” („Piękno męża”), teraz pracuję nad Dickinson, bo jej wiersz jest niedoścignionym wzorem poetyckiego skrótu, który mieści w sobie ogrom fundamentalnych spraw i uczuć. Bo pociąga mnie wyzwanie.

A kto tłumaczy Krystynę Lenkowską na język ukraiński?
Mój kontekst może zabrzmieć szyderczo wobec powyższych tez literackich; a co najmniej nieadekwatnie. Cóż, Emily Dickinson nie doczekała się za życia ani jednej znaczącej publikacji, ani jednej książki, żadnego spotkania autorskiego, żadnego tłumaczenia. A ja mam tłumaczenia i publikacje wierszy w kilku językach. Bóg jest paradoksalny. Na język ukraiński moje wiersze tłumaczyli Vasyl Machno, Evgen Baran, Oleksander Gordon. Myślę jednak, że wciąż czekam na swojego stałego ukraińskiego tłumacza, podobnego w stałości do mojej tłumaczki z Bostonu, Ewy Hryniewicz-Yarbrough, z którą wydaję już swój kolejny wybór wierszy w języku angielskim.

Krytyk literacki Evgen Baran po przetłumaczeniu cyklu Pani wierszy napisał, że „Lenkowska – to poetka kultury. (…) To poezja, która nie od razu „do ciebie przemawia”, ona wymaga pracy nad sobą. Tam wiele dzieje się na poziomie uczucia, ale i na poziomie intelektualnie-filozoficznym”. Co Pani o tym sądzi?
Najmniej wie się o sobie. Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie tak jest jak mówi Baran, ale są krytycy, którzy mają odmienne zdanie. Może jest trochę intelektualizmu w tym, co piszę. Jest też jakiś ukłon wobec dziedzictwa kultury, osób, zjawisk. Dla mnie jest to tylko moje proste życie.

Jeśli myślę o Joyce’ie czy Kafce, czy Keatsie, piszę o Joyce’ie, Kafce i Keatsie. Jeśli czytelnikowi te nazwy wydają się zbyt egzotyczne czy encyklopedyczne, może je sobie zachować jako piękne neologizmy, bo i taką rolę pełnią w wierszu słowa. Znaczą się brzmieniem, odległym skojarzeniem, zachęcają do podjęcia wysiłku. Wiersz nie musi być zrozumiały w pierwszym czy drugim czytaniu. Pisząc wiersz, nie myślę o czytelniku, a tym bardziej o kokietowaniu czytelnika prostotą przekazu.

Evgen Baran pisze dalej: „To głębokie, przesycone liryką teksty o dramatycznej podstawie. Każdy wiersz (…) – to mały życiowy dramat (…) Kobiety”. Czy te dramaty żyją naprawdę czy żyją tylko w wierszach?
Dla literatury to nie ma znaczenia. Banalne przeżycie może transformować, stając się poetycką głębią, i odwrotnie – szlachetne uczucie zachowane w wierszu może okazać się płytkim i tuzinkowym zjawiskiem w delirycznej formie. Oczywiście prywatnie też ulegam pokusom poznania tak zwanej prawdy dokumentalnej, dlatego bardzo lubię artystyczne biografie. Jednak życie wiersza rządzi się innymi prawami niż nasza realność. Pociąga mnie myślenie abstrakcyjne i nadrealne, które w formie literackiej objawia się tak subtelnie i niepozornie, że sprawia wrażenie oswojonej rzeczywistości.

Halina Poświatowska napisała: „moje serce jest władcą absolutnym”. Co lub kto jest Pani absolutnym władcą?
Myślę, że bliżej mi do poddania się sercu niż rozumowi. Jednak to sprawa nazewnictwa. Czuję, że i w mózgu są pokłady uczuć często bardziej wyrafinowanych niż uczucia wychodzące, jak to się mówi, prosto z serca. Emily Dickinson napisała w wierszu:
(…) Hojnego czasu – się doczekam –
Kiedy – cierpliwa – na schodach – Serce!
Do ciebie – cicho zapukam.

W wyrywkowym i pobieżnym odczytaniu można by sądzić, że podmiot liryczny jest poddany jakiemuś innemu sercu. Z całego kontekstu poetyckiego tej poezji można jednak zaryzykować tezę, że głosem nadrzędnym jest tu nie tyle serce, co samo stukanie do serca. A czy do swojego, czy cudzego, czy boskiego, to jakby inny, nie mniej znaczący, temat. Wisława Szymborska pisała „pukam do drzwi kamienia”.

A ja w swoim wierszu „Szmaragd”: „(…) dzielę kosmos na kosmate kosmyki zieleni / strącam szmaragd do ziemi”. W „Epigramie” zaś: „(…) wszystko tu mam czyli nie mam / w geometrii wiersza i sensu jej dotykam / dziurawym szkieletem”. Zastanawiam się teraz, czy aby „geometria wiersza” oraz „szmaragd natury”, których nic nie obchodzę i na których wzajemność nie mogę liczyć, są moim panem? Oto moja chwilowa konstatacja w formie cytatu z Emily Dickinson: „Oto jest mój list do Świata / Co nie pisał do Mnie – ”.

O autorce
Krystyna Lenkowska wydała siedem tomów poezji: Walc Prowincja 1991, Nie deptać przylaszczek / Keep off the Primroses 1999 (YES), Pochodnio, różo 2002 (Nowy Świat), Wiersze Okienne 2003 (Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu), Wybór Ewy / Eve’s Choice 2005 (Polski Instytut Wydawniczy), Sztuka białego 2008 (Instytut Wydawniczy Erica) oraz Tato i inne miejsca 2010 (Miniatura). Wiersze, fragmenty prozy, tłumaczenia, eseje, noty i wywiady opublikowała w wielu pismach literackich w Polsce (m.in. Akcencie, Frazie, Nowej Okolicy Poetów, Pracowni, Toposie, Twórczości, Tyglu, Zeszytach Literackich), w USA, w tłumaczeniu Ewy Hryniewicz-Yarbrough, (m.in. Absinthe, Boulevard, Chelsea, Confrontation), na Ukrainie, w Mołdawii, Czechach, Macedonii, Albanii, Indiach. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Rzeszowie.

Rozmawiał Wołodymyr Harmatiuk
Tekst ukazał się w nr 15 (163) 17 – 30 sierpnia 2012

X