29 maja w Iwano-Frankowsku (d. Stanisławowie) rozpocznie się publiczna degustacja absyntu. A dokładniej „Absyntu”, bowiem właśnie w końcu maja rozpoczyna się ogólnoukraińska trasa koncertowa programu „Absynt”.
Jest to trzecia część muzyczno-poetyckiej trylogii polskiego zespołu Karbido i ukraińskiego pisarza Jurija Andruchowycza. Poprzednie części — „Samogon” i „Cynamon” – już zaistniały jako zjawiska artystyczne mające pewien społeczny rezonans.
Właściwie, prezentacja „Absyntu” odbyła się w Kijowie pod koniec zeszłego roku. Z pewnych jednak przyczyn, realizację dalszej części trasy przyszło odłożyć na prawie pół roku. Z Jurijem Andruchowyczem rozmawiał Wołodymyr Harmiatiuk.
Dosłownie kilka tygodni temu zakończyła się trasa poświęcona Twojej najnowszej książce „Leksykon Intymnych Miast”. A już za chwilę rozpoczynasz trasę poświęconą prezentacji nowego programu «Absynt». Prezentacja „LIM” w Iwano-Frankowsku odbyła się, ale dla samego Iwano-Frankowska miejsca wśród 111 intymnych miast zabrakło. To nie jest Twoje miejsce intymne?
Intymne, ale po swojemu. To moje miasto rodzinne i to jedyne miasto na świecie, gdzie mogę powiedzieć, że jestem w domu. Głowny temat „LIM” – to człowiek, który znajduje się poza domem, człowiek, który wędruje, człowiek, który można tak powiedzieć, jest w cudzym mieście. I dlatego mieszkańcy Iwano-Frankowska darują mi, mam nadzieję, że ich miasto nie ma w tej książce oddzielnego rozdziału. No, wreszcie, w „Tajemnicy” Iwano-Frankowsku poświęcono kilka rozdziałów, w szczególności o dzieciństwie i okresie po powrocie z nauczania w instytucie. Wreszcie, spodziewam się, że „Leksykon…” to nie ostatnia moja książka, dlatego tak czy inaczej, nasze miasto będzie wynurzać się w innych tekstach.
Iwano-Frankowsk, czyli dawny Stanisławów, to nie jedyne miasto, które nie trafiło do „Leksykonu”. Teraz, z punktu widzenia tekstu napisanego, opublikowanego, zaprezentowanego i przeżytego ponownie – które z miast można by było wyłączyć z „Leksykonu..” dla wstawienia tam innego?
Ustosunkowuję się do Leksykonu, jak do książkowego projektu, który się rozwija, który stale może się zmieniać i poddawać odnowie. Jeśli powiedzmy, zbierze się „masa krytyczna” nowych miast, które do pierwodruku nie trafiły, i „napiszą mi się” o nich ciekawe rzeczy, to całkiem możliwie, że zostaną wprowadzone pewne zamiany. Już podczas prezentacji trafiła się historia, związana z Łuckiem. Albo historia, związana z Czerkasami. Tego miasta w ogóle w Leksykonie nie ma, w oddzielnym rozdziale, ale ono przecina się z Nowym Jorkiem. Miasta dla mnie, to są ludzie. Człowiek który dla mnie oznaczał Czerkasy, później niespodziewanie wynurza się w NY. To faktycznie taki mostek między miastami.
Jeśli porównywać miasta i ludzi, w jakim z miast jest Ci najbardziej komfortowo, a w którym niezbyt? Oto, na przykład, Enakiewo – o nim za mało napisano…
Z radością zgodzę się, żeby Enakiewo zostało kiedyś wyłączone z następnych wydań Leksykonu. Kiedy zniknie ta praprzyczyna, dlaczego ono tam pojawiło się, to i nie będzie potrzeby pozostawiać go w tej książce.
Bardzo dziwna rzecz, ale jednym z najbardziej przytulnych miast jest dla mnie Berlin. To wielka metropolia, ponad trzy miliony mieszkańców, ale zarazem obszar nasycony żywą przyrodą, dużo parków, dużo wody. To nie tylko moje wrażenie. W Berlinie swego czasu zapoznałem się z pewnym kompozytorem, Argentyńczykiem, który przyjechał do Berlina na kilka dni z koncertem i został na zawsze. To bardzo typowy wypadek. I mnie to zainteresowało. Spytałem – jak, nie znasz języka, przyjechałeś do cudzego kraju. I on odpowiedział, że to jedyne miasto na świecie, gdzie jako kompozytor ma możliwość słyszeć absolutną ciszę. Czyli, z punktu widzenia przytulności, to powinno by być nieduże miasteczko.
A w którym z miast chciałbyś zostać na stałe?
Dopóki jest Franik (młodzieżowa, nieoficjalna nazwa Stanisławowa), dopóki jest na świecie Iwano-Frankowsk, to taka chęć nie zwycięży. Chociaż, mieszkałem przez długi czas w Berlinie. Ponad rok. Ale wiedziałem, że to tymczasowo, dlatego nigdy nie przekształciło się to w wewnętrzny dramat, że oto zmieniłem życie.
Czy miałeś kiedykolwiek zamiar porzucić Ukrainę?
Uważam, że tak prosto wziąść i porzucić – to nie jest ciekawe.
Trzasnąć drzwiami?
No, przynajmniej trzasnąć drzwiami (śmieje się – red.), w każdym razie wydaje mi się za najważniejsze, mieć możliwość żyć tu i bywać tam. To stwarza absolutnie potrzebny mi dystans do tych obu światów. Po to, żeby nowe idee mnie „odwiedzały”, żeby można było je formułować i dzielić się tymi ideami z czytelnikami. A tak prosto pojechać – to oznacza zmienić swój status na emigrancki.
Jak odbierają „Leksykon” w tych miastach, gdzie był prezentowany? Nie ma obrażonych, oburzonych czytelników, którzy inaczej widzą swoje miasto?
Oburzenia nie zaobserwowałem. Oto na przykład, tekst o Użgorodzie. Ta opowieść to baśń. To wspomnienie z 1965 roku. Co mogło pięcioletnie dziecko zapamiętać z podróży do Użgorodu? A jednak, kiedy czytałem ten tekst w Użgorodzie, był odbierany jak oda dla ich miasta. Wszyscy użgorodzianie dziękowali.
Bo pisząc o dziecieństwie, robimy się bardzo ciepłymi, prawdomównymi. I pewnie to ciepło, te emocje, udzieliły się publiczności. Niezwykle przyjemne było też spotkanie w Kirowogradzie. Tam mieszka mój przyjaciel Igor Smyczyk. Fantastyczny malarz, muzyk. Piszę trochę o nim w „Tajemnicy” i w Leksykonie. Nie widywaliśmy się od 30 lat. I oto przyszedł na prezentację w Kirowogradzie. Jego uczestnictwo dodało prezentacji całkiem innego wymiaru. Potwierdziło się, że to naprawdę książka nie tyle o miastach, ile o ludziach. Ludziach żywych, z krwi i kości..
Słowo „intymny” zazwyczaj kojarzy się z cielesno-erotycznym. Elementy erotyczne w LIM są, ale są i miejsca, gdzie więcej emocji. To również dosyć intymna rzecz. Czego jest więcej w słowie „intymny” – cielesnego czy emocjonalnego?
Uwzględniałem ten aspekt, kiedy w tytule użyłem słowo „intymny”. W pierwotnej wersji tytuł miał brzmieć: „Leksykon intymnych miejsc”, taka prosta aluzja do „stref erogennych”. Zawsze ciekawa jest możliwość zagrać na wieloznaczności. A przynajmniej dwuznaczność – erotyka i świat ludzkich emocji, świat czegoś najbliższego, tego, że nosimy w sobie, w duszy. I napięcie tej książki polega na kolizji tych dwóch znaczeń.
Tego aspektu krytycy chyba nie wychwycili? Portal internetowy LitAkcent przyznał Ci za tę książkę anty-nagrodę „Złoty Pęcherz”, jako za książkę kompletnie nieudaną. Nie miałeś chęci zrezygnować, jak swego czasu zrezygnowałeś z Nagrody im. Szewczenki?
Można było (śmieje się – red.). Naprawdę, jeśli wierzyć wydawcy, to po tej anty-premii sprzedaż książki nawet wzrosła. Z uśmiechem przyjąłem wiadomość o tej nagrodzie i zdecydowałem się nie reagować. Wreszcie, sam LitAkcent to nie najgorsza literacka strona internetowa. Cieszę się z tego, że dzięki tej kampanii z antypremią dla „Leksykonu” mogli trochę rozkręcić się.
Kto, oprócz ukraińskiego czytelnika, może przeczytać „LIM”?
Jak zawsze w moim wypadku, zaczyna się z tłumaczeń w języku polskim i niemieckim. Polski wariant jest już dłuższy czas w robocie, czyli książka powinna pojawić się w następnym roku, 2013. Natomiast niemiecka aż 2014. U nas jest zbyt mało tłumaczy. Teraz, naprzykład tłumaczka Sabina Ster pracuje nad powieścią Żadana „Woroszyłowgrad”, co powoduje, że inni ukraińscy autorzy, zmuszeni są stać w kolejce. Jestem przekonany, że „Leksykon” ukaże się też w językach: hiszpańskim i francuskim. Już uregulowano stałą współpracę z bardzo potężnymi wydawnictwami, jedno z ich w Barcelonie – to Acantilado. No i mam nadzieję, że będzie i wersja rosyjska.
29 maja rozpoczyna się ogólnoukraińska trasa koncertowa programu „Absynt”. To trzecia część trylogii, Dwie pierwsze to „Samogon” i „Cynamon”.
Tak, pierwszy koncert gramy w Iwano-Frankowsku, w filharmonii. Dla programu, który przygotowaliśmy, jest nam potrzebna duża sala, teatralnego typu. Spodziewam się, że filharmonia sprosta temu zadaniu. Trasa potrwa ponad 10 dni. Będą na niej Lwów, Kamieniec-Podolski, potem Winnica, Odesa i Charków. Trasa zakończy się Kijowie 9 czerwca. Tam będzie już całkiem inny program, nad którym teraz pracują muzycy Karbido.
W anonsie „Absyntu” zaznaczono, że będzie to spektakl multimedialny. Widać, jak ten projekt ewoluuje z każdą jego nową częścią – od zwyczajnego koncertu „Samogon”, okraszony wideo-artem „Cynamon”. I oto teraz – spektakl multimedialny. Na czym polega specyfika trzeciej części?
Przede wszystkim po raz pierwszy mamy do czynienia ze zjawiskiem, kiedy muzyka jest stworzona do tekstu napisanego prozą, do powieści. W każdej z trzech części staraliśmy się o absolutnie nową jakość. Jest muzyka, jest tekst literacki i mój głos, który powinien współdziałać z tą muzyką, i jest jeszcze jeden składnik, to tzw. wideo-art. „Absynt” to proces w rozwoju. Jeszcze w „Cynamonie” staraliśmy się „namacać” jakieś możliwości współdziałania.
„Absynt” jest stworzony na motywach mojej powieści „Perwersja”. Była już dla mnie przeszłością, a tu niespodziewanie ożyła. Podczas pracy nad „Absyntem” należało tę powieść znów przejrzeć, i wybrać takie tekstowe kawałki, które można podkłaść pod muzykę. Ostatecznym celem projektu jest stworzenie wielostopniowego, skomplikowanego ale porywającego działania, złożonego ze słów, intonacji, muzyki, światła, wideo.
„Perwersja” już kiedyś ożywała na scenie…
Tak, to była sztuka „Nielegał Orfejski”, która trochę bazowała na poszczególnych motywach powieści, ale to nie była jej inscenizacja.
Nazwałeś „Absynt” ścieżką dźwiękową do nienakręconego filmu…
Pomysł polega na tym, że film naprawdę powstał. Ale zachowały się tylko fragmenty. Właśnie te fragmenty pokazujemy podczas spektaklu na dużym ekranie. Wszystko, czym dysponujemy — fragmenty, pozostałości, epizody, odcinki, aluzje, poszczególne piosenki, suity, monologi i dialogi, instrumentalne wersje zapomnianych oper i kantat. Wielomówność i wieloznaczność — zarówno w prostym, jak i w przenośnym znaczeniach. Natomiast całość muzyczna zachowała się.
Tworzyłeś „Absynt” z tymi samymi ludźmi, z którymi pracowałeś nad poprzednimi częściami?
Tak, to polski zespół Karbido, muzycy, którzy potrafią zagrać na swoich instrumentach prawie wszystko. Nasza współpraca trwa już siedem lat. Wizualną część robiły agencja artystycznych wydarzeń ArtPole oraz iwano-frankowska vj-grupa KUB. Najważniejsze jest to, że wszystkie części coraz bardziej i bardziej współdziałają.
Dlaczego takie tytuły? Propagujecie używanie alkoholu?
To oczywiście metafory. Tysiącletnia poetycka tradycja. Tak samo, jak wino w Biblii. Tak samo w naszym wypadku. Samogon (bimber) jest czymś stworzonym w chałupniczych warunkach, własnymi rękami, ale za to, jest to bardzo mocne i prawdziwe. Cynamon – to jeden z możliwych posmaków, który niesie w sobie moment czegoś egzotycznego, jakieś, powiedzmy, „Indie”. No, a absynt – to już bardzo niebezpieczny, bardzo ryzykowny napój, wielokrotnie zakazywany, w szczególności w zachodnim świecie, w zachodnich krajach.
Oprócz tego, „absynt” nawiązuje do ulubionego napoju wszystkich dekadentów. Przedzierając się przez „teksty Perwersji”, niesie w sobie wiadomość o Piołunowym Kraju (Ukraina po Czarnobylu) i jej dolegliwą nieobecność. W tej nazwie jest trochę gry z angielskim słowem absent – nieobecność. Właściwie, chodzi o nieobecności Ukrainy na współczesnym europejskim polu. Właściwie, współpraca w projekcie artystów Polski i Ukrainy sama sobą zaprzecza tę nieobecność.
A ci, którzy nie będą mogli trafić na koncerty, będą mieli możliwość zobaczyć czy usłyszeć „Absynt” na CD albo DVD? Bo jest informacja, że na koncercie nie będziecie sprzedawać płyt, jak to było na poprzednich koncertach.
Zdecydowaliśmy, że bierzemy się za nagrywanie płyt po zakończeniu trasy koncertowej. Chcemy zgrać się wzajemnie i przećwiczyć materiał muzyczny do takiego stopnia, żeby czuć się w nim w pełni swobodnie.
Na przełomie czerwca-lipca tego roku będziemy nagrywać płytę w wytwórni filmowej w polskim mieście Łódź. Mam nadzieję, że już na jesieni, kiedy przyjedziemy do Drohobycza na festiwal Brunona Schulza, będziemy mieli ze sobą tę płytę. Czy będzie DVD w tym wydaniu – zobaczymy. Na razie musimy zdecydować, jaki język będzie dominował w tym materiale. Poprzednio robiliśmy dwa warianty – polski i ukraiński. W „Absyncie” używane są i inne języki – jakiś łamany angielski, są fragmenty po niemiecku, po włosku, ale dominuje język ukraiński. Zdecydujemy, czy powinna pojawić się osobna polska wersja, czy zostawimy tak, jak jest.
Czy współpraca z Karbido, po zakończeniu tego projektu, będzie kontynuowana?
Któż powiedział, że umawialiśmy się z Karbido tylko dla realizacji trylogii?
Może, na kanwie „Perwersji” uda się zrobić film?
Chciało by się oczywiście zająć i filmem. Jakieś pomysły mam. Mam, na przykład, gotowy scenariusz filmowy na motywach tejże „Perwersji” i wierzę, że kiedyś uda się go zrealizować. Dowcipkuję, że chciałbym, żeby to sfilmował Polański i żeby w roli głównej zagrał Johnny Depp.
Czy „Absynt” zostanie zaprezentowany również w Polsce?
Pracujemy nad tym.
Dziękuję za rozmowę.
Do zobaczenia na koncertach!
Tekst ukazał się w nr 9 (157) 15–28 maja 2012
