Andruchowycz przyczernia. Nie tak źle na Ukrainie

Andruchowycz przyczernia. Nie tak źle na Ukrainie

„Ludzie mogą zmienić swój kraj tylko wtedy, jeśli się z nim choć trochę utożsamiają. Euro 2012 na Ukrainie może w tym pomóc”, – pisze Jurij Andruchowycz.

 

Pisarzowi wolno mieć sympatie polityczne. Rozumiem, że Jurijowi Andruchowyczowi nie podoba się obecna ekipa rządząca w jego kraju. Mnie też się nie podoba – wielu jej przedstawicieli to skorumpowani, chciwi, niekompetentni rwacze. – Bandyci rozprawili się z oszustami – skwitował kijowskie porachunki polityczne mój znajomy inżynier z Charkowa. Ale jedno trzeba tej ekipie oddać: wyprowadziła gospodarkę kraju z zapaści, do której wrzuciły go populistyczne i nieodpowiedzialne rządy Julii Tymoszenko.

Po lekturze tekstu Andruchowycza opublikowanego tydzień temu w „Magazynie Świątecznym” zastanawiałem się, czy autor naprawdę wierzy w to, co napisał, czy po prostu zależało mu na efektownych chwytach retorycznych. „Przydrożne billboardy zostawiły we mnie trwałe wrażenie, że gospodarka w naszym kraju stanęła ostatecznie i nie oferuje już żadnych towarów ani usług (pozdrowienia od „donieckiego” biznesu).

 

Jedyne, czym u nas się handluje, to twarze wszelkiego rodzaju szefów, którzy najwyraźniej chcą startować w najbliższych wyborach. Kwadratowe głowy przybyszów z innej planety obowiązkowo pozdrawiają nas z jakiejś okazji albo czegoś nam gratulują. My też gratulujemy sobie, że mamy takich przywódców i kandydatów na wybrańców narodu”.

Gospodarka Ukrainy urosła w zeszłym roku o 5,2 proc. To jeden z najlepszych wyników w Europie. Oczywiście ten wzrost wziął się ze spektakularnego spadku w latach kryzysu – w 2009 r. PKB Ukrainy spadł o 20 proc., również najwięcej w Europie. Andruchowycz jednak kryzysu nie pamięta, zostały mu w głowie tylko piękne wspomnienia z czasów rządów pomarańczowych.

„Pięć lat temu Ukraina miała drive. Wydawało się, że ma przyszłość, chociaż Unia Europejska nie kwapiła się dać jej perspektyw na członkostwo. 85 proc. naszych studentów nie marzyło wtedy, by wyjechać z kraju na zawsze. Teraz o tym marzą i naprawdę tęsknię za krajem, który mieliśmy w kwietniu 2007 r.”.

Tak, Ukraina miała drive. Był to drive napędzany pęczniejącym długiem publicznym. Kiedy zaczął się kryzys, drive runął jak domek z kart, uciekł bowiem z kraju kapitał. Kurs hrywny pikował o 50 proc., zakazano zrywania lokat bankowych przed terminem, żeby uniknąć totalnego upadku systemu bankowego, ludzie z przerażeniem stali w kolejkach pod kantorami, żeby zdążyć wymienić hrywny na twardą walutę. Tysiące straciło pracę.

Rząd Julii Tymoszenko w tym czasie próbował wyprowadzić w pole Międzynarodowy Fundusz Walutowy obietnicami reform, których nie zamierzał dotrzymać, obrzucał błotem szefa Banku Centralnego oraz utajniał dane o miesięcznym spadku PKB, bo przecież wizerunek jest najważniejszy. A gdy MFW w końcu zorientował się, że rząd Julii Tymoszenko absolutnie nie jest godzien zaufania i wstrzymał pomoc, to czy Andruchowyczowi nie było wówczas wstyd za swój kraj i jego rząd?

Andruchowycz lituje się nad przedsiębiorcami. „Dziś szkoda mi przedsiębiorców, do których przychodzą „donieccy” (ludzie powiązani z obecną elitą rządzącą) i mówią: „Podoba się nam twój biznes. Oddaj go nam”. Nie proponują za niego nawet jednej trzeciej ceny. W biznesie „donieccy” potrafią tylko jedno – zabrać innym to, co odniosło sukces i przynosi zysk. Przestraszeni i często będący w sytuacji bez wyjścia przedsiębiorcy szybko zastawiają cały majątek pod kredyty bankowe i uciekają za granicę. Już niedługo w kraju nie będzie przytomnych biznesmenów”.

Może to i prawda, chociaż byłem w Doniecku i widziałem, że ci ludzie potrafią coś jeszcze, np. zbudować jeden z najpiękniejszych stadionów w Europie. Ale dlaczego Andruchowycz nie napisał, że proceder, który opisuje, ciągnął się od lat 90. zupełnie niezależnie od tego, kto akurat rządził Ukrainą, i żaden rząd nie potrafił, a raczej nie chciał sobie z tym poradzić? Zmieniali się tylko aktorzy.

Pięć lat temu rejderstwem – jak to się nazywa w krajach byłego ZSRR, zajmowali się biznesmeni związani z pomarańczową władzą. Internet pełen był opisów wyczynów Ihora Kołomojskiego zwanego Benią, tak jak legendarny odeski gangster z początku XX wieku. Dlaczego wtedy Andruchowyczowi to nie przeszkadzało?

Nie mam złudzeń w sprawie uczciwości którejkolwiek ekipy politycznej rządzącej Ukrainą przez ostatnie lata. Głupota i korupcja wszystkich po kolei władców sprawiła, że ludzie mają dość polityki. W internecie można znaleźć zdjęcie karty wyborczej z 2009 r., na której nieznany dowcipniś skreślił wszystkich kandydatów i napisał: „Nie znam się na gatunkach gówna”.

Ludzie mogą zmienić swój kraj tylko wtedy, jeśli się z nim choć trochę utożsamiają. Euro 2012 na Ukrainie może w tym pomóc. Polityczna agitka Jurija Andruchowycza niestety nie.

Rafał Zasuń. 25-05-2012
wyborcza.pl

X