Od zachodniej strony…

Od zachodniej strony…

To, że zachodnie spojrzenie na Ukrainę mija się z rzetelną oceną sytuacji, wydaje się być wiadomym nie od dziś. Problem ten nie wynika jedynie z faktu, iż trudno osądzać coś, co wymyka się z ogólnie przyjętych ram klasyfikacji politycznej i społecznej rzeczywistości, ale i z jednostronności dziennikarskiego przekazu.

 

Od pewnego czasu wiedza na temat sytuacji na Ukrainie częstokroć sprowadzana jest do relacjonowania losów Julii Tymoszenko i poczynań prezydenta Wiktora Janukowycza w kontekście osoby byłej pani premier.

 

Nawet tuż przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej, które rozgrywane będą także nad Dnieprem, przywoływane są słowa Tymoszenko, aby europejscy politycy nie przyjeżdżali na Ukrainę, lecz namawiali do przyjazdu kibiców. Temat jakże chwytliwy, ukazujący troskę o dobro kraju i wizerunek Ukrainy w świecie, a zarazem sprzeciw wobec poczynań rządzących. Szkoda tylko, że przy tej okazji nie wspomina się, że znacznie poważniejszym problemem, niż rozważania, na ile prawdziwe są skargi Tymoszenko na traktowanie w więzieniu, może być, z politycznego punktu widzenia to, czy w najbliższym czasie zmieniona zostanie konstytucja Ukrainy.

Do tego wyraźnie dąży prezydent Janukowycz. 17 maja 2012 roku na mocy dekretu powołał do życia Zgromadzenie Konstytucyjne, mające przygotować zmiany w tym najważniejszym dokumencie w państwie. Pozornie to nic takiego. Ot, poprawki, aktualizacja dokumentu tak, by przystawał do rzeczywistości XXI stulecia. Jednakże opozycja odmówiła współpracy w tym zakresie, co wydatnie ogranicza możliwość podjęcia demokratycznych decyzji.

Przypomniano też, że po wygranych wyborach w 2010 roku Wiktor Janukowycz posłużył się Sądem Konstytucyjnym, aby anulować postanowienia z 2006 roku zmieniające ustrój państwa z prezydencko-parlamentarnego na parlamentarno-prezydencki. Pojawiły się głosy podkreślające wciąż rosnące znaczenie administracji prezydenckiej, a analiza zmian w kluczowych resortach siłowych wskazuje, iż są coraz szczelniej obsadzone przez bliskich współpracowników rodziny głowy państwa.

Niepokojące jest także niejasne tłumaczenie, iż uchwalony przez Radę Najwyższą prezydencki projekt ustawy „O wniesieniu zmian do niektórych aktów ustawodawczych Ukrainy (odnośnie do systemu dokumentów programowych)” ma umożliwić prezydentowi skuteczniejszej realizacji pełnomocnictw konstytucyjnych w zakresie funkcjonowania systemu dokumentów programowych.

Wszystkie te sygnały wskazują, że z demokracją na Ukrainie nie dzieje się najlepiej. A raczej dzieje się coraz gorzej. W myśl bowiem projektu przyjmowane ustawy oraz budżet kraju będą oparte na orędziu głowy państwa, co zwiększy już i tak rosnące kompetencje urzędującego prezydenta. Nie należy przy tym spodziewać się, że będzie to miało na celu zaoszczędzenie pieniędzy wydawanych na utrzymanie całej rzeszy urzędników czy deputowanych, jacy zwyczajnie stracą na znaczeniu i, jak twierdzi Arsenij Jaceniuk, staną się zbędni.

Być może Wiktor Janukowycz dostanie w najbliższym czasie wolną rękę w zakresie tworzenia nowych zapisów w ustawie zasadniczej, dających mu władzę nawet, jeśli jeszcze nie nieograniczoną, to ku takiej zmierzającą. Zgromadzenie Konstytucyjne, zdominowane przez Partię Regionów i zwolenników rządzących, będzie tańczyć tak, jak zagra administracja prezydencka. A liczba chętnych, by się temu sprzeciwić, prawdopodobnie zmaleje, jeżeli przyjęta zostanie ustawa likwidująca immunitet parlamentarzystów.

Wtedy niejeden z nich zapewne wspomni na los nie tylko byłej premier, ale i ministra spraw wewnętrznych Jurija Łucenki – oboje siedzą dziś w więzieniach także „dzięki temu”, iż zrzekli się mandatów deputowanych. W warunkach ukraińskich jest to wyraźna sugestia, iż skorumpowane sądownictwo będzie mogło wyciągnąć ręce po tych polityków, którzy staną się niewygodni dla rządzących.

Tego wszystkiego jednak jeszcze nie widać z zachodniej perspektywy. Póki co słychać tam raczej krzyki Tymoszenko, poza więziennymi murami troszczącej się o frekwencję na stadionowych trybunach. Nawet umowa stowarzyszeniowa z Unią Europejską poszła jakby w zapomnienie.

Chwilowo ożywiły się media, informując o bójce parlamentarzystów debatujących o zrównaniu w prawach języka rosyjskiego z ukraińskim, ale nie dodały już, jak dużym problemem jest sytuacja ukraińskiej oświaty, na którą z budżetów obwody asygnują mniej niż 1% wydatków, a w ciągu trzech lat w kraju zamknięto 702 szkoły. Siłą rzeczy trudno zatem mówić by na Ukrainie można było się bez problemów uczyć państwowego (było nie było) języka.

Jednostronność przekazu prowadzi niekiedy do specyficznego optymizmu. Polski poseł Janusz Palikot podkreślał proeuropejskość Wiktora Janukowycza i Mykoły Azarowa, którzy nie tylko mają chytry plan uniezależnienia się od rosyjskich dostaw gazu, ale nawet nie zostali zaproszeni na uroczystość objęcia urzędu przez prezydenta Rosji, a przecież przyjaciół tak by na Kremlu nie potraktowano. Kiedy do tego dodał zgodę Kijowa na obserwację sytuacji w kraju przed październikowymi wyborami, to pokazał obraz jakże inny od tego, przed którym ostrzegają sami Ukraińcy. Ukraińcy, którzy obawiają się, że ich prezydent konsekwentnie zmierza ku autorytaryzmowi Aleksandra Łukaszenki, ku wszechwładzy Władimira Putina, dbając przy tym o losy rodziny i przyjaciół. Czy ten czarny scenariusz jest prawdziwy, pokaże najbliższa przyszłość.

Agnieszka Sawicz

X