Pamiętnik Lwowianki. Część 5

Pamiętnik Lwowianki. Część 5

Lata I wojny światowej we Lwowie i Galicji Wschodniej. Następny fragment fascynującego Pamiętnika.

Z dni grozy
Już przed trzema tygodniami doszła nas wieść głucha, i co dzień potwierdzała się, że Lwów odzyskany. Cieszyliśmy się waszym szczęściem, ani przeczuwając, że natomiast dla nas zaczną się dni ciężkie, tak męczące, że w końcu zrozpaczeni pytaliśmy się nawzajem jedni drugich, czy my to wszystko przetrwamy. Nasi rzekomi wybawcy nie zasypali nas od razu lawiną ciosów. Nie, oni odbijali nas powoli, z rozmysłem. Wszak mieli czas po temu.

Zaczęło się od małych oddziałków kozackich, które najeżdżały nas parokrotnie co dzień. Kozak doński to niszczyciel z krwi i kości. Nie wiadomo, czy wyższe rozporządzenie, czy osobisty instynkt chęci niszczenia, kierowały go w szale nienawiści do tego dworu wiejskiego, do ich właścicieli. W pierwszych dniach niepożądani goście zachowują pewne umiarkowanie, łażą, wszędzie zaglądają, wypytują służbę. Oni lubią tak pasmatriet. Jeden oburza się, że nie widzi w salonie portretu cara gaspadara, drugi zabawia nas anegdotką, wielce, wedle niego, śmieszną, w każdym razie dla nas charakterystyczną. Otóż, że stąd o mil trzy w N. była właścicielka, która dała im 300 rubli, ażeby jej folwark nie spalili. Wzięli, obiecali, odjechali. Na drugi dzień jednak wrócili i podpalili, ale tylko dwór mieszkalny, folwark to się już sam zapalił.

Pobiegliśmy na miejsce, wobec nieuniknionej grabieży, upominamy się, by nam za zabrane krowy kwit bumagą wystawili. “Eto moja bumaga” brzmi junacka odpowiedź i lufa rewolweru mignęła nam przed oczyma.

Mija dni kilka, goście bywają coraz natrętniejsi. Zabierają bydło, konie, niby w drodze rekwizycji, właściwie rabują. Śliczne nasze konie, owoc długoletnich trudów właściciela, ukryliśmy w poszczególnych zagrodach w lesie. Od czegoż jednak uprzejmość dla Moskali naszych najbliższych sąsiadów. Chłop z pobliskiej wioski miał każdą naszą krówkę dobrze w pamięci zapisaną. Poprowadził kozaków do lasu, no i przepadło. Pobiegliśmy na miejsce, wobec nieuniknionej grabieży, upominamy się, by nam za zabrane krowy kwit bumagą wystawili. “Eto moja bumaga” brzmi junacka odpowiedź i lufa rewolweru mignęła nam przed oczyma. Z końmi dzieje się to samo. Pozostało nam jeszcze krów kilkanaście, porozmieszczanych na wsi u zaufanych ludzi. Łudzimy się słabą nadzieją, że choć te uda się ocalić.

Straszne łuny dookoła. To płoną dwory okoliczne. Czyż i na nas kolej przyjdzie? Ukrywam rzeczy, jak mogę. Pozostała służba pomaga mi, wywozimy meble z domu. Chcemy je dać gdzieś w bezpieczne miejsce. Daremny trud. Teraz sztab zjeżdża. Sztab brygady, gwoli własnej wygody, każe wszystkie meble na powrót do domu poznosić.

Nowa emocja. Kozacy uwijają się po wsi. Zabierają mężczyzn od osiemnastu lat do pięćdziesięciu. Już to wiele znieść można. Można przecierpieć straty, byle być razem, byle mi męża nie zabierali. Niech go zostawią! Ukrywa się we wsi przez parę dni. Jednak ostrzegają nas, że chłopi dostrzegli go, że wielu z pomiędzy nich pójdzie wydać „pana”, że wskażą miejsce pobytu. A wtedy? Jeszcze gorzej. Może lepiej pójść, pokazać się generałowi, poprosić, by mu pozwolił zostać. Generał uprzejmy bardzo, okazuje nam wiele życzliwości. Jemu osobiście nic przecież na tym nie zależy. On by sam za nic w świecie nikogo do Rosji przemocą nie wysyłał. No! Przynajmniej spadł nam z serca ten kamień. Tymczasowo zjeżdża przydzielony do rekwizycji pułkownik, kolejno odchodzi reszta naszego bydła po formie – za bumagą.

Cudowny poranek niedzielny. Dziś sztab podobno wyjeżdża. Dają mi znać, że kozacy zapychają słomą wszystkie budynki gospodarskie, chwila jeszcze, a wszystko stanie w ogniu. Biegnę z protestem do generała, do tych, tak uprzedzająco miłych, oficerów sztabu. Oni! – „Taki jest rozkaz! Oni na to nic poradzić nie mogą!”. Sam car nic by tu nie poradził, o dom niech pani będzie spokojną, być może, że ze względu na bitwę trzeba będzie zburzyć tę tam, w ogród wystającą część terasy, ale z resztą nic się tu nie stanie. Meble zabierać, to zbyteczne. Ot my drutów telefonicznych z domu nie ściągamy”. Cisza! Wpada oficer z rozkazu generała. Mąż mój ma wyjeżdżać do Rosji i to natychmiast! „Jak to? A obietnica? A wyraźne pozwolenie zostania?”. „Jest rozkaz!”. Pozostaję samą! Wokół płoną gumna, oficyny i wszystkie zabudowania folwarczne. Dym zasnuł horyzont, dookoła – trzask walących się murów. Z oddali – huk armat i łopot strzałów, istny dzień sądu. Kozacy uwijają się, jakby w swoim żywiole. Tu leją naftę do piwnicy, by łatwiej zapalić, tam znów chwytają, co im w rękę wpadnie: narzędzia gospodarskie, porzucony pług, bronę, wszystko rzucają w ogień, by nic nie ocalało z pogromu.

Stoję i patrzę. Zdaje mi się, że to moim życiem szarpie bezlitośnie okrutna ręka. Nie płaczę. Są takie bóle, przy których łzy wydają się ironią.

Z córeczką moją zbieramy niezbędne nam rzeczy i idziemy z tymi węzełkami na ruskie probostwo. Tam, choć dziecko zostawię w bezpiecznym miejscu. Dwa automobile minęły nas z boku. Liczne ukłony, czułe gesty pożegnania. To uprzejmy generał i świetnie wychowani oficerowie jego sztabu. Wracam do domu, może jeszcze uda się co uratować. Nie puszczają. Sałdat krzyknął: “nielzia”, a na takie dictum nie ma apelacji. Koło domu kręcą się ludzie. Zajeżdżają furmanki. Czy to moja fantazja, wydaje mi się jednak, że ładują coś na fury! Tak! Jakby fortepian, fotele, kanapy. Resztki mienia biednego galicyjskiego obszarnika. Stoję, jak wryta, na tym samym miejscu. Wtem huk straszny zatrzasnął powietrzem. To dom, to nasz dom poczciwy. Widzę, chwieje się wieża. Podminowali go! Wyleci w powietrze! Długo opierał się, co raz to nowe materie wybuchowe pod niego podkładali. Kilka jeszcze silniejszych detonacji i został stos gruzów, który kozacy skwapliwie podpalili, aby właściciel pod gruzami pamiątki jakiejś nie znalazł zapewne. Ot, i w gruzach leży dach, pod którym tyle szczęśliwych chwil spędziłam, tam wszystko, co się lubiło, co z życiem wiąże wspomnieniami. Stoję i patrzę. Zdaje mi się, że to moim życiem szarpie bezlitośnie okrutna ręka. Nie płaczę.

Są takie bóle, przy których łzy wydają się ironią.
Zaledwie rozgospodarowaliśmy się na probostwie, zajeżdża oficer sanitarny. Powiada, że od sztabu ma specjalne dla mnie zlecenie. Brzmi to tak: „panowie ze sztabu, wdzięczni za gościnność, jakiej u państwa doznawali, a wzruszeni smutnym położeniem, w jakim się pani znajduje, poczuwają się do obowiązku służyć pani radą. A to, byś z córeczką jak najprędzej wyjechała do Rosji. Tam są komitety dobroczynne, prawdopodobnie udzielą wam zapomogi na życie”. Trzęsę się z oburzenia, ale odpowiadam spokojnie: „wolałabym zamiast rady, choć jedną ze zrabowanych krów, miałabym przynajmniej mleko dla dziecka”.

Gotujemy się na śmierć. Jeden pocisk takiego większego działa, a z nas tu wszystkich pozostałaby tylko miazga. Nadchodzi noc. Mijają godziny, strasznie długie godziny. Bitwa trwa dalej.

Strzały coraz bliższe. Opodal – pewnie niedaleko – już bitwa. Do małej kwadratowej piwniczki na probostwie tłoczymy się w osób dziesięć. W górze mały otwór, duszno i ciasno. Słyszymy na przemian – ciągły świst szrapneli, huk pękających granatów, potem karabiny maszynowe i miarowe odgłosy salw karabinowych. Piekło. Panie Boże, daj przetrwać, aby choć to dziecko ocalić. Odważna dziewczynka uspokaja drżącą ze strachu rówieśniczkę. Mnie często zapewnia, że nic a nic się nie boi. Biedne dziecko, nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa! Opodal granat rozwalił cerkiew. Gotujemy się na śmierć. Jeden pocisk takiego większego działa, a z nas tu wszystkich pozostałaby tylko miazga. Nadchodzi noc. Mijają godziny, strasznie długie godziny. Bitwa trwa dalej. Kręci mi się w głowie ze zmęczenia. Wychodzę na świat. Tak miło się odświeżyć. Wprawdzie, kule gęsto lecą, ale co ta, albo i w naszej dziurze o wiele bezpieczniej? Huk nie ustaje, na świecie dnieć zaczyna. Jesteśmy tak zmęczeni, że zasypiamy, jak kto stoi, czy usiadł, lub do muru przylgnął. Z tej drzemki budzą nas głosy, wołania jakieś. To ludzie przebiegają, wołają do siebie, że już są nasze patrole we wsi, a pod lasem nasze wojsko stoi. Moskali nie ma. Wychodzimy, słuchamy, strzelanina ustała, ale może na chwilę tylko, więc spieszmy, biegnijmy prędko, może lasu dopadniemy.

Cudowny lipcowy wschód słońca. Od wsi płynie fala ludzka. Wiodą za sobą nieliczne, pozostałe bydlątka. Wszyscy śpieszymy ku lasowi. Po drodze widzę, jak żołnierz jakiś chłopcu opatruje rany, wczoraj strzelił do niego kozak trzy razy! Jeszcze mało go uszkodził, bo tylko ucho oderwał i twarz pokaleczył. Biegniemy coraz prędzej, bo a nuż strzelać zaczną. Jeszcze kroków kilkanaście… „Witajcie” – wołamy – „Już doczekać się było trudno, czy wiecie, cośmy tu przecierpieli? Popatrzcie na zgliszcza, na nasz ból, naszą nędzę, krzywdę i te łzy krwawe”.

Przygotował do druku
Maciej Dęboróg Bylczyński
Tekst ukazał się w nr 7 (59) 14 kwietnia 2008

X