Pamiętnik Lwowianki. Część 2

Pamiętnik Lwowianki. Część 2

Lata I wojny światowej we Lwowie i Galicji Wschodniej. Następny fragment fascynującego Pamiętnika.

Dom
W dalszej niepewności o los naszego domu, dłużyły nam się dni w nieskończoność. Krasne już w ręku austriackim! Kilku Żydków stamtąd przyjechało. Pytamy, czy który nie widział, choć z daleka, naszego domu? Nie uważali. Nie pamiętają. Jeden widział. Dawajcie go tu. Widział pół domu. Jak to pół, a cóż z dachem? W dachu byłą dziura. No a drugie pół domu? Zdaje się, że szrapnel rozwalił, bo tam także dziura. Bodajże cię z tymi dziurami!

Pierwszych dni września, szarym zmrokiem, zajechała fura z S. na naszą ulicę. Konie i wóz tamtejszego gospodarza. Na wozie nasz kucharz i baba, która nam zawsze wiktuały przywoziła. Nie ma już Moskali!

– Bili się u nas?
– Nie! Spokojnie uciekali. Kilku zaspało i w nocy bez butów fury dopadli o pojechali, ale ich nasi tuż za Brodami złapali.
– A dom?
– Dom stoi! Tylko drzwi powywalane, posadzka zerwana i szyby wybite…
– Meble?
– Wszystkie wywiezione. Nie zostało nic…
– Młyn?
– Spalony do cna, benzynę lali, bo ani śrubki całej nie znajdzie.
– Folwark?
– Spalony, że i drzwi nie widać, jedna tam pustynia.
– Gorzelnia?
– Tylko na środkowej części dach się trzyma, maszyny i kotły zabrali, resztę spalili.
– A inne domy?
– Albo spalone, albo rozebrane. Wszystko drzewo ciągnęli do okopów, więc się powaliły.
– Krowy? Konie?
– Nie ma nic. Zabrali!
– Ha! Wola Boża! O szczęściu jeszcze mówić możemy, bo został dach nad głową i parę bud rozwalonych. Gdzieniegdzie i tym pochwalić się nie mogą! Tylko, mimo woli zadajemy sobie w myśli pytanie: „po co nas odbijali?”

Żołnierze austriaccy rekwirują, dach miedziany na kościele Bernardynów we Lwowie, 1915-1917 r.Różnie bywa na tym świecie
Podobny, mniej więcej taki sam, los spotkał wszystkie dwory okoliczne. I to bez względu na to, czy właściciele byli obecni, lub nie, przeciwnie, jakby na ironię, dom pana Ujejskiego w Pawłowie, który zaraz w chwili wydania wojny wyjechał z córką, pozostawiając wszystko losowi, nie tylko, że pozostał nietknięty, ale nie brakło w nim nawet takich drobiazgów, jak lampy, wazony na kwiaty, albumy z fotografiami. Państwo Schnellowie w Firlejówce pozostali w domu i z anielską cierpliwością znosili coraz to nowe najazdy wojskowych, którzy wprawdzie zadowalali się gościnnymi pokojami i nie wyrzucali ich z domu, ale zachowywali się lekceważąco i byli jakby umyślnie nieprzyjemni. W końcu wystąpili z propozycją, że własnymi końmi (bo konie właścicieli dawno już stały się ich własnością) odwiozą państwa do Kontów, do siostry pani, gdyż tu będą się prawdopodobnie toczyć walki. Wprawdzie walk nie było, ale oni mieli rozkaz palić, a przedtem chcieli jeszcze wybrać niejedno z bardzo ładnie urządzonego domu. Zwłaszcza piękne tam były stare angielskie litografie, a na tych umieli się zawsze poznać Moskale. Nikt nie mógł dokładnie opowiedzieć, jak to się tam odbyło. Służba państwa Schnellów widząc, że dom podpalają, rzuciła się meble wynosić, w pośpiechu każdy chwytał co lżejsze przedmioty. W rezultacie właściciele za powrotem znaleźli tylko jeden domek ss. Służebniczek nie spalony, a z mebli dorachowali się jednego łóżka i szafy, za to sześćdziesięciu krzeseł i foteli. Proponować opłatę, ażeby nie podpalili, było nieroztropnie. Zwłaszcza, jeśli dom stał blisko głównego traktu, trzeba by chyba było składać tę samą daninę każdej następnej dywizji.

Rok 1915. Rosjanie wkroczyli do Lwowa. Z ich przybyciem zjawiły sie także rosyjskie banki

Panu Gniewoszowi w Kontach kapitan oświadczył z miną znaczącą, że mają rozkaz palić. „Palcie”, odpowiedział, „jeśli macie taki rozkaz”, i nie spalili. Im bliżej Brodów, tym mniej palili. W Kontach walki trwały około dwóch tygodni. Państwo G. i Schnellowie byli przez cały ten czas, jak w zamkniętej twierdzy. Nawet do ogrodu, pełnego sołdatów i artylerii wyjść nie mogli. Wśród licznych rosyjskich oficerów, był jeden Polak – pan Grabowski. Człowiek gładki, dobrze wychowany. Jak mógł osładzał im przykre położenie. Przynosił cukierki, pocieszał, że to już długo nie potrwa, możliwym nawet, że za jego przyczyną mniej było szkód, niż w innych miejscowościach. Mimo to, nieustanny huk armat przyprawiał ich omal o utratę zmysłów. Pani Schnellowa chciała koniecznie uciekać gdzieś w świat. Ledwie ją powstrzymali, bo i tak byłoby wojsko nigdzie nie puściło. Zrozpaczonym zdawało się, że ten huk nigdy nie ustanie. Nadeszła noc ostatnia! Iście piekielna noc! Strzały wpadały do pokoi. Wybrali więc jeden, wstępny, który z trzech stron miał ściany podwójne i tam drzemiąc na fotelach obok spędzali tę noc. Gabriela, wierna panna służąca, siedziała obok pani Schnell głowę o jej fotel oparłszy, zrywała się jednak co chwila, ażeby podsłuchiwać w sieniach, co mówią przy telefonie. Dowiedziała się, że stanowczo cofać się będą. Gdy nad ranem telefon się odezwał, panie zaczęły ją zatrzymywać, by nie szła podsłuchiwać, bo to niebezpieczne. Mogli ją na tym złapać. Nie usłuchała. Zaledwie wyszła, nastąpił straszny huk, światła pogasły. Wszystkie szkła na ziemię pospadały. Pani G. widziała kulę ognistą w miejscu, gdzie siedzi pani Schnell. Woła i krzyczy, nadaremnie. W końcu, przekonaną jest, że siostra jej żyje. Wbiegają na odgłos detonacji panowie S. i G. ze światłem. Chwilowo ogłuszona pani S. przychodzi do siebie. Ma naskórek policzka lekko odarty i miałem z muru cała obsypana. Ktoś ręczny pocisk rzucił przez okno, upadł właśnie w miejscu, gdzie spoczywała głowa Gabrieli. Ciekawość uratowała jej życie. W godzinę później padł jeszcze jeden pocisk przez okno, nikomu nie przynosząc szkody. Był to ostatni. Pożegnalny. Potem zapanowała cisza. Dniało już, gdy usłyszeli głośne dobijanie się do drzwi wejściowych. Był to oficer austriacki, który, spatrolowawszy ogród i podwórze, przekonał się, że nigdzie nie ma Moskali, przyszedł donieść o tym właścicielom i zasiedli wspólnie do pierwszego wspólnego śniadania.

Podobne rzeczy przechodzili ci, którzy na wsi oczekiwali rozwoju wypadków. Inna moja znajoma – pani I. Cieńska – przybyła takie same chwile w głębi ogromnego, staroświeckiego kominka. Dwie siostry, starsze już osoby – panie Wierzchlejska i Krajewska – opowiadały, że byłyby pieszo uciekały do Lwowa. Dużo też wycierpieli i panowie. Ci często musieli staczać walki, by ich przymusowo nie wywożono. Pana Adama Thulliego z Rzepniowa, człowieka sześćdziesięcioletniego, gnał kozak związanego sznurem, przytroczywszy go do siodła. Dopiero w Brodach udało mu się okupić i zbiec z powrotem. Kogo z mężczyzn pochwycili, to zawsze tak prowadzili. Zdarzyło się to naszemu ekonomowi, panu Kosickiemu, ale miał dużo rubli przy sobie, więc prędko się uwolnił. A jakie zniszczenie! Czego nie zmietli z pola Rosjanie, temu poradzili honwedzi, w których duch przemyślnego psucia i rozbijania pokutuje widocznie od czasów Attyli. Żadnego ogrodzenia, drzwi, słupów nie oszczędzili. W Królestwie tłumaczyli się, i wierzyli w to święcie, że są w „Freindestlandzie”.

Na Galicję mówili, że to jest „ein Land der Verräter”. Trwa to jeszcze do dzisiaj i strach pomyśleć, ile tu ludzkiej pracy i zapobiegliwości przepada. Jak wyglądają nasze lasy po ich rabunkowej gospodarce! Najgorzej, że naszych skarg i zażaleń nie chcą władze uwzględnić. Pieniaki, skarbiec tradycji i pamiątek, przybytek każdemu Polakowi drogi, zostały z prześlicznych starych mebli kompletnie ogołocone. Właściciele znali pułki i imiennie oficerów austriackich, którzy rabunku dokonali. Wnieśli zażalenie do Komendy II armii. Otrzymali odpowiedź, że to nieprawda! Czy po tej niekończącej się wojnie, będzie możliwość dochodzenia i procesów? Czy będą takie pretensje uwzględnione? Ale dość o tym. Zapisywać wszystko, co się pod pióro ciśnie jest fizycznym niepodobieństwem, a to, o czym słyszymy, jest zaledwie cząstką tego, co się w Polsce i na Litwie dzieje. Może teraz, kiedy nam lepsza przyszłość świta, będziemy mniej pamiątkami przeszłości żyli. Musiałaby ona jednak być bardzo świetlaną, by nasz żal ukoić. A jakoś dotychczas tak się nie zapowiada.

Drobny handlarz żydowski

Jako „pendant” do rozmowy z księciem W., który mówiąc o rabunkach Moskali i Rusinów wyraził się, że „es Liegt schon in slawischem Blutte” przytoczę świeżo z pamięci powstałą pogadankę o pewnym austriackim Fliegerem. Skarżył Siemianowice, że go nie powołano do Rumunii. Tam prędko można dorobić się majątku. Teraz tam tylko Prusacy, „diese Boschen”, mówił z zaciętością, zabierają wszystko, a co im niepotrzebne, to niszczą.

-Jakżeż to – zapytałam. – Zabierałby pan ze sklepów? Rabował pałace?
-Bezwarunkowo!
-Ależ panie, po co porządnemu człowiekowi zabierać cudze rzeczy? Tyle na nich ciąży łez, złorzeczeń za krzywdę. Każdy kocha swoją własność, choćby bezwartościową. Wiem, jak mię bolała utrata drobiazgów nieraz. To też memu synowi pokazałabym drzwi, gdyby mi jaki cudzy grat przyniósł. Ale nie ma o to obawy. Był obecny rabunkom w Poczajowie, patrzył jak Niemcy wycinali obrazy, zabierali bajeczne wprost ornaty, ale mu ani przez myśl nie przyszło wziąć coś dla siebie.
-To szkoda, bo miał do tego wszelkie prawo.
-Więc Moskale mieli prawo zabrać i wywieźć nasze meble?
-Auberdingt.
-Mieli prawo porozbierać naszą broń i strzelby złożone za pokwitowaniem w magistracie?
-Kriegsrecht.
Więc jedni zabierają, bo mają „slawischen Blut”, a drudzy postarają się o prawo! Dwie nazwy dla tego samego uczynku.

Co po zmianie rządów uderzyło nas, to szalona preponderencja Żydów. Pełno ich we wszystkich biurach, etapach, dostawach. Robią wrażenie wybranego ludu. Na zachodzie, a zwłaszcza w Wiedniu, szalone porobili majątki, i czekają na pokój, by we wschodniej Galicji ziemię zakupić. Dowcipnisie utrzymują, że trzy litery na czapkach żołnierskich, które mają znaczyć: „Franz Joseph der erste” znaczą właściwie „Für jüdische Interesse”.

Drugi dowcip jest zabawniejszy:

Skarżyli się ludzie Bogu, że na ziemi krew się leje, że się ludzie mordują wzajemnie, błagali i prosili, by zaradził tylu nieszczęściom.
-Jakże wam radzić – mówi Bóg. – Posłałbym wam mego Syna, cóż, kiedy ma lat 33 i w wojsku nie służył, to zaraz go w szpangi weźmiecie i gotowiście drugi raz umęczyć. Poszedłbym sam, ale jak tylko mój tron opuszczę, to się gotów Wilhelm na nim usadowić. Może Mojżesza wam poślę. Sprytny jest, na każdą biedę umiał sposób znaleźć.
Poszedł Mojżesz, ale po niedługiej chwili powrócił mocno zadowolony.
-Panie Boże – mówi. – Ja tam niepotrzebny! Wszyscy moi są na etapach, albo przy aprowizacji, a tam krwi nie widać, tylko dużo złota u dostawców.
I martwił się Bóg, a ludzie bili się dalej.

Inna anegdotka też podobnej treści:

Do bram nieba puka cesarz Franciszek Józef. Puka długo, nadaremnie. W końcu, u szczytu niebieskich podwoi, ukazuje się głowa aniołka.
– Nie trzeba daremnie się dobijać. – mówi. – Święty Piotr bardzo zajęty. Dużo dziś mamy petentów. Musisz czekać kolei.
– A może jest tam mój patron – Święty Józef?
– Od dawna na Froncie.
– To Święty Franciszek?
– W szpitalu garnizonowym w…
– Matka Boska?
– W Polsce! Korony swojej pilnuje, żeby jej Prusacy nie zarekwirowali.
– Ale Pan Bóg jest?
– A cóż to nie wiesz, że teraz ofensywa? Pan Bóg nie ma czasu.
– To nie pozostał w niebie nikt z takich szanowniejszych?
– Owszem! Abraham, Mojżesz, Izaak…
– Ah! Genau, so wie in meinem Statte.

Przygotował do druku
Maciej Dęboróg-Bylczyński
Tekst ukazał się w nr 4 (56) 29 lutego 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X