Pamiętnik Lwowianki. Część 1

Pamiętnik Lwowianki. Część 1

Anonimowy rękopis pamiętnika z lat 1914-1918 pisanego we Lwowie. Jest to opis sytuacji wojennej we Lwowie i okolicy, pobliskich miejscowościach, dworkach… Pamiętnik jest sam w sobie ciekawy, zawiera np. humor wojenny z tego okresu, powiedzonka wtedy chyba ku pokrzepieniu serc przekazywane…, czasem dokładne relacje co i ile kosztowało we Lwowie, jak zdrożały ceny produktów… Są tez refleksje niemal literackie o płonących dworach, o wojsku rosyjskim, o wkroczeniu Austriaków do Lwowa itp.

W mieście
Karty na chleb, na mąkę, na cukier, na tłuszcz, na kawę, naftę i kartofle, powoli, a ostatecznie, zaczęły regulować konsumpcję, ale też i do rozpaczy doprowadzać konsumentów. Posiadanie karty nie dawało jeszcze pewności, że po długim czekaniu w tak zwanym ogonku, dostanie się artykuł pożądany. „Kto na ciebie kamienieniem, ty na niego kartą chlebową” – powiada nowoczesne przysłowie. Smutnym okiem spoglądają obywatelki lwowskie na tę tęczę różnych barw. „chyba ten papier zjem” mówiły desperatki ogonkowe. Opowiadano we Lwowie, że gdy cesarz Wilhelm przejeżdżał przez jedno z miast niemieckich, jak zwykle owacyjnie witany, zauważył, że najgłośniej krzyknął „hoch” słuszny, szczupły mężczyzna, a po wydaniu tego okrzyku upadł i umarł. Automobil cesarski stanął. Przywołano lekarzy. Nie mogli jednak zbadać powodu nagłej śmierci. Zatem cesarz kazał zawieźć własnym automobilem na klinikę nieboszczyka, ażeby tam sekcja wykazała przyczynę nagłego zgonu. Znaleziono jelita puste, wszystkie organy zdrowe, a w żołądku trzy kartki, na chleb, na cukier i na tłuszcz. W „Kurierze Lwowskim” wychodziły często przepisy gospodarskie, na zrobienie mydła, pieczywa bez drożdży, sposób na zmarznięte kartofle i tym podobne drobiazgowe tajemnice, które jakaś dobra gospodyni ze swych doświadczeń szerszej publiczności udzielała. W „migawkach”, które stanowiły kącik humorystyczny „Kuriera”, napisał ktoś zupełnie podobnym stylem: kartę cukrową ususzyć na kuchni, utłuc w moździerzu i starannie przesiawszy, wsypać do puszki porcelanowej, lub blaszanej, używana w małych dawkach do kawy lub herbaty wystarczy na długo. Przy karcie chlebowej uważać, by na słońcu nie leżała, gdyż, o ile posmarowaną jest odpowiednią kratką z kartki tłuszczowej, łatwo jełczeje, a nawet zacznie się topić… I tak dalej.

Przypomina mi się wiek dziecinny i stara boncia, która na febrę, tak zwaną zimnicę, miała środek niezawodny. Indyjskie jakieś słowo, z dwunastu sylab złożone, pisało się na kartce i pacjent kartkę połykał, potem co dzień zażywał kartkę, w której się po jednej sylabie z końca urywało. Gdy dwunastego dnia, ostatnią sylabę połknąwszy, zakrztusił się, znak to był pewny, że go febra opuściła.

Tak zwane ogonki przy sklepach zaczęły się już w jesieni 1915 roku, ale z początku tylko przy składach artykułów zbytkownych, jak cukier, kawa, konfitury Meinla. Cukru brak był wielki, rosyjskie zapasy prędko się wyczerpały, ale rozpaczliwymi stały się ogonki, gdy chleba i mąki brakło. Wtedy to ustawiali się ludzie dwójkami lub trójkami, a żołnierze z karabinami chodzili tam i z powrotem, pilnując porządku. Różne były tych ogonków właściwości i charaktery. Bywały ogonki złe, zgryźliwe i kłótliwe. Bywały przepojone taką rezygnacją w cierpliwości, że raz przy nafcie, której tyle w Galicji, opasały całą kamienicę dookoła. Były czasem wesołe, bo bezczynność przymusowa usposabiała towarzysko i dowcipnie. Słyszałam panów, którzy sobie te postoje za małą rozrywkę uważali, ale wolałam nie dochodzić, na czym właściwie przyjemność polegała. Szanujące się sługi porządnych rodzin w ogonkach stać nie chciały, trzeba było najmować kogoś do tej bezczynności. Była to straszna strata czasu. „Rano wstaje, kto w ogonku staje” – było także aktualnym przysłowiem. Na własne oczy widziałam, jak dzieci nieletnie, okutane w chusty, układały się do snu o jedenastej w nocy przed progiem sklepu, w którym na drugi dzień rano chleb otrzymać miały.

Fot. archiwum rodziny BylczyńskichGdy chłód jesienny nastał, policja spędzała maleństwa, a one na drugi dzień z rana jeszcze dłużej czekać na zimnie musiały, bo ich starsi wyprzedzali. Trzewiczki podarte, spódniczęta wiatrem podszyte. Stało to tak tupiąc i z nogi na nogę przestępując. Ile kobiet ciężko przechorowało te godzinne na mrozie wystawanie. Opowiadano mi, że raz ogon był niespokojny i babom buzie się rozpuściły, niektóre zaczęły krzyczeć. Żołnierz pilnujący starał się zatkać usta najenergiczniejszej, do ucha jednak szepnął jej półgłosem: krzyczcie mamuniu, a głośno, bo i moja żona chleba nie dostała. Przed sklepem z naftą i solą najcierpliwiej stali Żydzi i Żydówki. Gdy zdobyli jedną topkę soli lub litr nafty, podawali ją innym, a sami znów na końcu ogona stawali. Był to interes rentowny. Na wsi nie było ceny, której by baba za sól nie dała, jeśli o nią było trudno. Na prowincji cena topki soli dochodziła 4 koron i wyżej, a gdy raz się ustalił handel zamienny, to nieraz za litr nafty brał Żyd kurę. Cukier po małych miasteczkach kosztował 5 koron za kilo, a i to trudno go było dostać. Przeszkodą ogromną w handlu była taryfa, wydawana w celu unormowania cen, bo tak była niską, że nikt po tej cenie sprzedawać nie był w stanie. A policja pilnowała i kontrolowała, ażeby jej nie przekroczyć. Po kilku niemałych próbach zrewoltowały się krupiarki i mączarki, przestały swój towar rozkładać. Tak rynek, jak budki za starym teatrem – tak zwane „na ławkach” świeciły pustkami, ludzie wracali z zakupów z próżnymi rękoma. Trzeba było je zmuszać do sprzedaży. Taryfę podniesiono. Wyszły w końcu pod groźbą odebrania koncesji, ale sprzedawały niechętnie, a jeśli policjanta w pobliżu nie widziały, stawiały swoją cenę. Gdy się im zwróciło uwagę, że cenią ponad taryfę, odpowiadały: Ja nie siłuję! Niech pani idzie do taryfy, może ona pani sprzeda!

Dla porównania podaję ceny artykułów obecnie z roku 1914:
Rok 1914 taryfa – rok 1917
Cukier 1 k. 88 h. – 1.18 – 1. 26, bez karty 4 korony
Kawa 1 k. 9 h. 16 koron – 30 koron
Jaja 1 szt. 14 h. – 26 h. – 40 h.
Mleko 1 litr 44 h. – 60 – 1 60 h.
Krupy jęcz. 1 k. 60 h. – 78 h. – 3 .50 h.
Mąka 1 k. 25 h. – 1 k. 18 h. – 6 k. i więcej
Para kaloszy 12 k. – 30 k. – 56 k.
Prześcieradło 10 k. – 20 k. – 26 k.
Metr barchanu 90 h. – 6 k. – 6 k.
Krowa 550 k. – 3000 k.
Koza 30 k. – 500 koron

A cóż mówić o dwunożnej aprowizacji miasta, o babach, które co dzień na swych plecach dźwigają z daleka, bo o milę nieraz i więcej, różne wiejskie przysmaki! One są teraz paniami położenia. Sadowi się taką babę jak najwygodniej. Podać jej trzeba herbaty z rumem. Poczęstować cukierkami, bo jakże inaczej dojść do jajek, śmietany, masła lub sera. Była chwila, że w lecie, w czasie robót polnych, zakazywano babom kursować. Ładunek jej odbierali i szacowali urzędnicy na akcyzie, płacili nieznaczną sumę, a ona musiała wracać, niby to do roboty w polu. Było to krzywdą dla niej i dla jej stałych klientów. Na szczęście instytucja bab nie dała się w ten sposób unicestwić! Przekradały się, czy opłacały? Nie wiem. Dość, że każda majętniejsza rodzina we Lwowie ma swoją babę, która w chwili szlachetniejszego porywu, nadprogramowo, dostarczy kilka litrów kaszy lub mąki. Gdy na wsi brakło soli i nafty, baby postawiły warunek sine qua non, żeby się ich klientki o te dwa artykuły dla nich postarały. I starały się, ukradkiem, kupić za drogie pieniądze nafty lub soli, byle taka dobrodziejka progu ich przypadkiem nie ominęła.

Przygotował do druku
Maciej Dęboróg-Bylczyński

X