Minęło dwa lata od pożaru w prywatnym skansenie miejscowego Polaka Sergiusza Sylantiewa w Borysławiu. Dzięki pomocy rodaków z Polski w ciągu siedmiu miesięcy został odnowiony główny obiekt – huculska chata z XIX wieku. A unikatowych eksponatów zgromadzono tam nawet więcej, niźli było wcześniej. Teraz prawie cztery tysiące.

– Moje zbiory faktycznie zostały założone dwadzieścia lat temu – opowiada dla Kuriera Galicyjskiego Sergiusz Sylantiew. – Miałem dużo pamiątek po babci, po dziadkach, zacząłem więc zbierać, kolekcjonować. Na początku były znaczki pocztowe i inne małe rzeczy. Później doszło do różnych przedmiotów użytku codziennego. Kolekcja zwiększyła się i zacząłem myśleć o zakupie chałupy, żeby to wszystko eksponować. Niestety trzy lata temu 14 kwietnia muzeum w 80 procentach moich zbiorów poszło z dymem, ale jak mówią, Pan Bóg jedno zabiera, drugie daje. W ciągu tych trzech lat kolekcja się odnowiła. Faktycznie mam to samo co uzbierałem w ciągu 20 lat. Eksponatów mam blisko cztery tysiące z dokumentami. Na odnowienie mego skansenu została uruchomiona zbiórka w Polsce. Chciałbym serdecznie wszystkim podziękować. Ktoś dał złotówkę, ktoś więcej, ale zrobiliśmy to. Jest rezultat naszej pracy. W ciągu trzech lat chata została odnowiona i odzyskała pierwotny wygląd. A może nawet piękniejsza się zrobiła. Po pożarze ocalało chyba ze 20 procent przedmiotów. Tora, zakupiona przeze mnie we Lwowie, cudem ocalała. Stała na stole, jedynie została przyprószona pyłem węglowym. Oddałem ją do muzeum do Lwowa. Ocalał również obraz, zakupiony przeze mnie w obwodzie winnickim „Zaślubiny Najświętszej Maryi Panny z Józefem”. To faktycznie cud, bo kilim się wypalił pod obrazem, ale obraz calusieńki, po prostu taki, jakim był przed pożarem.
Jakbym chciał opowiedzieć o każdym eksponacie, trzeba by było do wieczora opowiadać. Najciekawsze eksponaty, moim zdaniem, to dwie rzeczy z Dobromila. Jak wiecie, kościół w Dobromilu był zawsze otwarty. Dojeżdżał tam ksiądz z Nowego Miasta. Przez przypadek poznałem pewną osobę z Dobromila. Odkupiłem od niej dwie rzeczy, m.in. godło polskie, które było przechowywane w szmatach na strychu. Nauczycielka bała się trzymać je w domu. Zawinęła w szmaty i położyła na strychu. Jest to dla mnie cenna pamiątka, bo przez tyle lat się uchowała. W spichlerzu też jest bardzo dużo pamiątek. Spichlerz pochodzi z Hubicz, może dwa kilometry ode mnie. Przeniesiony został około pięć lat temu. Zakupiony za drewno na opał. Miał już być rozebrany i spalony.
fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski
W odnowionej chacie huculskiej gromadzą się członkowie Regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej w Borysławiu.
– Robimy tu spotkania opłatkowe, spotkania przy jajku – wyjaśnił Sergiusz Sylantiew. – W przyszłości chcemy zapoczątkować festiwale kulinarne. Chcemy zebrać przepisy naszych babć. Niestety niektóre są już zapomniane. I właśnie chcemy odnowić tę kuchnię kresową, która była u nas, w Borysławiu… Kuchnia w Borysławiu była mieszanką różnych kultur. Na niedzielny obiad gotowało się dania z kuchni żydowskiej, polskiej i ukraińskiej. Na każdym stole był rosół – niezależnie czy to była rodzina ukraińska, czy polska, czy żydowska. Był też kugiel, czyli placek ziemniaczany upieczony w bratrurze (piekarniku) doprawiony mięsem wybranym z rosołu, podlewany sosem. Na deser piernik albo cwibak. I koniecznie pierogi.
Prywatny skansen odwiedzają turyści, uchodźcy ze wschodniej i południowej części Ukrainy objętych wojną oraz goście z Polski.
– Przyjechałem tu po raz pierwszy i bardzo się z tego cieszę – powiedział Wiktor Chadżynow, artysta ze Lwowa. – To muzeum jest niezwykłe, wszystko jest urządzone kompetentnie, na dobrym poziomie europejskim. Pan Sergiusz jest bardzo miłą i przyjazną osobą. Myślę, że to się dalej rozwinie i będzie więcej turystów, zwłaszcza po wojnie. Można tu też zorganizować plener malarski, na który można zaprosić artystów z Polski i Ukrainy. Jest tu co rysować, jest co robić. Jest tu wiele różnych historii, drobnych szczegółów, za każdym kryje się historia ludzi, którzy żyli tu ponad sto lat temu i więcej. Bardzo ładnie tu jest.

– Ile razy przyjeżdżam, jestem pod ogromnym wrażeniem – zaznaczył Dariusz Cieśla z Fundacji Bratnia Dusza z Krynicy-Zdroju. – Gdy byłem tu ostatnim razem, pana prezesa spotkało to nieszczęście, że znaczna część zbiorów spłonęła. Teraz widzę, że jest pięknie odbudowane. Chylę czoła, wielki szacunek dla prezesa, że gromadzi te eksponaty z okolicy, z ziemi drohobyckiej i całego obwodu. Mamy możliwość po raz kolejny przyjechać i zapoznać się z historią, kulturą, która kiedyś była tutaj bardzo żywa i dzięki tym przedmiotom żyje nadal. Bardzo duża w tym zasługa pana Sergiusza i ludzi, którzy go wspierają w tej szczytnej sprawie.
fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski
Oprócz skansenu Sergiusz Sylantiew założył Regionalne Towarzystwo Kultury Polskiej w Borysławiu. Wolontariusze Fundacji Bratnia Dusza z Krynicy przekazali dla jego podopiecznych paczki z żywnością, a dla muzeum prezenty z Polski.
– Bardzo, bardzo dziękuję za wspieranie Polaków na ziemi borysławskiej i nie tylko na ziemi borysławskiej – powiedziała Iwona Romaniak, prezes Fundacji Bratnia Dusza.
Sergiusz Sylantiew pragnie nawiązać współpracę z prywatnymi skansenami w Polsce oraz innymi instytucjami, którzy troszczą się o dziedzictwo polskie poza granicami kraju. Potrzebuje również środków do zabezpieczenia eksponatów.
Konstanty Czawaga

















