Obrazki z innego świata Fot. Jurij Smirnow

Obrazki z innego świata

Dziś, gdy tynki na starych kamienicach lwowskich odpadają lub odbijają się podczas remontów, można zobaczyć stare, sprzed II wojny światowej (może też i sprzed I wojny, za Najjaśniejszego Cesarza) napisy reklamowe, pisane farbą olejną.

Przetrwały w ukryciu przez dziesiątki lat, być może, nawet przez całe stulecie. Przetrwały reklamodawców i właścicieli kamienic, które już otynkował kto inny… Stare napisy są jak gdyby „z tamtej Atlantydy”, której już dawno nie ma, która zginęła w wirze II wojny światowej i lat powojennych. Reklamy i ogłoszenia – polskie i żydowskie – to „obrazki ze świata, który zginął”, lub, jak napisał Grzegorz Komski, lwowianin na stale mieszkający w Niemczech – „cienie cieni”.

Współcześni właściciele kamienic i robotnicy budowlani starają się spiesznie te stare napisy zamalować, żeby nie zostało po nich śladu, żeby nie padały niepotrzebne pytania, żeby dookoła wszystko było czyste, wybielone i całkiem współczesne. Ciekawe, po ilu latach nowe tynki znów odpadną, odsłaniając stare napisy? Jak choćby ten: „Nafta”, może od samego Jana Zeha czy Ignacego Łukasiewicza? Przy ulicy Piekarskiej ktoś dawniej organizował bale i zabawy. Gdzie są dziś tamci ludzie, którzy na nich się bawili? Jakiś brodaty Żyd z ulicy Rzeźnickiej zapraszał do swego hotelu, a inny, też z pewnością brodaty – do swej knajpy za rogiem… Jak potoczyły się ich losy? Czy zginęli we lwowskim getcie?

Może jednak nie trzeba niszczyć starych napisów? Przecież to też są świadkowie historii naszego miasta. Może niektóre warto byłoby odnowić, zwłaszcza na Starym mieście, na trasach turystycznych? Wyeksponować, zaakcentować, podkreślając przez to więzi historyczne mieszkańców tego miasta. Lwów zawsze był wielonarodowościowy, wieloobrządkowy, wielokulturalny. Kulturę, sztukę i życie codzienne tego miasta tworzyli ludzie różnej narodowości i różnej mentalności. „Genius loci” Lwowa wciąż żyje w tych wąskich uliczkach i nieraz w bardzo zaniedbanych, wręcz zaplutych bramach…

Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 3 (45) 17 września 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X