O kresowych wspomnieniach i o małej akwarelce…

Bądź wola Twoja!

Kwietniowe słonce tego roku potrafiło już nieźle przypiec. Zapach zielonej trawy, gliniasta droga i wiatr od Czarnohory tworzyły niezapomnianą mieszankę doznań. Do ostatniego chutoru, opodal dawnej wsi Święty Józef, dotarliśmy samochodem terenowym.

Dalej już tylko na piechotę. Idziemy przez zarośnięty tu i tam krzewami ugór. Co kilkaset metrów mijamy przeważnie opuszczone budynki. Z rzadka widać ślady życia. Docieramy do gliniastego traktu, służącego dziś głównie wywózce drewna z leśnego wyrębu.

Kiedyś była to główna ulica polskiej wsi Bednarówka.

Historia zatoczyła koło
Pierwsi mieszkańcy przybyli tu z pod Tarnowa, Jasła, Gorlic w końcu dziewiętnastego stulecia. Pierwszym ich zajęciem był… wyrąb drewna. Trzeba było przygotować pola, jak w kanadyjskiej puszczy. W latach trzydziestych ubiegłego stulecia była to już duża wieś.

Była szkoła. Wysoki, drewniany kościół z wieżą. Domy stały po obu stronach drogi. Sąsiedzi z sąsiednich ukraińskich wsi nazywali mieszkańców Bednarówki, podobnie jak i innych polskich wsi, Mazurami.

Nazwa przyjęła się i wśród mieszkających tam Polaków.

Na tę wyprawę umawialiśmy się już od dawna
Mailowo. Choć najpierw był telefon od znajomego z Warszawy. „Już trzeci raz znajomi z Wrocławia próbują dotrzeć na grób swego ojca i dziadka w Bednarówce. Pomóż”.

Spotkaliśmy się rano pod hotelem w Stanisławowie. Czekały na mnie trzy pokolenia. Pani Krystyna Połomska, jej córka – pani Ela Kubicz i kilkunastoletni Wojtek. Ruszyliśmy w drogę. „Trafimy,trafimy – uspokajam”.

„A czy znajdziemy mogiłę?” Tu już nie jestem taki pewien. Mamy zdjęcie z początku lat dziewięćdziesiątych.

„Wtedy jeszcze żył tu przyjaciel ojca – Ukrainiec, jaki cały czas opiekował się jego grobem. Nie, niestety nikt nie pamięta jak się nazywał. On już nie żyje”. Od tego czasu minęło kilkanaście lat.

Przeszliśmy już parę kilometrów. Wieś była kiedyś bardzo długa.

Widzę wielkie napięcie na twarzy pani Krystyny. Pani Ela opowiada.

Moja babcia urodziła się we Lwowie, ukończyła gimnazjum Urszulanek
Miała duży talent plastyczny, jeździła na kursy z Kazimierzem Sichulskim. Niestety, musiała zacząć zarabiać na siebie. Ukończyła kursy nauczycielskie i ruszyła na prowincje. W Bednarówce mieszkała w latach 30., zapewne, co najmniej kilka lat. Tam poznała swojego przyszłego męża Jana Pietrzkiewicza.

Dziadkowie Jana byli właśnie owymi „mazurami”, którzy przeprowadzili się w te strony w poszukiwaniu lepszego losu i ziemi. Przybyli z przeludnionych rejonów Galicji, z okolic Tarnowa. Jan Pietrzkiewicz studiował prawo na uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wakacji przyjeżdżał do Bednarówki, wtedy poznał młodą nauczycielkę, Stasię Bergerównę. Wkrótce po ślubie okazało się, że jest chory poważnie na gruźlicę. Babcia wywiozła go do Jaremcza, gdzie mieli dom jej rodzice. Niestety było za późno.

W czerwcu minie 70. rocznica Jego śmierci.

{gallery}gallery/2007/romer_bednarowka{/gallery}

Mijamy przydrożną, ładnie utrzymaną kapliczkę. Ktoś tu jeszcze mieszka. Ktoś dba. Przed tym minęliśmy jeszcze betonowy pusty postument po zburzonym pomniku jednego z sowieckich bohaterów. Za czasów sowieckich był tu kołchoz. Miała być nowa rzeczywistość. Bez korzeni, bez sentymentów. Prostowano drogi. Wycięto owocowe sady. Zburzono, co dało się zburzyć.

Przed nami po lewej stronie traktu kępa drzew. Tak, to już cmentarz
Wszystko jak na spłowiałej już fotografii. Idziemy do wielkiego drzewa. Widać, że niedawno przez cmentarz przeszedł pożar…. Ale… jest…. widać tablicę.

Jan Pietrzkiewicz
20 VIII 1909 – 19 VI 1937
BĄDŹ WOLA TWOJA

Jeszcze trzeba odkopać płytę. Wojtek ociera pot z czoła. Na płycie wyłania się krzyż. Tak jak na fotografii. Chwila skupienia.

Dyskretnie odchodzę na bok. Widzę łzy, wzruszenie…

Czas wracać. Słońce wyraźnie przesuwa się na drugą stronę nieboskłonu.

– Po śmierci ojca mama wyjechała z Bednarówki – mówi cicho pani Krystyna – Jakiś czas mieszkała wówczas w Delatynie. W 1945 roku wyjechaliśmy do Polski. Z Bednarówki została w naszej rodzinie tylko jedna pamiątka – mała akwarelka namalowana pewnie przez mamę. Ot taki widoczek. Zupełnie jak ten, jaki mamy teraz przed sobą…

Marcin Romer
Tekst ukazał się w nr 4 (46) 30 września 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X