Niedziela we Lwowie fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Niedziela we Lwowie

Niedziela we Lwowie minęła spokojnie. W tym dniu do późnego wieczora nie było alarmów powietrznych. Nasi dziennikarze pytali mieszkańców miasta, jak oni zareagowali na udary rakietowe, jakich Rosja dokonała dzień wcześniej.

– Alarmy powietrzne mamy już stale – mówi Iryna. – Bardzo się boimy. Wczoraj w czasie alarmu byliśmy w domu. Mieszkamy na parterze, wiemy które ściany są nośne. Po pierwszym alarmie nie słyszeliśmy nic, ale po drugim usłyszeliśmy dwa potężne wybuchy. Jeden był cichszy, ale drugi był taki, że nasz dom się wzdrygnął. Było bardzo strasznie. Ale wierzymy w to, że to wszystko niedługo się skończy. Wierzymy w nasze zwycięstwo i modlimy się o to. Jesteśmy silni, jesteśmy zjednoczeni. Każdy robi co może. Lwowianie dołączają się do wolontariatu. Każdy jest gotowy w każdym momencie przyjść z pomocą naszemu wojsku. Jak słyszymy, że coś jest potrzebne – natychmiast wszyscy się sprężają. Dzięki takiej jedności zwyciężymy.

– Trochę się przestraszyłam – mówi Halina. – Pierwszych wybuchów nie słyszałam, bo byłam w drodze. Ale te drugie poczułam i nasz dom je poczuł. Myślę, że dla Lwowa nadal pozostaje niebezpieczeństwo. Nie było dla mnie niespodzianką, że Lwów może być ostrzelany, dlatego że w sąsiedniej Polsce właśnie był Biden. Kiedy toczą się wydarzenia, które mogą wpłynąć na okazywanie pomocy dla Ukrainy zza granicy, zawsze są takie ostrzały.

– Myślę, że jeszcze mogą Lwów ostrzeliwać – mówi Mikołaj. – Wczoraj słuchałem przemówienia Bidena w Polsce, pomimo że u nas był w tym czasie alarm. Niebezpieczeństwo dla Lwowa jak było, tak pozostaje. Nasz Lwów jest cudownym miastem. Mam 81 lat, już dużo widziałem. Ale Lwów to moje miasto – było, jest i będzie.

– Słyszałam, ale tak się stało, że już był alarm potem – mówi Halina Mażewska, Polka ze Lwowa. – Może był przed tym. Syrena, a potem znów wybuch. To prawda, że niebezpieczeństwo jest, ale modlimy się do Matki Boskiej Łaskawej, naszej Ślicznej Gwiazdy Miasta Lwowa. Chroniła nas zawsze i mamy nadzieje, że Bóg Miłosierny i Ona będą nas chronić. No a ludzie różni są. Dużo musimy przyjmować, tak jak i Polska. Ja pozostała, choć dzieci mam za granicą. Pozostałam tutaj.

Pod pomnikiem Tarasa Szewczenki chórek młodzieżowy śpiewał „Hej, Sokoły” po ukraińsku.

– Jesteśmy członkami Ludowego Zespołu Pieśni i Tańca „Czeremosz” przy Uniwersytecie Lwowskim – mówi liderka zespołu Tatiana Kohut. – Przez wojnę zawieszone są zajęcia na uniwersytecie. W ubiegłym tygodniu wyszliśmy śpiewać, by zbierać datki na ukraińskie wojsko. Będziemy to robić w każdą niedzielę, dopóki trwa wojna. A „Hej, Sokoły” jest jedną z naszych ulubionych piosenek, często śpiewaliśmy ją na festiwalach w Polsce. Wczoraj wybuchy były niedaleko mego domu. Nieprzyjemne uczucie, ale dzięki Bogu wszyscy żywi, zdrowi. Musimy walczyć jak kto może. Nie możemy pójść na front, ale możemy nieść piosenkę, która zawsze miała siłę.

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X