Niech na całym świecie wojna

Jesteśmy mali, słabi, niezgrabni i biedni. Nic od nas nie zależy…

Na szczęście, nie wszyscy o tym wiedzą. Ta właśnie niewiedza spowodowała, że w naszej długiej już historii sporo się nam udało. I nie tylko nam.

Nie wiedząc, że nie może się udać, zbudowano Rzym i jego imperium – państwo, którego instytucje obywatelskie do dzisiaj traktowane są jako wzór.

O tym, że udać się nie może, nic też nie wiedzieli twórcy I Rzeczpospolitej, którzy w nieprostym przecież procesie potrafili przejść od stanu nieustannych wojen do ścisłej współpracy, tworząc jedno z najpotężniejszych państw ówczesnej Europy. Państwo, którego struktury potrafiły na kilkaset lat zapewnić mu bezpieczeństwo w tym regionie Europy.

Przykłady można mnożyć. Także Unia Europejska to przecież pragmatyczna realizacja romantycznego marzenia, idei, która w centralnym punkcie stawia prawa i interesy jednostki.

A że nie wszystko tak idealnie? Że nie wszystko się udaje? Że kostnieje, degeneruje się i upada? Cóż, panta rhei – wszystko płynie. Wszystko zależy od wyobraźni, od ludzkiej wizji. Marek Aureliusz powiedział kiedyś, iż życie człowieka ma kolor jego wyobraźni. Nie tylko życie ludzkie podlega takiej zasadzie. Także życie państw, sojuszy. Gdy kończy się wizja, przestaje pracować motor rozwoju. Zasada ta działa z żelazną konsekwencją, determinując dzieje państw, narodów i ludzi.

Czy więc odrzucić należy to co zwykliśmy nazywać polityką realną? W żadnym wypadku. Polityka realna jest wszak fundamentem, na którym dopiero można rozpocząć mozolny proces budowania i realizacji przyjętych planów.

Polityka realna oznacza politykę kierującą się chłodnym rozumem i dalekosiężnym interesem państwowym; na pewno bez żadnych z góry powziętych uprzedzeń, przy czym nacisk należy położyć na ostatniej frazie. W polityce międzynarodowej oznacza to także umiejętność budowania porozumień i znajdowania elementów wspólnych w racji stanu potencjalnych partnerów.

Nie jest politykiem realnym ten, który mówi: „zawsze będę przeciwko państwu X, bo go nie lubię” lub „zawsze będę popierać państwo Y”. Nie jest nim też ten, który proponuje, że chętnie sprzeda drogo swoją neutralność, zwłaszcza gdy nikt tego mało chodliwego towaru kupić nie chce. To prosta droga do utraty podmiotowości i stania się przedmiotem gry innych.

O tej właśnie kategorii polityków odmieniających słowo „polityka realna” przez wszystkie możliwe przypadki dla uzasadnienia, że nic się nie da zrobić, wszak jesteśmy słabi, mali, biedni i niezgrabni, śpiewał kiedyś Krzysztof Kelus – „tutaj warto zrobić historyczny przytyk, że co drugi folksdojcz był real-polityk”. Te właśnie słowa politykom tym dedykuję. I tyle.

Marcin Romer
Tekst ukazał się w nr 16 (236) 28 sierpnia – 14 września 2015

X