Nie mam prawa

Nie mam prawa

Jakże często nie radząc sobie z własnymi problemami, zaczynamy porządkować cudze, nagminnie przy tym sięgając do całego arsenału ocen. Wiemy lepiej, co ktoś powinien robić, myśleć, czuć, dyskredytując czyjś pomysł na samego siebie, odbierając urok wspomnień, brukając cudze marzenia dokładamy cegiełkę do przekonania o swojej wielkości nie dostrzegając, że tak naprawdę budujemy własną małość.

Przyjmuję, że nie mam prawa oceniać innych. Mam za mało danych, bo zrozumieć cudze życie. Zastanawiam się jednak, na ile jako historyk mogę sobie uzurpować prawo do oceny. A może wraz z wykształceniem dostaje się je „z urzędu”? Czy wolno zatem naukowcowi osądzać ludzi, czy może raczej niech pozostanie przy przedstawieniu faktów, ich przyczyn i skutków, a zostawi w spokoju myśli? Przecież nawet to, co oceniamy jako traumę z dzieciństwa, może być dla kogoś jedynie wspomnieniem. Po latach, mądrzy doświadczeniem i wiekiem, patrzymy na wiele spraw bez emocji. Potrafimy mówić o śmierci bliskich ludzi uśmiechając się na wspomnienie ich życia.

Przed kilkoma dniami, nie ukrywając się z tym wcale, podsłuchiwałam rozmowę dwóch kobiet, a dokładniej wspomnienia starszej pani, urodzonej w Równem, mieszkanki Trójmiasta. Barwny świat lat dziecięcych, nieutwardzonej drogi i sporów rodziców o to, co hodować w ogrodzie płynnie przechodził w dramat czasów wojny, opowieści o herbacie z malin przyrządzanej przez babcię splatały się z obrazami radzieckich żołnierzy, niemieckich oficerów, ojca koleżanki z głową odrąbaną przez kogoś z UPA i wspomnieniem budowanego przy rówieńskiej ulicy domu. Po kilkudziesięciu latach marcheweczka pielęgnowana przez tatusia staje się wspomnieniem tak, jak zamordowany sąsiad.

Popełniam nadużycie równając te myśli, obrazy? Nie. Jedynie w krótkich słowach relacjonuję cudzą opowieść. Opowieść o życiu, w którym jest miejsce na całą gamę uczuć i paletę obrazów. Czy zatem dla historyka możliwa jest do zaakceptowania wizja dziecka biegnącego oglądać opalany drewnem samochód, jakim dowożono na szafot skazańców i fascynacja katem zmieniającym po każdym wykonanym wyroku kolejną parę białych rękawiczek? Czy koniecznie musi zakładać, że dziecko to przeżywało tragedię widząc egzekucję? Ono po latach wspomina, jak czytało tabliczki opisujące przyczyny wyroku ucząc się w ten sposób liter. I ten samochód. Bo on był najważniejszy.

Jak może kłócić się historykowi z oceną przeszłości wspomnienie o matce całującej wciąż jeszcze drgające nogi jej syna, wisielca, skazanego? Dla historyka to może zbrodniarz z UPA. Dla wspominającej tę scenę staruszki morderca sąsiada. A jednak pamięta tylko jego rude włosy i łzy matki żegnającej pocałunkami syna. Nie zagubiła we wspomnieniach człowieczeństwa.

Ona po latach nie ocenia. Nie ma żalu do tych ludzi. Ma żal do żyjących, którzy nie pamiętają o jej cierpieniu i cierpieniu jej podobnych, w wyniku bezdusznych decyzji polityków zostawiających swój świat, miesiącami wędrujących do nowych domów by zmierzyć się z duchami tych, którzy też tych murów nie chcieli opuszczać. Ma żal do tych, co skazują ją dziś na ból po śmierci męża, którego można było uratować, lecz kolejne cztery szpitale odmówiły mu przyjęcia. Bo był za stary. Miał 83 lata. Tamte czasy to była wojna. Ukraińcom Niemcy obiecali ojczyznę i ona ich rozumie. Walczyli o swoje. Nie rozumie za to, dlaczego w wolnej Polsce wydano wyrok na jej męża. Jedyną jego winą był wiek.

Świat się zmienia. Dziś w kraju oprawców z czasów II wojny światowej mieszka córka starszej pani. Jej wnuki są „Niemiaszkami” jak mówi z uśmiechem. Równe też się zmieniło, ale ona nie chce tam wracać. Jej jest dobrze tu, lubi polskie morze i cieszy się życiem. Elegancka, dama z klasą jakiej próżno szukać u współczesnych kobiet. Nie ocenia swego życia. Ona je przeżywa. Bo czyż można je ocenić, czy tylko spisać?

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 10 (182) 31 maja – 13 czerwca 2013

X