Fatum

Fatum

Punktem wyjścia rozmyślań jest teza, iż Lwów ma potencjał. I we Lwowie każdy ma potencjał.

Siedziałam sobie ze znajomym przy kawie i gawędziliśmy, co polegało mniej więcej na tym że on gawędził, a ja od czasu do czasu kiwnęłam głową.

 

– Ja to bym zrobił coś takiego, co by ludziom wreszcie oczy otworzyło, co zjednałoby dwa światy – powiadał – Wiesz, czegoś takiego nikt nigdy jeszcze nie zrobił. To ja pierwszy to wymyśliłem i ja bym… – zapalał się, a mi umykały wypowiadane przez niego zdania. Może dlatego, że nie dawałam zbytnio wiary temu, że to on pierwszy, że nikt nigdy. A może raczej dlatego, iż wiem, że ten człowiek nie zrobi nic, aby jego „ja to bym” mogło się ziścić. Ileż to razy słyszałam… Zdania warunkowe, wyraz pobożnych życzeń. X to by był największym na świecie… Y to by potrafił to napisać… Z to by zrobił karierę… Wszyscy oni „by”. Gdyby nie mieszkali we Lwowie.

Gdy słyszę takie słowa, mam wówczas wrażenie, że Lwów jest miastem przeklętym. Mieszka tu tak wielu ludzi, którzy „by”, gdyby nie lwowskie realia. Tu brak im swobody, brak możliwości, brak pieniędzy. Brak motywacji. Swój marazm bądź niezaradność życiową tłumaczą najwygodniej tym, że tu się po prostu niczego nie da zrobić. Ale by się zrobiło. Jak dotąd nie udało mi się odkryć, jakie warunki powinny zaistnieć, aby cud ten mógł się ziścić. Anatema, którą musiał ktoś nałożyć na Lwów, jest jak Lenin – ciągle żywa. Miejscowi twórcy dziedzin wszelakich niczym pasożyty czerpią ze swego miasta pełnymi garściami, odwołują się do niego, podkreślają, że jest ono niezmiennie źródłem ich inspiracji. Chwilę później, dyskredytując znaczenie Lwowa, akcentują fakt, iż ta sama (podobno inspirująca) atmosfera ich ogranicza. Zrzucają winę na tajemnicze czynniki zewnętrzne uniemożliwiające im rozwinięcie skrzydeł, nawet nie posuwając się do ich identyfikacji. Nie widząc przy tym, czy raczej widzieć nie chcąc, że żadna to wina miasta i społeczeństwa. Że problem tkwi w nich samych.

Łatwo jest usiąść przy kawie. Łatwo wystudiowanym tonem oznajmić, że „ja to bym…”. Możliwe. Ale niewiarygodne. Chciałoby się wtedy pytać – skoro tak, to dlaczego nie szukasz dróg do realizacji swych szczytnych celów? Dlaczego wietrzysz wszędzie spisek i wyciągasz z szafy trupy cyklistów i masonów chcąc udowodnić, że to świat jest winien twoich niepowodzeń? Dlaczego odtrącasz rękę, która ofiaruje ci pomoc?

Kilkakrotnie byłam świadkiem czy uczestnikiem sytuacji, w których ktoś rozpoczynał przedsięwzięcie, lecz gdy padała propozycja nagłośnienia sprawy, pomocy w konkretnych działaniach, w oczach pomysłodawcy pojawiało się coś na kształt paniki. Zaczynało się pospieszne odradzanie takiego kroku, odżegnywanie się od współpracy i tłumaczenie, że nie ma to większego sensu. Na pytanie, jaki więc sens ma cała ta szopka, nie doczekałam się nigdy odpowiedzi.

Być może kryje się za takim postępowaniem obawa przed dzieleniem się sukcesem bądź chęć udowodnienia, że ktoś sam sobie ze wszystkim poradzi. Może nie należy oferować wsparcia? Czasem też myślę, że to polska mentalność wywarła większe, niż by się zdawało, piętno na mentalności lwowian. Typowe dla Polaków umiłowanie martyrologii i rozkoszowanie się własnym cierpieniem tu przybrało specyficzny charakter. Przyoblekło się w ciała i zaczęło żyć własnym życiem. Miejscowi artyści chętnie epatują bólem swego istnienia. Opowiadają o krzywdach, jakich doznają od społeczeństwa. Mówią o degradacji ukochanego miasta, dla którego de facto nie robią nic poza tym, że o nim mówią. Przywdziali włosiennicę bycia mieszkańcem Lwowa i masochistycznie upajają się swoim cierpieniem jednocześnie panicznie bojąc się, by nikt z nich nie zdjął tego odium ofiary. Aby na horyzoncie nie zamajaczyła nawet szansa rozwiązania problemów, o jakich tak chętnie i głośno mówią.

Bo jaką tragedią byłby sukces! Tematy do rozmów przy kawie się skończą, a i czasu na kawę nie będzie, bo nie daj Boże trzeba będzie coś wtedy zrobić. Jeśli natomiast nie trzeba będzie robić nic, bo wsparcie zdejmie część obowiązków – to takiej pomocy ci co mówią „by” także nie chcą. Jałmużna jest poniżej ich godności.

Sytuacja wydaje się zatem patowa. A przy tym niezmienna, przewidywalna, bezpieczna. Powstał pomysł, powiedziano głośno o chęci jego realizacji. No ale że to Lwów – to przecież się nie dało… Niczyja to wina. Przeznaczenie. I kto wie, czy przeznaczenie nie tylko Lwowa. Czy to aby nie jest fatum Ukrainy.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 10 (182) 31 maja – 13 czerwca 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X