Między austriackim Lwowem i pruskim Poznaniem

Między austriackim Lwowem i pruskim Poznaniem

Przypominam sobie dalekie już lata 70. ubiegłego wieku, gdy we Lwowie panowała masowa fascynacja powieściami kryminalnymi, zwanymi popularnie „detektywami”. Były to polskie przekłady licznych powieści Agathy Chistie i innych zagranicznych autorów, które można było kupić w księgarni „Drużba” za pomnikiem Adama Mickiewicza.

Było to chyba jedyne dostępne w tamtych latach „okno na Zachód”. Czytano wszędzie: w domu, w transporcie miejskim, w pracy. Gdy pewną moją znajomą poetkę, której udało się pojechać do Polski, zapytano, skąd tak dobrze zna język polski? Bez wahania odpowiedziała: „Z kryminałów”. Na co w odpowiedzi usłyszała: „Pani taka młoda i już siedziała w kryminale?”. Trochę zmieszana odpowiedziała: „Nie. Ja tylko czytam kryminały po polsku”.

Pod koniec listopada br. w warszawskim wydawnictwie „ANAGRAM” ukaże się polski przekład powieści kryminalnej lwowskiego pisarza Bogdana Kołomijczuka zatytułowanej „Hotel Wielkie Prusy”. Z jej autorem rozmawiał Konstanty Czawaga.

Co Pana, Panie Bogdanie, przywiodło do literatury kryminalnej? Skąd zainteresowanie tym gatunkiem? Jaka jest Pana ulubiona powieść detektywistyczna?
Moja własna droga „kryminalna” rozpoczęła się stosunkowo niedawno – w 2015 roku ukazał się mój pierwszy tomik opowieści retro kryminalnych. Wcześniej dążyłem zadebiutować powieścią historyczno-przygodową. Powieść nosiła tytuł „Ludwisarz. Gry wielmożów”, jej wydarzenia również rozwijają się we Lwowie, wprawdzie w XVI wieku. Z czasem zapragnąłem stworzyć postać swego rodzaju galicyjskiego komisarza Maigreta i umieścić go we Lwowie w 1900 roku. Tak pojawił się mój główny bohater, wędrujący przez kolejne książki – lwowski komisarz Adam Wistowicz.

Gatunek powieści retro, według mnie, najlepiej pasuje do odtworzenia życia miasta w tym szczególnym okresie, który obecnie określają jako Belle Époque. Jako badacz mogę odkrywać dla siebie wiele nowego, ponieważ minęło dopiero 100 lat i archiwa oraz ówczesna prasa zachowały się dobrze. Jako pisarz-kryminalista przedstawiam czasami Lwów z tej nie najprzyjemniejszej strony – od strony świata przestępczego. Należy tu jednak zrozumieć, że kryminalna kultura też jest częścią ogólnej kultury miasta. Tak jak brudne niebezpieczne uliczki są częścią miejskiej architektury z gładko brukowanymi ulicami i cieszącymi oko dachami… Zresztą ja, jako autor i mieszkaniec Lwowa, dzięki tej pracy lepiej rozumiem i odczuwam swoje miasto i tymi uczuciami dzielę się z czytelnikiem.

Trudno określić, jaki kryminał jest moim ulubionym. Ten gatunek literatury rozwija się dość szybko i podobnie szybko zmieniają się moje upodobania. Z polskich autorów czytam z zachwytem utwory Zygmunta Miłoszewskiego, Marka Krajewskiego, Ryszarda Ćwirleja i innych.

W większości Pana powieści wszystkie wydarzenia odbywają się na początku XX wieku w określonych latach. Czym Pana przyciąga ten okres, gdy ludzkość znajdowała się u progu Wielkiej Wojny, rozpadu imperiów, gdy buszowały ruchy narodowo-wyzwoleńcze? Jak by Pan porównał tamten okres ze współczesnym przełomu XX i XXI wieków?
Przełom wieków XIX i XX – to okres szybkich zmian, dotyczących wszystkich sfer życia człowieka: medycyny, nauki, sztuki, architektury… Jasne było, że europejskie monarchie są przeżytkiem przeszłości. I to, że wkrótce się rozpadną, wydawało się jedynie kwestią czasu. Chociaż przyznam, że bardzo podoba mi się wypowiedź Franciszka Józefa I, który mówił, że jest monarchą starej szkoły i jego obowiązkiem jest obrona swoich poddanych przed politykami. I chociaż słowa Najjaśniejszego Cesarza mijały się z jego czynami, to szkoda, że obecnie takie słowa nie padają z ust naszych rządzących. Ten właśnie niespokojny nurt starej Europy przyciąga mnie jako pisarza. Pisać o spokojnych i monotonnych czasach jest przeważnie nieciekawie.

Porównywać z przełomem XX-XXI wieków można, moim zdaniem, tylko w jednym aspekcie – tej lekcji historii ludzkość nie przerobiła.

W powieści „Hotel Wielkie Prusy” wszystko zaczyna się i kończy we Lwowie. Jaki, według Pana, był ówczesny Lwów? Jakie były jego mity i realia?
Obecny Lwów jest perełką turystyczną. Co roku (tak było przynajmniej przed kwarantanną) mieliśmy tysiące turystów z Polski, Niemiec, Austrii. Losem wszystkich miast turystycznych jest obrastanie mitami i legendami. Jest to absolutnie normalne, bo ta „mityczna historia miasta” pomaga w rozwoju turystyki. Zarabiają na tym tematyczne kawiarnie i przewodnicy. I nawet pisarze – co tu ukrywać.

Mity są swego rodzaju anestezją dla współczesnych, bo prawdziwa historia jest nadzwyczaj bolesna. Lwów był przygranicznym miastem, do którego zjeżdżali się przestępcy i awanturnicy z całego imperium Habsburgów. Swoich zresztą również nie brakło. Lwów był miastem wielokulturowym, gdzie często były konflikty o podłożu etnicznym czy religijnym. Nie unikając tych rzeczy wolałbym, aby moje miasto znane było raczej z festiwali, kawiarń, architektury i księgarń.

Nazywa Pan swoją powieść retro-szpiegowską. Dlaczego? Jaką była ówczesna szpiegowska kultura? Jak wyglądały szpiegowskie gry z punktu widzenia obecnego czytelnika? Interesujące jest, jaką była w tamtych czasach policja i jak współpracowały ze sobą wywiady?
Określiłem styl „Prusów” jako „retro-szpiegowski” dlatego, że moim zdaniem ta książka nie całkiem podpada pod określenie „powieści kryminalnej”. Gatunek powieści kryminalnej ma swoje pewne kanony, które były dla mnie za ciasne. Mój bohater – policjant, wplątany w gry szpiegowskie, czasem nawet sam wykonuje działania szpiegowskie. Jego świat – to przejęte zaszyfrowane informacje, intelektualna i fizyczna walka, czarujące kobiety i wspaniały ówczesny alkohol. Wszystko to raczej są elementy prozy szpiegowskiej niż kryminału.

Co się tyczy gier szpiegowskich na początku XX wieku, przede wszystkim należy podkreślić, że to zajęcie uważane było prawie za hańbę. Przynajmniej żaden wojskowy nie szczycił się tym, że działa w wywiadzie czy kontrwywiadzie. Wśród nich panowało romantyczne przekonanie, że do walki należy stawać otwarcie, a śledzenie i donosy należy pozostawić policji i cywilom. Jednak świat zmieniał się i już w latach 20. w każdej armii świata rozumiano, jaką rolę odgrywa „niewidzialny front”.

Metody, które wykorzystywali w tamtym czasie szpiedzy, mogą dziś wywoływać jedynie uśmiech. To prymitywne ogłoszenie w gazetach, rozumiane jedynie przez wtajemniczonych, grypsy niewidzialnym atramentem, pojawiające się przy nagrzewaniu i szpiegowskie notatki na bibułkach papierosowych, które w razie wpadki można było spalić w „skręcie”.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie rozwijała się sztuka szyfrowania, istniejąca od dawnych czasów. Ale rozwinęła się ona monumentalnie po tym, jak wojsko zaczęło wykorzystywać łączność radiową. Nie należy tu zapominać o prasie. Wiele ważnych informacji można było zaczerpnąć prosto z codziennej prasy. Mądrzy agenci za nikim nie biegali, a po prostu czytali i analizowali to co piszą dziennikarze.

Co tyczy się współpracy wywiadów, to miały tu miejsce alianse: francuski wywiad (najlepszy w tamtych czasach) współpracował z rosyjskim. Właściwie to wlókł go na sobie, bo Rosjanie byli opóźnieni praktycznie we wszystkim. Pruski wywiad natomiast współpracował z austrowęgierskim. Właściwie „wywiadem” we współczesnym tego słowa rozumieniu, oni nie byli, to Europa od czasu do czasu była wstrząsana skandalami szpiegowskimi – jak sprawa kpt. Dreyfusa. We Francji obwiniono go o działania na korzyść Prus. Albo też sprawa płk. Redla, którego we Wiedniu oskarżono o współpracę z Rosją.

Fot. z archiwum Bogdana Kołomijczuka

Panie Bogdanie, skąd przeważnie czerpie Pan materiały do swoich utworów? Czy ma Pan konsultanta, bo można się zagubić w rocznikach czasopism, policyjnych raportach i dokumentach, rozrzuconych po różnych sprawach w archiwach? Co mogą podpowiedzieć eksponaty muzealne? Ile czasu zabiera Panu przygotowanie do pracy nad kolejną powieścią?
Przygotowanie materiału zabiera doprawdy wiele czasu. Nawet, gdy już zebrano komplet materiałów – wszystko trzeba sobie przemyśleć i przeżyć z tym jakiś czas.

Archiwa odgrywają tu olbrzymią rolę i korzystam z nich w pełni. Wiele materiałów archiwalnych są zdygitalizowane i otwarte. Lżej zdobyć teraz informację, ale jej opracowanie wymaga, jak wcześniej, nie byle jakiej odporności i cierpliwości. Ogółem na jedną powieść tracę prawie rok czasu.

Szczerze, co dotyczy konsultantów, to zwracam się do nich jedynie wówczas, gdy znajdę się w sytuacji bez wyjścia. Zawsze ganię siebie, że należało wcześniej sprawę skonsultować, a nie przepisywać później całe rozdziały. Ale proces powstania powieści – to dzieło samotnika i nic w tym dziwnego nie ma.

Jestem chyba staroświecki, ale muzea uwielbiam. Oprócz tego, pisarzowi, który umieścił swoich bohaterów w „Prusach” w roku 1906, obowiązkowo należy mieć dokładne pojęcie o materialnej kulturze tego okresu. Jeżeli wiadomości o modzie i wnętrzach mieszkań można znaleźć w solidnych publikacjach naukowych, to z pierwszymi samochodami czy bronią już nie jest tak łatwo. Najlepiej zobaczyć to na własne oczy.

Kto służy Panu za prototyp bohaterów? Czy są to konkretne osoby? Czy postacie powieściowych Polaków, Rusinów czy Niemców są realne czy wymyślone? Czy wiedza i pochodzenie miały wówczas jakieś znaczenie? Jakie rysy chciałby Pan przypisać swoim bohaterom?
Niektóre postacie – jak dyrektor policji Wilhelm Szechtel – są realne. Prototypem pomocnika komisarza Wistowicza, Antoniego Samkowskiego, został mój przyjaciel z liceum. Natomiast sam komisarz jest postacią połączoną z wielu policjantów i komisarzy, którzy trafiali mi się w ówczesnej prasie i dokumentach.

Pochodzenie w tamtych czasach miało, niestety, decydujące znaczenie. Nie jest to tajemnicą, że wówczas dominowali we Lwowie Polacy. Zajmowali oni praktycznie wszystkie znaczące posady w mieście. Nie oznacza to bynajmniej, że Rusinów, czyli Ukraińców, w „służbie państwowej” nie było zupełnie. Przecież byli i w Sejmie Krajowym, i w Parlamencie we Wiedniu.

W policyjnych kronikach tego czasu nie brakuje polskich, ukraińskich czy żydowskich nazwisk, zarówno wśród przestępców, jak i wśród policjantów, biorących udział w akcjach i obławach. Ludzie, których historie odczytuję przez pryzmat czasu, są dla mnie przede wszystkim mieszkańcami Lwowa, tymi, którzy tworzyli jego historię.

Głównym miejscem, gdzie rozgrywają się wydarzenia powieści, jest „Hotel Wielkie Prusy” w Poznaniu. Było to wówczas pruskie miasto. Jakim był ówczesny Poznań i jak Panu, lwowiakowi, udało się wniknąć w jego historię? Czy pisał Pan swoją powieść w Poznaniu i czy Panu ktoś w tym pomagał i sprzyjał?
Ta powieść powstała dzięki dorocznemu festiwalowi kultury ukraińskiej w Poznaniu „Ukraińska Wiosna”. Zaprosił mnie na tę imprezę w 2017 roku dyrektor artystyczny festiwalu Ryszard Kupidura. Zapoznał się on z wcześniejszymi przygodami komisarza Wistowicza i zaproponował akcję kolejnej powieści umieścić w jego rodzinnym Poznaniu. Zgodziłem się. W tymże roku, dzięki uprzejmości pana Ryszarda, nadarzyła mi się okazja mieszkać jakiś czas w tym mieście i otrzymać stypendium. Miałem więc najlepsze warunki do tworzenia, o jakich tylko może marzyć pisarz.

Jak Pan podróżuje w czasie? Czy nie zdarzają się jakieś nieprzewidziane sytuacje, gdy zanurza się Pan w atmosferę sprzed stu lat i wciela się w swych bohaterów?
Najciekawsze jest to, że czasami zaczynam zapominać współczesne nazwy lwowskich ulic. Gdy pracuję nad powieścią, po prostu znikają dla mnie. Pojawia się Akademicka zamiast Szewczenki czy Sykstuska zamiast Doroszenki. Pewnego razu wsiadając do taksówki podałem adres przy ul. Batorego i długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego kierowca nie rusza z miejsca. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że takiej ulicy dziś nie ma. Podałem prawidłowy adres – ul. kniazia Romana.

Jakie budynki we Lwowie czy Poznaniu są najbardziej tajemnicze i proszą się, aby pisarz wypełnił je przygodami czy mistyką?
Brakuje mi bardzo, jako lwowiakowi, w mieście rzeki. Pozytywnie zazdroszczę poznaniakom, że mają swoją Wartę. Gdy mieszkałem w Poznaniu, moje spacery często zaczynały się nad rzeką, lub tam się kończyły. Zresztą wydarzenia w „Prusach” rozpoczynają się koło mostu w okolicach Chwaliszewa. Bieg rzeki – jest dla mnie największym misterium.

We Lwowie uwielbiam mnóstwo miejsc i trafiły one na karty moich książek. To Kajzerwald i przyległy Łyczaków, i Zamarstynów, gdzie kiedyś mieszkałem.

Ukraiński oryginał powieści ukazał się we Lwowie, a polski przekład – w Poznaniu. Tu miała też miejsce jego prezentacja. Kto przyczynił się do powstania polskiego przekładu i wydania w Polsce? Z powodu obecnej sytuacji epidemiologicznej trudno przewidzieć, czy odbędzie się prezentacja w Poznaniu. Jak Panu obecnie się pracuje, bo jest Pan przyzwyczajony do częstych podróży za granicę?
Przekład mojej powieści stał się możliwy dzięki Translate Ukraine z Ukraińskiego Instytutu Książki. Wdzięczny jestem jury programu, że poparło moją powieść. Wdzięczny jestem również wydawnictwu „Anagram” i tłumaczowi (też jest to Ryszard Kupidura, dzięki któremu w ogóle pojawiła się idea napisania „Hotelu Wielkie Prusy”). W obecnych warunkach trudno przewidzieć, czy będzie możliwość spotkania się z polskimi czytelnikami. Będę jednak miał nadzieję na lepsze.

Ma Pan rację, podróże dla mnie – to nieodzowna część procesu tworzenia. Każda, nawet niewielka podróż, to już materiał do małego opowiadania. A z drugiej strony – autor pracuje przy biurku i lockdown jest dla niego normalnym stanem rzeczy.

O czym jest kolejna powieść „Ekspres do Galicji”? Co było impulsem do jej napisania? W jakich latach odbywała się akcja powieści i czy jest obecny w niej Lwów?
Wydarzenia „Ekspresu do Galicji” rozgrywają się w kolejnym, 1907 roku. Więcej tu jest Lwowa i przeważa element szpiegowski. Dziś, pomimo pandemii, ukazał się już drugi nakład, za co jestem wdzięczny czytelnikom i memu wydawcy – Wydawnictwu Starego Lwa.

Co mnie skusiło do napisania tej powieści? Jak zawsze – odnalezione niespodziewane fakty, stare idee, które doczekały się swego czasu, a najbardziej – sukces ukraińskiego wydania „Hotelu Wielkie Prusy” i pochwały czytelników.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konstanty Czawaga

Bohdan Kolomijczuk – ukraiński pisarz. Urodził się w 1984 roku niedaleko Ostroga. Absolwent Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki (2006). Jest znanym na Ukrainie autorem kryminałów w stylu retro oraz powieści historyczno-fantastycznych. W 2013 roku Kołomijczuk za książkę „Ludwisarz. Igrzyska wielmożnych” otrzymał prestiżową nagrodę „Koronacja Słowa”.

Od rzeki ciągnął przenikliwy chłód. Markus opatulił się szczelniej w swoje liche ubranie i przysunął się bliżej ognia. Wilgotne polana nie chciały się palić, przez co gryzącego dymu robiło się więcej niż ciepła i światła. Mężczyzna z wrogością spoglądał w stronę Bogu ducha winnej Warty, podczas gdy jej wody odpowiadały mu pokojowym pluskotem” („Hotel Wielkie Prusy” w przekładzie Ryszarda Kupidury).

Rok 1905. Adam Wistowicz – jeden z najlepszych śledczych, a zarazem lwowski komisarz pnie się po kolejnych szczeblach kariery. Aby pomóc młodszemu koledze, adiunktowi Samkowskiemu, komisarz bierze teoretycznie łatwą sprawę. Okazuje się jednak, że wątki z nią związane wykraczają daleko poza granice Lwowa, a nawet poza granice imperium. Śledztwo doprowadza Wistowicza do Poznania, gdzie kilku wpływowych urzędników i przedsiębiorców łączy swe siły z mafią, aby przeciwstawić się wspólnemu wrogowi – rosyjskim szpiegom. Nagle członkowie tego syndykatu zaczynają ginąć w dosyć okrutnych okolicznościach… W całym tym chaosie niespodziewanie pojawia się była żona Wistowicza, berlińska aktorka Anna Kalisz. Komisarz stanie oko w oko z najniebezpieczniejszą sprawą w swoim życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X