Miasto mojego dzieciństwa. Część 6 Cmentarz żydowski (archiwum autora)

Miasto mojego dzieciństwa. Część 6

Okupacja niemiecka (ciąg dalszy)

W tej części wspomnień Wołodymyr Baran opowiada o tragicznym losie żydowskich mieszkańców Stanisławowa, którzy nie zdążyli opuścić miasta przed wejściem Niemców. Wydarzenia na starym cmentarzu sprawiły na nim tak wielkie wrażenie, że fragment wspomnień spisał sam.

 

Tragedia stanisławowskiego okopiska

Pod koniec 1939 roku moja rodzina zamieszkała przy ul. Królowej Zofii 35 w kamienicy p. Hreczanowej. Z czasem ulicę nazwano Sąsiednią, a obecnie nazywa się Wasyla Stefanyka. Na tej ulicy i do niej przyległych były przeważnie parterowe domki, należące do urzędników i robotników kolei. Nasz dom graniczył z częścią żydowskiego okopiska (cmentarza), które ogrodzone było prawie dwumetrowej wysokości ceglanym murem.

ul. Stefanyka (d. Królowej Zofii) 35 (archiwum autora)

W soboty (w szabat) przy wielu grobach pojawiały się kobiety w czarnych ubiorach. Z zapalonymi świeczkami rytmicznie pochylały się nad mogiłami i rozpaczliwie płakały. Wielogłosowy głośny płacz brzmiał nad okopiskiem niby requiem i wywoływał trwogę i przygnębiające uczucie, do którego długo nie mogliśmy się przyzwyczaić.

Pewnej wrześniowej niedzieli 1941 roku, pod wieczór, od strony Adolf Hitler Strasse (ob. ul. Niezależności) pojawił się tłum ludzi. Większość miała na sobie białe opaski z niebieską gwiazdą Dawida. Z panicznymi okrzykami „Ratujcie się! Niemcy mordują ludzi!” rzucili się koło naszego domu na mur okopiska z zamiarem ukrycia się wśród gęstwy zarośli i grobów. Niebawem na ogrodzeniu pojawiła się niemiecka i ukraińska policja i z karabinów maszynowych zaczęła strzelać do uciekinierów, których było kilkadziesiąt osób. Ludzie, do których strzelali, schronili się w kącie okopiska, gdzie obecnie stoi łaźnia.

Obserwowałem to wszystko z okna na dachu naszego domu i nawet zrobiłem kilka zdjęć. Mój ojciec dowiedziawszy się o tym, wsypał mi jak należy i zaświetlił klisze ze słowami: „Czy chcesz, żeby nas też rozstrzelali, jak tych Żydów?”.

Rabin zamiata ulicę (archiwum autora)

Z tłumu przeznaczonych na śmierć dochodziły krzyki: „Nie strzelajcie! Jestem Polakiem! Jestem Ukraińcem!”. Dowódca policji wydał rozkaz: „Nicht Schiessen! Ukrainiec i Polak komm zu mir”. Konieczne było potwierdzenie ausweisem. Kilku osobom, które miały zaświadczenie przy sobie, spuszczono z muru drabinę. Uratowali się, a na odchodnym dostali solidnego kopniaka. Tego, kto się tłumaczył, że zapomniał dokument w domu, mordowano na drabinie strzałem w twarz. Ukrywających się wśród krzaków i grobów również wyciągano i mordowano.

Już było ciemno, gdy zakończyła się ta okrutna akcja. Pozostała po niej wielka piramida zebranych w jedno miejsce trupów, przypominająca znany obraz Wasyla Wereszczagina „Apoteoza wojny”.

Rankiem „piramidę” załadowano na ciężarówki i wywieziono na wielki żydowski cmentarz, gdzie później miało miejsce masowe wyniszczenie ludności żydowskiej Stanisławowa.

Krew tych zamordowanych ludzi głęboko wsiąkła w ziemię i jeszcze przez kilka lat po obfitych deszczach widać było wielką sino-brązową plamę, którą przechodnie ze strachem omijali z daleka.

„Ponad 70 lat minęło od tych tragicznych wydarzeń, które mocno wryły się w mojej pamięci. Czasami, przechodząc obok budynku nr 35 przy ul. Stefanyka widzę resztki ceglanego muru, przy którym grzmiały śmiertelne strzały karabinów maszynowych. Około 10-15 metrów ogrodzenia zachowało się jeszcze. W mojej pamięci, jak w kalejdoskopie odżywają te wydarzenia. Widzę, jak kiedyś, kobiece postacie w czerni, słyszę ich rozpaczliwy płacz i nawoływania. Wydaje mi się, że opłakują one nie tylko tych, na czyich grobach zapalały świece, ale i tych, którzy zginęli tu w 1941 roku.

Znamienne jest, że pełen patosu „Płacz Izraelitów” z opery „Nabucco” Giuseppe Verdi, jako swoiste requiem poświęcone tragedii narodu żydowskiego w VI w. p.n.e., skomponowany w 1841 roku, powtórzył się po stu latach – podczas tragedii 1941 roku” – zapisał Wołodymyr Baran

 

Szlaban 33 (archiwum autora)

Getto i jego mieszkańcy

Pierwszym krokiem Niemców w okupowanym mieście było wprowadzenie specjalnego oznakowania dla Żydów. Odtąd każdy przedstawiciel tej społeczności miał nosić na prawym ramieniu białą opaskę z niebieską gwiazdą Dawida. Żydzi mogli chodzić wyłącznie po jezdni i mieli zakaz poruszania się po chodnikach.

W mieście miały miejsce dziwne metamorfozy. Dawni przedstawiciele miejskiej elity – adwokaci, lekarze, profesorowie – teraz zamiatali ulice, czyścili kanalizację, wywozili śmiecie. Wszystko to odbywało się pod kontrolą policji ukraińskiej lub własnej żydowskiej „służby porządkowej”.

Po tej tragedii nie widziałem więcej na cmentarzu rozstrzeliwań, ale wielokrotnie obserwowałem duże kolumny Żydów – po blisko 200 osób. Czasem pośród nich widziałem znajome osoby, malarzy. Pod eskortą policji pędzono ich po Adolf Hitler Strasse i pod wiaduktem kolejowym ładowano do wagonów towarowych. Później dowiedziałem się, że wywożono ich do obozu śmierci w Bełżcu.

Bramka do getta (archiwum autora)

Zachodnią część miasta Niemcy zamienili w getto, do którego przesiedlono wszystkich Żydów. Cały teren ogrodzono płotem i ustawiono kilka punktów kontrolnych. Wewnątrz pilnowała porządku żydowska „służba porządkowa”, a od zewnątrz – patrolowała ukraińska policja. Bez specjalnych przepustek Żydów do miasta nie wypuszczano i niebawem w getcie zaczęto odczuwać brak żywności. Biedni mieszkańcy przeklętej dzielnicy robili wszystko, by uratować swe rodziny od głodowej śmierci. Wokół getta kwitł nielegalny handel żywnością. Sprytni mieszkańcy gotowali jakąś tam zupkę, potajemnie zanosili ją pod parkan getto i wymieniali na złote broszki, kolczyki, łańcuszki i inne kosztowności.

Im dłużej trwała ta blokada, tym wyższe były ceny. Dochodziło do tego, że za wiadro kaszy dawano pierścionek z brylantem. Wielu z tych „karmicieli” zbiło na tym procederze całe majątki. Był to jednak niebezpieczny interes. Gdy policja złapała kogoś pod parkanem, mógł on stracić od kolby karabinu zęby oraz całe „zahandlowane” złoto.

Nie wszyscy jednak korzystali z ludzkiego nieszczęścia. Na naszej ulicy, kilka domów dalej, mieszkała starsza pani. Była to spolszczona Ukrainka albo zukrainizowana Polka. Kilka razy byłem u niej w mieszkaniu i dobrze pamiętam czarne pianino, stojące w salonie. Już po wyzwoleniu Stanisławowa okazało się, że przez całą wojnę ukrywała u siebie żydowskie małżeństwo. Gdyby dowiedzieli się o tym Niemcy, rozstrzelaliby staruszkę niechybnie. Szkoda, że zapomniałem jak się nazywała.

Spisał Iwan Bondarew

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X