Lwowskie sensacje. Złodzieje i wariaci Widok na Staw Pełczyński, mal. Antoni Lange (1822 r.)

Lwowskie sensacje. Złodzieje i wariaci

Stołeczne królewskie miasto Lwów w ciągu wieków było sławne ze swoich obywateli, którzy byli, tak by mówiąc, „nie całkiem w kondycji”. Bycie wariatem było nawet popularne, zaś złodziejom i mordercom prasa poświęcała obszerne reportaże, opisując ich wyczyny we wszystkich szczegółach. Procesy sądowe były widowiskiem, na które zbierały się tłumy ludzi z różnych warstw społecznych i na które sprzedawano nawet bilety jak do teatru.

Na początku XX wieku nie było dnia, żeby gazety nie podawały nowe sensacyjne informacje o samobójcach, aresztowaniach aferzystów, tragediach rodzinnych. Lektura o wybrykach prostytutek i apaszów była też ulubionym zajęciem mieszczan. Sensacyjności dodawały również szczegóły pochodzenia przestępców z różnych sfer społeczeństwa i przynależności ich do różnych narodowości, zwłaszcza żydowskiej, co zawsze podkreślała prasa. Zabójstwa, afery finansowe regularnie zdarzały się i w „lepszych sferach”, o czym świadczą na przykład sensacyjne procesy Franciszka Zimy, dyrektora Galicyjskiej Kasy Oszczędności w 1899 roku czy Kazimierza Lewickiego, który w 1910 roku zastrzelił swoją kochankę – znaną artystkę dramatyczną Antoninę Ogińską.

Do sensacyjnych trzeba zaliczyć też procesy szpiegowskie, aresztowania rosyjskich i pruskich szpiegów czy okryte tajemnicą samobójstwa dyplomatów – na przykład konsula niemieckiego barona Ido von Redena w październiku 1912 roku.

Rozbudowa zakładu dla obłąkanych w Kulparkowie. Na zdjęciu pawilony główne, wieża wodna, fot. Marek Münz. Nowości Ilustrowane 1905 r.

Niektóre dzielnice miasta były szczególnie niebezpieczne dla zwykłego obywatela. Można tam było stracić nie tylko portmonetkę, ale i życie. W 1929 roku poważne katolickie pismo „Lwowskie wiadomości parafialne” pisało: „Przyzwyczajeni jesteśmy dowiadywać się o Kleparowie przeważnie z komunikatów policyjnych: o bójkach, kradzieżach lub nawet zabójstwach tam popełnionych”. Inne dzielnice przyciągały samobójców czy też wariatów. Uważało się, że idealnym miejscem dla samobójstwa może być Stryjski park, Wysoki Zamek, Cmentarz Łyczakowski, a dla topielców Staw Pełczyński.

Teren dawnego Cmentarza Stryjskiego między ulicami Stryjską i Kadecką był jednym z najbardziej niebezpiecznych i zaniedbanych miejsc i cieszył się niedobrą sławą. Zniszczone pomniki i grobowce straszyły rzadkich przechodniów i jadących gościńcem stryjskim. Część terenu porosła chaszczami i była w dzień wykorzystywana do wypasu bydła. W nocy na cmentarzu odbywały się dzikie orgie, dochodziło również do napadów bandyckich. Prasa donosiła, że na Cmentarzu Stryjskim, „zniszczonym i zaniedbanym zupełnie, dzieją się wieczorami, a zwłaszcza w niedziele, najohydniejsze orgie apaszy i cór Koryntu. Rożni indywidua przychodzą tam również w dzień i w bezwstydny sposób „opalają się”, rozbierają się do naga i plugawią miejsce spoczynku zmarłych”. Niektóre grobowce służyły miejscem schronienia dla bandytów, którzy napadali rzadkich przechodniów.

Również prawdziwe wertepy z nieuporządkowaną dziką roślinnością zajmowały stromo spadający teren od cmentarza w stronę ulicy Pełczyńskiej. Wśród tych krzaków i jarów znajdowały się też ruiny cegielni Sprechera, która została zniszczona 15 czerwca 1905 roku, kiedy we Lwowie nastąpiło prawdziwe oberwanie chmury i przerażeni mieszkańcy przeżyli zatopienie wielu ulic miasta podczas tzw. ulewy stulecia. W cegielni Sprechera znajdował się „w wysokim stopniu rozgrzany olbrzymi piec do wypalania cegieł. Gdy woda oblała piec, buchnął wielki i wysoki słup pary”. Strażnik na wieży ratuszowej nawet zaalarmował pożar. Ulica Pełczyńska zamieniła się w głęboką i szeroką rzekę, która szumnie płynęła z góry Drogą Wulecką, dalej Pełczyńską w stronę centrum miasta, wyrywając brzegi stawu Sobków i stawu Pełczyńskiego.

Staw Panieński w 1910 roku

Ten ostatni miał niedobrą sławę już przez cały XIX wiek. W 1820 roku wojskowe władze austriackie urządziły na tym stawie pływalnię wojskową. O „k. und k. szwimszule” we Lwowie mówiono jako o stawie samobójców. Jak pisał w 1938 roku Jan Gieryński w swojej pracy „Lwów nie znany”, „romantyczna panna, gdy dramat sercowy nadto jej dolegał, wybierała się tradycyjnie nad staw Pełczyński, by się tam rzucić w kałużę (…) Wypadki te dostarczały zwykle na kilka dni tematów do pogawędek salonowych i stanowiły miłe urozmaicenie przedwojennej nudy”.

Znacznie groźniej wyglądały wypadki w okolicach Cmentarza Stryjskiego. Bandyckie napady na przechodniów, zwłaszcza o porze wieczornej odstraszały chętnych do spacerów w części górnej ulic Stryjskiej i Kadeckiej, również ulicą Pełczyńską obok stawu o tejże nazwie, u stoku góry Wronowskich (Cytadeli) i wzgórza Pełczyńskiego. Opisy takich bandyckich napadów, we wszystkich ich szczegółach drukowała prasa lwowska, a najczęściej bardzo poczytna gazeta „Wiek Nowy”. Prawie codziennie to czasopismo podawało informacje mrożące krew w żyłach o zabójstwach, samobójstwach, otruciach, zatruciach, gwałtach, strzałach w miejscach publicznych ze zbroi palnej. W lecie i jesienią 1912 roku takie wypadki notowano codziennie, otóż nawet prasa ochrzciła owe wydarzenia „epidemią samobójstw”. Ktoś z uczciwych obywateli pomyślał nawet, że cały Lwów zwariował, zaś przykład normalnym ludziom pokazują prawdziwi wariaci z Kulparkowa.

27 sierpnia „Wiek Nowy” relacjonował: „Doniesiono nam, że w Zakładzie Kulparkowskim panują niemożliwe stosunki. Oto, przechodzący wczoraj przed wieczorem obok zakładu byli świadkami olbrzymiej awantury wywołanej przez chorego nazwiskiem Hoffmann, który rzuciwszy się bez powodu na drugiego chorego zbił go krzesłem po głowie tak ciężko, że ten padł jak martwy na ziemię. Kiedy bitemu skoczył na pomoc jakiś drugi chory – staruszek, Hoffmann rzucił się nań z wściekłością krwawiąc go silnie. A całemu widowisku mieli się przyglądać spokojnie dozorcy zakładowi”. Według relacji gazety, nie było również żadnej reakcji na tę publikację ze strony kierownictwa zakładu dla umysłowo chorych, jak również magistratu lwowskiego.

Cytadela

Tegoż samego dnia jeszcze bardziej groźna awantura miała miejsce na Cytadeli, gdzie stacjonował 30 pułk piechoty armii austro-węgierskiej. Reporter „Wieku Nowego” nadał swojemu artykułowi tytuł: „Strzały zwariowanego kaprala”. Otóż podoficer 30 pułku piechoty niejaki Adam Łukawski „dostał nagle pomieszania zmysłów” i przez kilka godzin terroryzował ponad 600 żołnierzy pod dowództwem najpierw kadetfeldfebla, a później podpułkownika. Reporter nazwał to wydarzenie „niezwykle denerwującą sceną”, którą obserwowali też cywile, mieszkańcy sąsiadujących z koszarami kamienic. Kapral Łukawski, uzbrojony w karabin z bojowymi nabojami, strzelał w każdego, kto zjawił się w polu jego widzenia, zwłaszcza ze szczególniejszą pasją do osób cywilnych.

Jak wyjaśniło się później, Adam Łukawski był rodem ze Lwowa, z Łyczakowa, odznaczał się inteligencją umysłów, pracował jako elektrotechnik we Lwowie, później w Berlinie. Władał językami francuskim i angielskim oraz znakomicie niemieckim, naturalnie polskim. W wojsku cieszył się dobrą opinią, szybko awansował na kaprala. Ale w pewnym momencie zbliżył się z „policyjnie notowanym indywiduum” o nazwisku Piwonka. Przyjaźń ta podziałała na Łukawskiego demoralizująco, zaczął włóczyć się po nocach po knajpach, wydawać pieniądze na uliczne kobiety, zaniedbywać służbę wojskową. Kilka dni przed wypadkiem napadł na niego w szynku Nireuberga były fryzjer niejaki Robert Feit i uderzył po głowie bagnetem. Po uderzeniu Łukawski padł nieprzytomny. Od tego czasu szybko rozwijało się u niego zaburzenie mózgowe, wskutek którego dostawał ostrego napadu szału. W oknie koszar kapral krzyczał do zebranych, że chce jechać do Monte Carlo, gdzie jest właścicielem posiadłości ziemskich i zamku, kazał tytułować siebie „panem hrabią” i przynieść mu wina z piwnicy.

Tymczasem wezwano miejską straż pożarną, która przybyła sprawnie na miejsce i próbowała silnym strumieniem wody z sikawki obezwładnić szaleńca. Przy bramie koszar zebrał się tłum ciekawskiej publiczności. Do koszar wezwano też matkę szaleńca, która zbliżyła się do syna i podała mu butelkę wódki. Wtedy „przyskoczyło do niego trzech żołnierzy i schwycili wariata. Ale ten szarpnął się silnie i wyrwał się żołnierzom”. Wymyślono więc nowy chwyt, mianowicie jeden z kolegów Łukawskiego, niejaki Rudnicki zawiadomił szalejącego kaprala, czyli „pana hrabiego”, że na dole oczekuje na niego powóz i konie oraz rycerze w celu podróży do Monte Carlo. Dopiero wtedy Łukawski zszedł na dziedziniec Cytadeli, gdzie czekali już na niego przygotowani żołnierze, którzy mocno skrępowali go sznurami.

O godzinie trzeciej po południu Adama Łukawskiego zawieziono do szpitala garnizonowego na jego rodzinnym Łyczakowie. Byłego fryzjera Roberta Feita aresztowała policja. O dalszych losach „bohaterów” tej awantury niestety nic nie wiadomo.

Jurij Smirnow

Tekst ukazał się w nr 2 (390), 31 stycznia – 14 lutego 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X