Legendy starego Stanisławowa. Część 56 Ulica Słowackiego w Stanisławowie, zdjęcie ze strony polona.pl

Legendy starego Stanisławowa. Część 56

Operacja „Bateryjki”

We wspomnieniach Petra Werszyhory – kierownika wywiadu oddziału partyzanckiego Kowpaka, działającego w latach II wojny w terenie podkarpackim – jest kilka wzmianek o Stanisławowie. Na przykład pisze on, że w lipcu 1943 roku w lasach pod miastem oddział natknął się na obóz żydowski. Około stu Żydów cudem przeżyło likwidację stanisławowskiego getta i ukrywali się przed hitlerowcami. Dowodził nimi były stanisławowski dentysta i ginekolog dr Zimmler.

Radiotelegrafista partyzanckiego oddziału, zdjęcie ze źródeł internetowych

Lekarz od razu zdobył zaufanie partyzantów. I wcale nie dlatego, że wyleczył kilku żołnierzy z biegunki. Dobrze znał kilku miejscowych chłopów ukraińskich, którzy korzystali z jego usług. Ich też postanowił wykorzystać Werszyhora. Na prośbę dra Zimmlera Huculi zaczęli zbierać informacje o działaniach Niemców w okolicach i nawet chodzili z zadaniami do Stanisławowa. Za te usługi bolszewicy rozliczali się z nimi zdobytą gotówką.

Gen. Piotr Werszyhora, zdjęcie ze źródeł internetowych

Pewnego razu „padł” akumulator radiostacji oddziału. Niemożliwe było znaleźć podobny w tych warunkach. Postanowiono poszukać czegoś na zamianę. I znaleziono!

Agentom dra Zimmlera zlecono skup w Stanisławowie 1500 baterii do latarek. Werszyhora trochę się niepokoił: gdyby kontrwywiad niemiecki był mądrzejszy, to uchwyciłby tę nitkę. Jak wykazały dalsze wydarzenia – Niemcy się nie spostrzegli. W ciągu jednego dnia ze wszystkich sklepów w Stanisławowie znikły baterie do latarek, zalegające na półkach przez lata. Nikt się nie spostrzegł i agenci spokojnie dotarli do obozu.

Niebawem łączność znów nawiązano.

Grób Rudniewa

Nazwisko Rudniewa, komisarza oddziału partyzantów Kowpaka, stało się legendarne. Według jednej z legend, zamordowała go podstępnie specjalnie przysłana radiotelegrafistka z Moskwy. Przyczyną rozkazu miała być sympatia, którą komisarz darzył bojówki OUN-UPA i z którymi prowadził pertraktacje. W archiwach zachował się dziennik Rudniewa, z którego wynika, że ta „sympatia” była przesadzona. Oto urywek:

„Nacjonalistów jest tu od cholery. Nie ma wioski, żeby nie było tam tej zarazy: i bulbowcy, i banderowcy, i melnykowcy. Znudziła mi się komedia z tą swołoczą. Zebrał się cały nacjonalistyczny motłoch, który rozbić nie byłoby trudno, ale byłoby to na rękę Niemcom i nastawiłoby przeciwko nam wszystkich zachodnich Ukraińców. Wśród nich jedynie dowództwo jest ideowo mocne, a cała reszta – to ślepa broń w rękach nacjonalistycznych prowodyrów. Przy pierwszym uderzeniu wszystko to się rozleci i nic nie zostanie z tej niezależnej Ukrainy” – pisał Rudniew.

Komisarz Siemion Rudniew. zdjęcie ze źródeł internetowych

Komentarz tu zbędny. NKWD nie było zainteresowane mordem komisarza.

Z jego imieniem powiązana jest jeszcze jedna legenda. Jak wiadomo, oddział partyzancki został zniszczony przez Niemców w okolicach Delatyna w sierpniu 1943 roku. To w tym boju komisarz przepadł bez wieści. Szef wywiadu Werszyhora zbierał informacje o swoim komisarzu. Zameldowano mu, że Niemcy przywieźli trup Rudniewa i pochowali na starym żydowskim cmentarzu.

Po wojnie Werszyhora kontynuował poszukiwania. Na żydowskim cmentarzu nic nie znalazł. Prawdziwy grób komisarza odnalazł w okolicach Delatyna. Rudniewa zidentyfikowano z resztek wąsów. W 1946 roku dokonano jego ponownego pochówku we wspólnym grobie w Jaremczu. Jego pomnik w Stanisławowie stał przez pewien czas koło liceum wychowania fizycznego.

Mleko dla obrony własnej

Psychologowie twierdzą, że reakcję człowieka na sytuację stresową można określić trzema słowami: bij, uciekaj, znieruchomiej. Innymi słowy, w krytycznej sytuacji ktoś realnie wyhamowuje, ktoś inny zaczyna bez sensu się miotać, a jeszcze inny, i tych jest najmniej, czynnie przeciwdziała zagrożeniu. Co może wywoływać takie reakcje? Byle co, chociażby rabunek.

Interesująca jest książka Wasyla Jaszana „Pod brunatnym butem”, w której opisuje Stanisławów w czasie niemieckiej okupacji. W październiku 1943 roku zdarzyła się historia, która nabyła rozgłosu w mieście i zwróciła uwagę kronikarza. Jako łącznik pomiędzy władzą okupacyjna i miejscową ludnością został utworzony Ukraiński Komitet Okręgowy. Pracowała tam młoda skromna dziewczyna Olga Switna.

Grób Rudniewa w Jaremczu, zdjęcie z archiwum Leonida Orła

Pewnego wieczoru, gdy było już ciemno, wracała do domu ulicą Słowackiego (ob. Gen. Tarnawskiego). Dziś uważana jest za spokojną, ale w czasie wojny tą drogą prawie nikt nie chodził. Jedną ręką Ola prowadziła rower, a w drugiej trzymała dzbanek z mlekiem. Nagle z ciemności wynurzył się mężczyzna, wydobył nóż i kazał się rozbierać. Ani płaszcza, ani cnoty dziewczyna nie miała zamiaru tego wieczoru oddawać i walnęła bez namysłu napastnika dzbankiem po głowie. Porzuciła rower i uciekła. Bandyta był na tyle oszołomiony, że nawet nie miał zamiaru prześladować dziewczyny.

Napadów na ulicy Słowackiego więcej nie było. Przynajmniej nic o tym nie pisano.

„Pantelaria”

Jak wyobrażacie sobie Państwo partyzantów? Komuś staje w oczach postać chłopców z UPA w cyklistówkach ze szmajserami zdobytymi na wrogu. Ktoś inny przypomni sobie partyzantów Kowpaka w czapkach-uszankach z czerwoną tasiemką i pepeszą. A przecież w tym czasie Stanisławów miał swoich partyzantów. Przy tym niepasujących do żadnego z powyższych opisów leśnych braci.

Po okupacji miasta Niemcy utworzyli w nim getto. Wszystkich jego mieszkańców czekał taki sam finał – śmierć. Nie wszyscy jednak się na to zgodzili. Kilku młodych Żydów uciekło w Karpaty, zorganizowali tam oddział partyzancki. Znane są nawet ich nazwiska: Oskar Fridlender, dentysta Kremicer, dr Zimmer. Najdziwniejsze było to, że dowodziła nimi kobieta – inż. Anda Luft. Oddział nazywał się „Pantelaria” – na cześć córki pani dowódcy. Mała przyszła na świat w dniu, gdy sojusznicy zdobyli włoską wyspę Pantelarię na Morzu Śródziemnym.

Przez prawie rok oddział walczył z Niemcami i nawet udało mu się zlikwidować szefa policji Tauscha. Jednak 5 listopada 1943 roku naziści zniszczyli partyzantów. W walce zginęła Anda Luft, jej mąż i maleńka Pantelaria. Ten bój przeżyło jedynie cztery osoby.

Tyśmieniccy Żydzi idą do getta, zdjęcie z archiwum Leonida Orła

Po rozstrzale

17 listopada 1943 roku stało się czarną kartą w historii Stanisławowa. W tym dniu pod murami synagogi Niemcy rozstrzelali 27 ukraińskich patriotów, członków OUN. Większość z nich została aresztowana w dniu poprzednim w czasie obławy w Teatrze Miejskim, podczas spektaklu operetki „Szarika”.

Pewien węgierski oficer – sojusznik Niemców – robił zdjęcia z egzekucji. Do naszych dni zachowało się kilka tych strasznych fotografii. Kiedyś należały do zbieracza pamiątek Romana Biłana i to on zwrócił uwagę na jedną z nich. Dosyć dziwne jest to zdjęcie. Widzimy pluton egzekucyjny, chwilę po wykonaniu rozkazu opuszczający miejsce kaźni. Wszyscy mają niepokryte głowy, a stalowe hełmy trzymają w rękach. Jest to jawne naruszenie subordynacji i nie jest właściwe dla pedantycznych Niemców. Na poprzednich zdjęciach żołnierze przedstawieni są w hełmach. Twarze są ponure, oczy opuszczone – wydawać by się mogło, że wstydzą się swego czynu. Przy tym są zbyt lekko ubrani jak na listopad.

Egzekucja pod synagogą, zdjęcie z archiwum Romana Biłana

Kim byli ci ludzie? Świadkowie wspominają, że egzekucji dokonała niemiecka schutzpolicja, w której służyło wielu volksdeutschów – miejscowych Niemców. Wielu z nich, jako mieszkańcy Stanisławowa, mogli znać kogoś z rozstrzelanych. Prawdopodobnie tym volksdeutschom było wstyd spoglądać w oczy rodzinom straconych, swoim dawnym sąsiadom. Dlatego zdjęli hełmy. A może był to pewien rytuał, gdy kaci prosili swe ofiary o przebaczenie. Bezpośredni świadkowie tych wydarzeń może mogliby wyjaśnić, dlaczego Niemcy zdjęli hełmy. Ale gdzie teraz tych świadków szukać?

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 2 (390), 31 stycznia – 14 lutego 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X