Z Państwem Haliną i Krzysztofem Rumińskimi rozmawiała Anna Gordijewska.
Niewiele jest rodzin polskich, które zostały we Lwowie po drugiej wojnie światowej. Jesteście taką polską lwowską rodziną. Działacie społecznie – pracujecie na Cmentarzu Orląt Lwowskich.
Krzysztof Rumiński: Urodziłem się we Lwowie w domu pod numerem 18 na ulicy Norwida, dziś Hordyńskich. Obok jest jezioro, nad którym spędziłem swoje dzieciństwo. Nauczyłem się tam pływać, biegałem z kolegami. Całe życie swoje spędziłem w tej okolicy. Mówiono mi, że poprzednio była tam fabryka gipsu, której już nie ma. Została tylko ulica Gipsowa i pałac Chodkiewiczów, który wcześniej był pałacem Franzów. Obecnie wraz z małżonką mieszkamy obok, przy dawnej ulicy 29 Listopada
Dziś to ulica Konowalca, a 4 września br. byliście Państwo świadkami straszliwej tragedii. Naprzeciwko was wskutek ostrzału miasta runęła część budynku i zginęli ludzie.
KR: Przeżyliśmy to strasznie. Stało się to przed godziną 6 rano. Wtedy zagrzmiało, pomyślałem, że wyjdę na zewnątrz, by zobaczyć co się dzieje. Był straszny huk, płacz, krzyki. Nie było nic widać, jakby mgła. To dom już się zawalił i ten cały pył rozpowszechnił się po całej tej części ulicy, po ogródkach. Wszystko wokoło było biało. U nas w domu zostały wybite wszystkie szyby. Żonę zasypało szkłem – ona spała w pokoju naprzeciwko. Drzwi powyłamywane w dolnej części – jak gdyby podmuch wiatru szedł i wszystko niszczył po drodze. Wszystko to musiałem z kolegą naprawiać.
Pani Halino, a gdzie Pani się urodziła?
Halina Rumińska: Urodziłam się w domu nr 7 na ulicy 29 Listopada, dziś Konowalca, i w tym samym domu mieszkam po dzień dzisiejszy. Z dzieciństwa bardzo mało pamiętam. Mam kilka zdjęć, które ocalały z dawnych czasów. Na jednym z nich jestem na schodach pałacu Chodkiewiczów razem z gromadką naszych dzieci. To było w czasie wojny, 1943 rok. Do kościoła uczęszczaliśmy pw. św. Marii Magdaleny, w tym kościele przystąpiłam do pierwszej komunii. Później nasz kościół został zamknięty i ślub braliśmy już w katedrze.
Pani wspominała o tym, że po wojnie wasze mieszkanie się zmniejszyło.
HR: Przyszły wojska sowieckie, po wojnie system się zmienił. Do wszystkich mieszkań zaczęto dosiedlać. Do nas dosiedlono rodzinę, dlatego zabrano nam dwa pokoje. Matka nie oponowała, bała się coś mówić, bo to były bardzo ciężkie czasy. To dosiedlone małżeństwo oboje byli partyjni, pracowali na kolei na wysokich stanowiskach. Były to czasy kiedy za nic ludzi wywożono, więc staraliśmy żyć bardzo cicho, matka nas wychowywała tylko w jednym pokoju. Nie mieliśmy ani kuchni, ani łazienki. Musieliśmy sobie to zorganizować piętro niżej, w suterenie. Tam mieliśmy prowizoryczną kuchnię.
Nad bramą kamienicy w której Państwo mieszkają jest przedwojenny ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej.
KR: Ten ryngraf kazano nam zdjąć. Rodzice zdjęli go, by nowe władze go nie zniszczyły. Ten medalion w kształcie tarczy ponad 50 lat leżał u nas w szufladzie czekał na dobre czasy, że może jeszcze kiedyś wróci na swoje miejsce. I takie nadeszły czasy, że mogliśmy go odnowić i umieścić na właściwym miejscu. I znów widnieje na naszym domu. Dużo ludzi przechodząc obok ogląda, robią zdjęcia, bo nie na wszystkich domach taki ryngraf jest. Jest to naszą chlubą.
fot. z archiwum Państwa Rumińskich
Państwa rodzina nie zdecydowała się wyjechać w czasie repatriacji? Została we Lwowie.
KR: Kiedy miałem iść do wojska,do poboru, zawołano mnie i zapytano czy czasem nie wyjeżdżamy do Polski. Wiedziano, że jesteśmy Polakami. Powiedziano mi, bym zapytał rodziców, braci, siostry. Wszyscy stwierdzili, że zostajemy. Wróciłem do punktu poborowego i zaciągnięto mnie do wojska.
Pani Halino, Pani rodzina również zdecydowała się pozostać we Lwowie?
HR: Mój ojciec był bardzo ciężko chory. A było nas pięcioro małych dzieci. Matka odprowadzając swoich braci, którzy zdecydowali się wyjechać, zobaczyła w jakich warunkach odjeżdżali, powiedziała, że nie może się zdecydować jechać w nieznane. Bo właściwie to było nieznane. Więc zostaliśmy. Myśleliśmy, że może później, może coś się zmieni i będzie jakoś inaczej. Może lżej będzie wyjechać, a może w ogóle nie trzeba będzie wyjeżdżać. Moje rodzeństwo rozpierzchło się po świecie. Dwie siostry wyjechały do Polski na naukę i zostały. A siostra Janka, brat Ryszard i ja zostaliśmy we Lwowie.
fot. z archiwum Państwa Rumińskich
Panie Krzysztofie, gdzie z Panią Haliną poznaliście się?
KR: Poznaliśmy się na ulicy Akademickiej, przypadkiem. Było to wieczorem po mszy św. w katedrze. Nie pamiętam jaka to była msza, może majówka? Uczyliśmy się wcześniej razem. I tak słowo za słowem, umawialiśmy się z dnia na dzień. W końcu pobraliśmy się. Ślubu w katedrze udzielił nam ks. Rafał Kiernicki.
HR: To było w 1965 roku.
Ksiądz udzielił ślub państwu ślub nie potajemnie?
KR: Nie, normalnie udzielił nam ślub.
HR: Wtedy kościół jeszcze funkcjonował normalnie. W katedrze było wszystko legalnie. Wszyscy my uczęszczaliśmy do 10 szkoły, nasze dzieci też. Kiedy tę szkołę przekształcono na 8-letnią, musieli maturę robić w szkole nr 24. Dzieci po maturze zdecydowały się wyjechać na studia.
Państwo przez całe życie jesteście związani z tą dzielnicą. Jak Państwo wspominają szkołę nr 10?KR: Miło wspominamy szkołę. Zawsze przed szkołą szedłem na lekcje religii do kościoła św. Marii Magdaleny.
W jakich to było latach? Bo trzeba wspomnieć, że w 1962 roku kościół ten został zamknięty.
KR: To były lata 50.
HR: Mam zdjęcie z roku 1956.

A Pani Halina jak wspomina szkołę? Kogo z nauczycieli Pani zapamiętała najbardziej?
HR: Na naszej ulicy mieszkała nauczycielka języka francuskiego pani Jurkowska. Ale, jak to dzieci – robiliśmy różne fikusy na lekcjach, tę nauczycielkę nazywaliśmy „Kiciu”, bo ona w domu miała kilka kotów, lubiła koty. A dzieci jak to dzieci – zawsze robią figle, jednego razu na lekcje przyniosły kota i wypuściły w czasie lekcji. Naturalnie, było zamieszanie.
KR: Ja wspominam dyrektora pana Purchawkę. Kiedy moje dzieci już zaczęły uczęszczać do szkoły, w czasie wakacji malowaliśmy klasę i raptem wchodzi taki gość średniego wzrostu. To waśnie był pan dyrektor. Rozczulił się wtedy, bo pracował wcześniej w tej szkole. Wyjechał później do Polski.
HR: Z nauczycieli była jeszcze pani Jaworska bardzo dobrą polonistka. Bardzo starała się nas wprowadzić w świat literatury polskiej, żebyśmy jak najwięcej tej nauki wchłonęli, jak najwięcej się nauczyli. Mieliśmy przecież tylko szkołę po polsku.
KR: Ja pamiętam panią Niementowską, która uczyła języka francuskiego. Historyka Reicha. Panią Gadomską. Panią Gindę, która była moją pierwszą nauczycielką.
HR: Tak, ona młodsze klasy prowadziła.
KR: Była jeszcze nauczycielka Płocka.
W szkołach był program sowiecki, który narzucał odpowiednią narrację, zwłaszcza jeśli chodzi o historię. Jest to swego rodzaju fenomen, że Polacy – mieszkańcy Lwowa zachowali swoją tożsamość i swój język. Pomogła w tym szkoła bez podręczników w języku polskim. To zasługa nauczycieli. Pani Halino, wspominała Pani o tym, że mimo to, iż mieszkaliście w ZSRS, w waszym domu zawsze rozmawiano po polsku.
HR: Naturalnie, wszystkie święta, różne uroczystości przeżywaliśmy w domu. Ale staraliśmy się nie pokazywać tego na zewnątrz. Sąsiedzi mimo wszystko też różni byli. Wszyscy wiedzieli, że jesteśmy Polakami i że rozmawiamy po polsku i zachowujemy tradycje. Obok w naszej kamienicy mieszkali i Żydzi, i Rosjanie, i Ukraińcy. Większość nas tolerowała. My też nie wchodziliśmy w żadne konflikty. Moja matka nigdy o nikim nie mówiła źle, i nas ludzie tolerowali i wspomagali w potrzebach.
Jak Pani wspomina święta? Kiedyś do świąt Bożego Narodzenia długo się przygotowywało, czekało się na nie. Nie było takich pięknych bombek jak teraz.
HR: Pamiętam z dzieciństwa, że zbieraliśmy różne opakowania z cukierków kolorowe i błyszczące – z tego robiliśmy łańcuszki. Może ktoś jeszcze przechował lepsze ozdoby na drzewko, ale my mieliśmy takie bardzo skromne. To był najlepszy czas – przygotowania do świąt. Robiliśmy łańcuchy, wstęgi błyszczące. Zawsze na drzewko wieszaliśmy jabłuszka. Zawsze było drzewko pomimo iż był wtedy problem, żeby na polskie święta drzewko dostać. Na dworzec główny ludzie przywozili drzewka z Karpat, mąż tam szedł i zawsze starał się wybrać ładne duże drzewko, by sięgało od podłogi do sufitu – a mamy sufit wysoki. Może nie było takich ładnych ozdób, ale drzewko musiało być ładne. Wszystko było zrobione naszymi rękami i było dla nas bardzo cenne.
My bardzo czekaliśmy na Świętego Mikołaja, pamiętam, pisałam listy, które za oknem przyklejałam dla aniołków. Czy Państwo też tak robiliście?
KR: Tak, listy były.
HR: Ale Święty Mikołaj nie zawsze miał takie możliwości, żeby coś dobrego nam, dzieciom, przynieść. Tak mi w pamięci utkwiło, że dostaliśmy raz po takim dużym rogalu, nie takie maleńki, ale taki duży z marmoladą. To był prezent od Świętego Mikołaja. Wtedy czasy naprawdę były ciężkie i Święty Mikołaj był bardzo biedny i musiał podarować nam to co było dostępne.
Panie Krzysztofie, wspominaliśmy, że Pan uczył się w szkole nr 10 im. św. Marii Magdaleny, że chodził na msze św. A w 1962 roku kościół został zamknięty. Czy Pan pamięta te czasy?
KR: Tego czasu nie pamiętam, bo akurat w 1962 roku wróciłem z wojska. Kościół zamknięto parę miesięcy wcześniej. Religii uczyła nas również pani Makowiecka mieszkająca też na ul. 29 Listopada, nieco niżej. Rodzice starali się abyśmy jak najwięcej nauczyli się religii i polskości, która nam była potrzebna jako młodzieży. W domu zawsze rozmawialiśmy po polsku, słuchaliśmy radia – zawsze Warszawy.
W tamtych czasach wszyscy słuchali na długich falach pierwszego programu polskiego radia. Później były studia, pracowaliście Państwo, potem udzielaliście się, pracowaliście społecznie na Cmentarzu Orląt. Jesteście Państwo członkami Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi (TOnGW), od samego jego powstania. Towarzystwo opiekuje się słynnym Cmentarzem Obrońców Lwowa nazywanym również Orląt Lwowskich. W tym roku obchodzi swoje 30-lecie powołania. Jak to wszystko się zaczęło?
KR: Ja i moi koledzy byliśmy założycielami tego towarzystwa, a pierwszym prezesem był Eugeniusz Cydzik. Bardzo porządny człowiek, uczciwy. Lubił dyscyplinę – co powiedział to było święte, musiałeś to zrobić. Sprawdzał czy wszystko zrobione, jeśli wszystko było dobrze – to chwalił. Pracowaliśmy dwa razy w tygodniu. Przychodziliśmy na cmentarz w środy i soboty. Nie na długo, na parę godzin. Ale trzeba było tu pracować fizycznie. Wielu Polaków mieszkających we Lwowie w te czasy przychodziło i udzielało się, żeby ten cmentarz na nowo powstał i miał ten wygląd jaki miał przed wojną.
Fot. z archiwum Państwa Rumińskich
Niestety, liczba Polaków urodzonych we Lwowie nam maleje. Wtedy, 30 lat temu, naprawdę było dużo osób, które z potrzeby serca zapisywały się do tych organizacji. Wiedziały jedno – trzeba odnowić ten cmentarz.
KR: Ludzie po pracy podstawowej szli na cmentarz, nawet z ciekawości. Bo zawsze były jakieś znaleziska. Po odkopaniu części nagrobku zastanawialiśmy się gdzie on stał. Sprawdzaliśmy na jakim grobie jaki był krzyż, nazwisko. Na tym cmentarzu pochowanych jest 2 859 osób, wśród nich wiele młodzieży. Każdy grób jest pielęgnowany. Nasza grupa ludzi opiekujących się cmentarzem liczy obecnie około 30 osób. Każdy ma wyznaczoną kwaterę, na której wykonuje pracę porządkowe, stara się aby nie zarastała chwastami. Staramy się by wyglądało jak najlepiej. Zawsze byli goście z Polski, teraz w związku w wojną jest mało zwiedzających. Przychodzą też mieszkańcy Lwowa i zachwycają się tym, że cmentarz jest tak dobrze utrzymany.
A co robią kobiety? Pewnie przy roślinach pracują?
HR: Ja na cmentarzu również jestem od samego początku powstania TOnGW. Zajmowałam się zawsze pracami porządkowymi. Na początku sadziliśmy kwiatki, byle jakie, niedrogie, ale żeby było ładnie. Teraz te kwiatki zamieniliśmy iglakami, są one na każdym grobie. Żeby groby wyglądały jednakowo, żeby wizualnie bardziej się układało. Każdy jest przydzielony do kwatery, na kwaterze jest ponad 240 grobów. Pracujemy w miarę swoich sił, jesteśmy przecież już w poważnym wieku.
Warto dodać, że jedne z pierwszych krzewów były przekazane przez prof. Jerzego Pióreckiego z Arboretum w Przemyślu.
KR: To prawda, za co mu bardzo dziękujemy i pamiętamy o tym.
Ten cmentarz został odbudowany dzięki śp. Andrzejowi Przewoźnikowi. On często przyjeżdżał do Lwowa. Spotykał się z władzami miasta, z merem, zawsze omawiana była sprawa cmentarza. Spotykał się zawsze też z nami, członkami Towarzystwa, rozmawialiśmy na temat otwarcia cmentarza. Otwarcie nastąpiło 24 czerwca 2005 roku. Była to wielka uroczystość tak dla strony polskiej, jak i dla nas, lwowiaków. Na tym otwarciu był ówczesny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski i prezydent Wiktor Juszczenko ze strony ukraińskiej, a także ministrowie obu państw. Mszę św. wtedy odprawił kard. Marian Jaworski. Po obu stronach kaplicy stały warty honorowe. Oddane były salwy. Było zapalenie zniczy, złożenie wieńców. A w dolnej części między rzędami na krzesełkach siedzieli lwowiacy i goście. Było bardzo uroczyście i wzruszająco.
1 listopada Polacy we Lwowie oprócz tego, że tradycyjnie odwiedzali groby swoich najbliższych, zawsze udawali się ze zniczami na Cmentarz Orląt. Czy może Pani opowiedzieć co Pani zapamiętała z czasów przed renowacją cmentarza?
HR: To był nie cmentarz, a ruina. Był w tak złym stanie, że członkowie towarzystwa odkopywali dosłownie każdy grób. Mężczyźni byli bardziej w te ciężkie prace zaangażowani, a kobiety pomagały w miarę możliwości. Cieszyliśmy się z każdego odkopanego grobu, każdego odczyszczonego nagrobka.
KR: Chcę jeszcze dodać, że nad katakumbami sowieci urządzili zakłady kamieniarskie. Wewnątrz katakumb, gdzie jest pochowanych 72 osoby, była kotłownia, wysoki komin i chyba z 12 rur. Trzeba było to wszystko zlikwidować. Gdy otrzymaliśmy pozwolenie, wszystko to my z panem Blinowskim poobcinaliśmy. Pracowali na cmentarzu również pracownicy firmy Energopol – ochotnicy udzielali się po pracy. Firmą wtedy kierował śp. Józef Bobrowski.
Warto dodać, że było tam również wysypisko śmieci. Pamiętam te czasy również.
KR: Tak, my mężczyźni taczkami te śmieci wywoziliśmy za mur. Cmentarz był przedzielony drogą asfaltową. Na części za drogą została dokonana ekshumacja przez prof. Andrzeja Kolę. Andrzej Przewoźnik zwrócił się do prof. Koli, aby ten zorganizował grupę, która dokonała tej ekshumacji. Jeżeli pamięć mnie nie myli, ekshumowane zostały wtedy zza drogi i spod jezdni szczątki 320 osób. Precyzyjnie wszystkie prace były wykonane. Mam zdjęcia z tego okresu, na których jestem ja, mój kolega Leszek Kruk i inni koledzy, którzy chcieli brać udział w ekshumacji. Później w zakładach pogrzebowych zostały zakupione niewielkie trumienki, takie metrowe, dziecięce. Sam chodziłem je zamawiać razem z synem prof. Koli Andrzejem. Do tych trumienek były wkładane dwa woreczki – jeden ze szczątkami, w drugim to co zostało znalezione przy szczątkach – sprzączka, guzik, obrączka. Każdy woreczek był oplombowany. Trumienki się podpisywało, a ja je plombowałem.
Gdzie te szczątki zostały pochowane?
KR: Te wszystkie trumienki początkowo były składane w podcieniach katakumb. Tam jeszcze wtedy były zakłady kamieniarskie i były jeszcze prowizoryczne drzwi, które za każdym razem były plombowane. W kaplicy też były te trumienki składane. Nastąpił ten moment, kiedy trzeba już było dokonać pochówku. Wyznaczono na nie miejsce z lewej i prawej strony od kaplicy. Mam zdjęcie, które zostało zrobione w dniu kiedy te trumienki były poświęcone i pochowane.
Czy pamiętają Państwo jak wyglądał cmentarz przed zniszczeniem przez czołgi sowieckie w1971 roku?
KR: Tak. Pierwsze kroki w uporządkowaniu cmentarza zrobił pierwszy konsul RP Włodzimierz Woskowski z dyrektorem firmy Energopol Bobrowskim. Przyszli, oglądnęli cmentarz i jego opłakany stan. Zwrócili się do władz miasta – wtedy jeszcze panował Związek Radziecki. Otrzymali pozwolenie. I po swej pracy głównej pan Bobrowski nabierał ochotników do odgruzowania cmentarza. My, lwowiacy, dowiedzieliśmy się o tym i przystąpiliśmy im do pomocy. Za pomocą łopat i taczek wywoziliśmy te gruzy. Przez dłuższy czas co dnia przychodziliśmy, pracowaliśmy fizycznie – wszyscy, którzy czuli, że jego obowiązkiem jest przyczynić się aby ponownie powstał Cmentarz Orląt.

Czy Pani pamięta swoje uczucia kiedy cmentarz powstał ponownie, bo nie wszyscy wierzyli w to że jednak oficjalnie uda się cmentarz otworzyć.
HR: Pamiętam jeszcze taki szczegół z czasu, kiedy cmentarz dopiero przeszedł pod nasz zarząd i kiedy odeszli pracownicy zakładu kamieniarskiego, którzy wcześniej tam pracowali – zostawili nam w spadku dwa psy. Te psy w katakumbach pilnowały ich rzeczy. Zrobiliśmy im budy, bo była zima. Przynieśliśmy im stare koce, by te psy nie zmarzły. A moim obowiązkiem było karmienie ich. Te psy były bardzo przyzwyczajone do tego miejsca, nie uciekały z cmentarza. Pan Eugeniusz Cydzik dawał mi kaszę. Ja kupowałam na placu resztki mięsa. Gotowałam i nosiłam gorące „danie” tym psom, żeby codziennie miały ciepłe żarcie. Nosiłam też ciepłą wodę w butelkach zawiniętych w szmatki, żeby nie zamarzły – przecież była zima. Bałam się wtedy bardzo! Człowiek wtedy nie był jeszcze przyzwyczajony do cmentarza – i był młodszy, i nie bardzo jeszcze wtedy z cmentarzami związany. W takim strachu szłam na ten cmentarz, a na dodatek tam żywej duszy nie było. Prędziutko dałam to jedzenie i nalałam wody – i już mnie na cmentarzu nie było (śmieje się). A później ten cmentarz zaczął nabierać kolorów – jak to się mówi. Cieszyliśmy się bardzo za każdym razem, że coś jest zrobione. I tak powolutku doszliśmy do otwarcia cmentarza. To była bardzo wzniosła chwila. Bardzo cieszyliśmy się, że ci, którzy polegli, są porządnie uczczeni.
Byliśmy młodsi – baliśmy się po prostu. A starsze pokolenie, wiadomo, ma inny stosunek do cmentarzy. Ale co dalej? Czy jest teraz młodzież chętna do pomocy?
KR: Różni ludzie przychodzili na cmentarz. I raz ktoś z konsulatu, już nie pamiętam kto, mnie zapytał czy zachęcamy młodzież do prac na cmentarzu? Zapraszamy z wielką chęcią, ale młodzież przychodzi tylko jeżeli szkoła zorganizuje ich na sprzątanie jakiejś kwatery na Cmentarzu Orląt czy na innych kwaterach Cmentarza Łyczakowskiego. Wówczas grupki z nauczycielką przychodzą i sprzątają. A tak na ogół, nikt się nie garnie, oprócz nas starszych osób, które połknęły tego bakcyla.
Czasy są trudne. Najpierw covid, teraz wojna. Z wojną wiążą się też wyłączenia prądu. Jak to wszystko odbija się na waszej pracy?
KR: Jak człowiek po pracy przychodzi do domu i ma prąd, inaczej funkcjonuje. Ale my już przyzwyczailiśmy się do tych problemów. Musimy przeżyć tę wojnę, przetrwać. Tak to wygląda na dzisiejszy dzień. Mamy nadzieję, że z czasem te nasze biedy i kłopoty się skończą. Wielu ludzi młodych teraz ginie na tej wojnie. Wiele nowych pochówków.
Warto dodać, że tradycyjnie 1 listopada na Cmentarzu Orląt jest odprawiana Msza święta.
KR: Tak, zawsze przy kaplicy 1 listopada odprawiana jest Msza św., wieczorem zapalamy znicze na każdym grobie – na całym Cmentarzu Łyczakowskim. Zarówno na polskich, jak i ukraińskich grobach. A 2 listopada na Cmentarzu Janowskim. Staramy się upamiętnić naszych bliskich, którzy odeszli.
Bardzo serdecznie chciałabym podziękować Państwu za pracę, za społeczne zaangażowanie na rzecz polskości we Lwowie, za hart ducha przez tyle lat pracy na Cmentarzu Orląt Lwowskich. I dziękuję za tak ciekawą rozmowę i wspomnienia.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 19 (455), 18 – 31 października 2024












