Lwów – miasto mojego dzieciństwa, tam jest czym oddychać

Lwów – miasto mojego dzieciństwa, tam jest czym oddychać

Wspomnienia Wiktorii Oryszczyn z domu Czernyszewicz

Urodziłam się w 1950 roku we Lwowie – pięknym mieście z bogatą architekturą i historią. Kocham to miasto. Na Lewandówce spędziłam dzieciństwo, wtedy to jeszcze była wieś blisko Lwowa. Mieszkało tam bardzo dużo Polaków. Wielu prowadziło gospodarstwa. Przez dwa lata chodziłam do polskiej szkoły średniej nr 30, a kiedy ją zamknięto, uczyłam się w szkole nr 24. Ukończyłam sześć klas polskiej szkoły. Do dziś pamiętam wiersze i piosenki, których się uczyliśmy np.: „Spotkał katar Katarzynę”, „Cóż to tam za chłopczyk…”.

Mama Halina urodziła się w 1921 roku, ukończyła instytut w Kijowie. Znała dużo języków. W czasie wojny poszła do obozu koncentracyjnego za młodszą siostrę. Uratowała ją dobra Niemka. Po powrocie z obozu pracowała jako księgowa. Jednak władza sowiecka ją prześladowała. Mama zmarła, gdy miałam półtora roku. Nie wiem, gdzie jest pochowana.

Rodzice Halina i Stanisław (z archiwum autora)

Tata Stanisław (ur. w 1907 r.) za to, że był Polakiem i mówił prawdę, został zesłany na Syberię. Po trzech latach udało mu się stamtąd uciec. Walczył na froncie w czasie II wojny światowej. On wrócił, ale jego bracia polegli. W domu tata jednak nie miał spokoju. Pamiętam z dzieciństwa, że zawsze za nami chodziła policja. Zginął pod kołami pociągu w 1956 roku, akurat wtedy, gdy chcieliśmy wyjechać do Polski.

Zostałam sierotą. Do 1966 roku byłam w internacie.

Moja babcia była Polką, rozmawiała tylko po polsku, tak jak tata. To oni tłumaczyli mi, że jak ktoś mówi po polsku, to jest Polakiem, tak, żeby mogła to pojąć moja mała dziecięca głowa. Obchodziliśmy tylko święta religijne, bo narodowych nie można było. Chodziłam do kościoła na nabożeństwa majowe, czerwcowe, a spowiadałam się zawsze w kąciku, żeby nikt nie widział.

Bycie Polką to dla mnie duma i radość.

Jurek Dutko
Tekst ukazał się w nr 15-16 (331-332), 30 sierpnia – 16 września 2019

X